Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

A wszyscyśmy z Hugilla...

Felietony

Wiele ostatnio mówi się i pisze o szancie klasycznej, o tym jak wyewoluowała ona w Polsce i o tym, dokąd zmierza. Wciąż akutalna jest dyskusja o roli pierwiastka artystycznego w szantach. Niewątpliwie jest to ciekawy temat, jednak nie mozna zapomnieć, że wszystko, co dzieje się obecnie w ...
Wiele ostatnio mówi się i pisze o szancie klasycznej, o tym jak wyewoluowała ona w Polsce i o tym, dokąd zmierza. Wciąż akutalna jest dyskusja o roli pierwiastka artystycznego w szantach. Niewątpliwie jest to ciekawy temat, jednak nie mozna zapomnieć, że wszystko, co dzieje się obecnie w naszym ulubionym podgatunku muzycznym, ma gdzieś swój początek.
W przypadku szant w Polsce są to nawet dwa początki. Jeden z nich wiąże się z żeglarskim śpiewaniem rodem z Górek Zachodnich, z końca lat 70-tych, drugi zaś, to tradycja brytyjska, która dała solidne podwaliny również naszej scenie szantowej. O pierwszym z tych początków można poczytać sporo na stronie zespołu Cztery Refy w dziale "Proza", tam pisze o tym Jerzy Rogacki. Z kolei tradycja brytyjska nierozerwalnie łączy się nam z osobą Stana Hugilla, człowieka, którego książki i nagrania, a przede wszystkim osobowość, stały się inspiracją dla kilku pokoleń szantymenów.
Stan pierwszy raz porzybył do Polski w 1987 roku na krakowski festiwal "Shanties". W maju tego samego roku napisał felieton, zatytułowany "The Zenith of My Career -Marked with a Kiss". To co zastał w Polsce bardzo go zdziwiło, sam pisze o tym w ten sposób:

"Polska była przez długi czas pozbawiona dostępu do morza, ale polskie statki i żeglarzy można było spotkać na wodach Siedmiu Mórz, Polacy żeglowali na statkach wszystkich nacji i byli dobrymi marynarzami. Jednak, zgodnie z moją wiedzą o morskich pieśniach pracy, ostatnim miejscem, które mógłbym połączyć z szantami była Polska.
Czterech Polaków, dwóch z nich było oceanografami, jeden dziennikarzem i jeden producentem telewizyjnym, przesłało nagranie video z ich wykonaniem szant w języku polskim, do Tony'ego Davisa z zespołu The Spinners z Liverpoolu. W rezultacie zaproszono ich do udziału w Liverpool Shanty Festival, gdzie zachwycili wszystkich swoją muzyką. Grupa ta nazywała się Stare Dzwony. Po tych występach kilku morskich śpiewaków zostało zaproszonych przez Jacka Reschke do Krakowa, by wziąć udział w międzynarodowym festiwalu szantowym."*

Oczywiście wśród zaproszonych (obok grup Stormalong John, Bristol Shantymen i Solant Breezes) był też Stan Hugill. Skład ekipy brytyjskiej uzupełniali dwaj soliści - Ian Woods i Rod Shearman, oraz opiekujący się całą grupą Tony Davis. Przywitała ich wówczas telewizja, conieco na temat Anglików pojawiło się też w gazetach. Niewątpliwie musiało to być dla gości krakowskiego festiwalu spore przeżycie.
Poza Starymi Dzwonami Stan przywołuje też nazwisko Jerzego Wadowskiego, który zasiadałw 1997 roku w jury festiwalu. Pisze o tym, że ów wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego, jest prawdopodobnie jedynym naukowcem, którego pracą doktorską były pieśni morskie. Jeden z egzemplarzy pracy Wadowskiego został podarowany Davis'owi i powienien się dziś znajdować w Liverpool Maritime Museum.
Jednak Hugill wspomina inne, jeszcze bardziej wzruszające momenty. Jeden z nich łączy się z jego "polskim imieniem":

"Przy jednej z okazji trzy młode dziewczęta podarowały mi drewniany model żaglowca na której napisały "We love you, Stan". Stanisław, polski odpowiednik mojego imienia, bywa zdrabniany jako "Stachu" i podczas koncertów ciągle słychać było okrzyki "Chcemy Stacha!".
Wszyscy słyszeliście zapewne o Beatlemanii, ale to jest Szantymania, nie potrafię znaleźć właściwszego określania dla tej sceny, pieśni i ludzi. Publiczność była szalenie entuzjastyczna i wrażliwa, a kiedy skończyłem występ, podarowano mi piękny medal z brązu dla "Ojca Chrzestnego Szantowego Odrodzenia".
W ciągu roku około tysiąca młodych ludzi piszących i komponujących morskie pieśni bierze udział w różnych konkursach, mnie i Tony'ego Davies'a uczyniono, obok innych osób, jurorami w takim konkursie. Kiedy wręczałem młodej dziewczynie jej dyplom, obdarowała mnie wspaniałym pocałunkiem, przy głośnym aplauzie sześciu i pół tysiąca zgromadzonej młodzieży."

Anglikom spodobał się niesamowity zapał, z jakim młodzi ludzie podchodzą do szant. Inscenizację, jaką przygotowano na potrzeby pieśni "Shenandoah" Hugill określił jako nokaut, najwyraźniej Anglicy nigdy wcześniej nie widzieli tylu młodych ludzi zafascynowanych pieśniami morza. Stan określił swój występ w Krakowie, jako "szczyt kariery", od którego pochodzi tytuł jego felietonu. W zakończeniu wspomina o tym, co według niego było w tym wszystkim najważniejsze:

"To był szczyt mojej kariery szantowej, niesamowita scena, niemożliwa do opisania. Polska, ostatni kraj w którym możnaby się spodziewać szant jako wyrazu muzycznej ekspresji, zostawiła w tyle wszystko, co wydarzyło się wcześniej.
I nie był to entuzjazm starych żeglaży, czy ludzi w średnim wieku, a właśnie nastolatków, chłopców i dziewcząt, poświęcony temu dla nich sposobowi śpiewania. To właśnie jest wspaniałe w szantach."

Myslę, że warto pamiętać o tym również dziś. Poszukiwanie swojej drogi artystycznej to jedno, ale szacunek dla publiczności, to bardzo ważna sprawa. Ze słów Stana Hugilla możemy wywnioskować jak wiele znaczyła dla niego krakowska publiczność w 1987 roku.
Granie "dla ludzi" nie musi oznaczać schlebiania gustom większości, bo przecież Hugill był wykonawcą, którego charakteryzowało surowe, twarde brzmienie. Jak zakończył się jego występ? Pewnie niektórzy go pamiętają, innym zaś raz jeszcze przedstawię relację Stana:

"Na finałowym koncercie szantowa goraczka osiągnęła swoje apogeum. Miałem do zaśpiewania trzy piosenki i zanim doszedłem do trzeciej na scenę wkroczyła niewiasta, która podarowała mi piękny bukiet białych i czerwonych goździków - w polskich barwach narodowych. Wówczas moja żona wyszła na scenę, ucałowałem ją i wysoko uniosłem bukiet, co spotkało się z owacją na stojąco zgotowaną przez publiczność."**

Mało który wykonawca może poszczycić się takim przyjeciem, jak Stan w Krakowie.
Jak zapewne zauważyliście w swoim felietonie użył on określenia "Szantymania". Myślę, że nie pozostaje więc nic innego, jak uczynić go duchowym ojcem "Szantymaniaka".

* wszystkie cytaty pochodzą z felietonu "The Zenith of My Career -Marked with a Kiss" autorstwa Stana Hugilla w tłumaczeniu autora. Felieton ukazał się w informatorze "Chicago 2002 International Festival of Sea Songs and Shanties".
** Stan Hugill ze swą żoną Bronwen na zdjęciu powyżej.

Informację wprowadził(a): Rafał "Taclem" Chojnacki - godz. 14:3, 29 marzec 2004, wyświetlono: 834 razy

Jaro20

wysłano: 15:54,29 marzec 2004

...odpowiedź na nurtujące mnie samego od jakiegoś czasu pytanie. Mój pierwszy poważny koncert szantowy. To był właśnie koncert finałowy Shanties w roku 1987. Pamiętam, że szczególnie mocno przeżyłem chwilę wręczania bukietu goździków Stanowi oraz długą owację na stojąco, kiedy wzruszony, ze łzami w oczach Stan Hugill przyjmował właśnie ten rodzaj hołdu od polskiej publiczności. Czasami, choć życie gna do przodu i nie ma czasu na myślenie o przeszłości... warto spojrzeć wstecz. A co do Ojca Duchowego dla Szantymaniaka - jestem za. Pozdrawiam
Odpowiedz na ten komentarz
ShantiesManiak

wysłano: 6:17,30 marzec 2004

Droga Redakcjo, Dzisiaj (poniedzialek) przeczytalem e-mail, ktory wyslaliscie do mnie dwa dni temu z zapytaniem, jak mozecie uzyskac zgode na umieszczenie tlumaczenia artykulu Hugilla na Waszej stronie internetowej. Artykul ukazal sie w informatorze (a nie, jak piszecie, w jakims "newsletterze") festiwalu Shanties-Chicago 2002, ktory tu, w Chicago zorganizowalismy. Zgode Stana na dysponowanie tym artykulem otrzymalem w czerwcu 1987, w Liverpool, kiedy mi wreczal jego kopie. Zabralem sie wlasnie za odpisywanie na Wasz e-mail ale wczesniej wszedlem na Wasza strone. Jak sie jednak okazalo, zadna zgoda wydawcow informatora, czy autora zdjecia Hugilla nie byla Wam potrzebna. Administrator angielskiej strony powieconej Stanowi, z ktorej o tym artykule dowiedzieliscie sie, przynajmniej poczekal na odpowiedz...... Pozdrawiam, Jacek Reschke Chicago
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 7:21,30 marzec 2004

Początkowo chciałem po prostu opublikować artykuł Stana Hugilla w całości w tłumaczeniu i stąd moja prośba o pozwolenie na publikacje. Przez jakiś czas na grupie newsowej toczyła się dyskusja na ten temat, bo szukalem takiego wyjscia, ktore pozwoliłoby zaprezentować to, co napisał Stan. Doradzono mi, żebym zamiast tłumaczenia napisał własny artykuł, wykorzystując cytaty. Dzięki temu udało mi się nieco uwspółcześnic przekaz i nawiązać do "Szantymaniaka". Nie użyłem całego artykułu, a tylko obszerne cytaty, które przetykałem komentarzami. Jest to więc zgodne z prawem. Tak czy owak, przepraszam za to że nieco się pospieszyłem z publikacją. O 'newsletterze' dowiedzialem się ze strony poswięconej Stanowi, oczywiście poprawię ten bład.
Odpowiedz na ten komentarz
AH

wysłano: 1:11,28 styczeń 2005

Obyczaje w internecie sa nieco luzniejsze niz w prasie drukowanej, a to pewnie ze wzgledu na klopoty ze zlokalizowaniem autorow artykulow i wypowiedzi, ktore chcialoby sie umiescic... Ale rzeczywiscie, dobry obyczaj wymaga podania zrodla, z ktorego sie korzystalo. PS pomozcie nam nawiazac kontakt z Jackiem Reschke, bardzo prosze.
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI