Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Ćwierć wieku "Kubryku" (XXV "Kubryk" w Łodzi, 15-16 maja 2009 r.)

Relacje

Gdy 24 lata temu startował festiwal "Kubryk", polski ruch szantowy, wchodzący właśnie w okres największego rozkwitu, wyglądał zupełnie inaczej. Przez te lata wiele się na żeglarskiej scenie zmieniło. Najmniej chyba... "Kubryk" właśnie. "Od zawsze" preferujący tradycyjne, akustyczne

...

Gdy 24 lata temu startował festiwal "Kubryk", polski ruch szantowy, wchodzący właśnie w okres największego rozkwitu, wyglądał zupełnie inaczej. Przez te lata wiele się na żeglarskiej scenie zmieniło. Najmniej chyba... "Kubryk" właśnie. "Od zawsze" preferujący tradycyjne, akustyczne brzmienie, w ciągu ostatnich lat stał się jednym z niewielu festiwali, na których można było usłyszeć większą od symbolicznej dawkę szant i autentycznych pieśni morskich.

Impreza od lat boryka się z trudnościami finansowymi - w ubiegłym roku odbyła się w okrojonej, jednodniowej formule. Na jubileusz na szczęście wszystko wróciło do normy. XXV Łódzkie Spotkania z Piosenką Żeglarską trwały dwa dni, a widzowie mogli zobaczyć zarówno stałych gości "Kubryku", jak i wykonawców dawno nie widzianych.

 

Dzień folkowy

 

W dwudniowej formule "Kubryku" piątek jest dniem ballad żeglarskich i muzyki folk. Pierwszego dnia festiwalu wysłuchaliśmy całkiem udanego koncertu. Niestety, "z przyczyn osobistych i zawodowych" nie wystąpił zapowiadany zespół Pchnąć w Tę Łódź Jeża. Wielka szkoda - to idealny festiwal dla nich, a wciąż pechowy. Rok temu nie mogli wystąpić, dwa lata temu na scenie przydarzyła im się awaria akordeonu.

"Unikalnymi" dla piątku były występy Flash Creep oraz Betty Blue. Oba miejscami zaskakujące. Otóż razem z FC w dwóch piosenkach swego autorstwa (dedykowany Darkowi Ślewie Przyjaciel oraz Zbyt ostro na wiatr) wystąpił Marek Michałowski - były członek (lata 1988-91) Czterech Refów. Występ interesujący, choć artystycznie nie do końca udany. Niektóre momenty "mocno improwizowane", trudno było też czasem zrozumieć, o czym Marek śpiewa.

Z kolei Betty Blue oprócz znanych już utworów "refleksyjnych" i "żartobliwych" pokazało nowe oblicze. Piosenka Ursa Maior do słów pisarza-marynisty Andrzeja Perepeczki, z którym zespół zaprzyjaźnił się przy okazji koncertów w Trójmieście, to zupełne novum w repertuarze - muzyka wręcz awangardowa. Bardzo dobry był też utwór instrumentalny.

Zupełną niespodzianką (w programie wymienioną jako... niespodzianka) był solowy występ Wiktora Bartczaka. Muzyk przez lata pozostający "w cieniu", znany głównie jako flecista Czterech Refów, od dłuższego już czasu pokazuje swoje "inne oblicza". Od powstania North Wind jest już dobrze znany jako gitarzysta, a nawet wokalista. W piątek zagrał na gitarze kilka utworów instrumentalnych: tradycyjny irlandzki She Moved Through the Fair, szkocki Slockit LightOld Tom of Oxford - angielski morris dance, a także zagrał (w duecie z Piotrem Ruszkowskim) i zaśpiewał (!) Fiddler's Green, współczesny amerykański utwór folkowy, znany w Polsce z wykonań Prawdziwych Pereł i North Wind. Występ ciekawy, zaskakujący - mam nadzieję, że mimo wszechobecnej komercjalizacji festiwali szantowych choć na kilku z nich znajdzie się miejsce na taką muzykę.

Oddajmy głos bohaterowi wydarzenia: - Solowy występ Wiktora Bartczaka był pomysłem... Wiktora Bartczaka. Któregoś wieczoru, grając na gitarze w domu, uświadomiłem sobie, że chciałbym takie wyzwanie podjąć. Uznałem też, że to, co gram, czyli utwory folkowe na gitarę akustyczną - doskonale mieszczą się w formule piątkowego koncertu. Ostatecznie zgodę wyraził Rogaty, Śmigiel nauczył się, jak brzmi moje nazwisko (bo imię już pomylił) i jakoś to poszło. Aha - serdeczne podziękowania dla Picka, który wystąpił ze mną w "Fiddler's Green".

Z ciekawością czekałem na występ Bukanierów. Warszawska grupa ostatnimi czasy występuje dość rzadko, w dodatku specjalnie się tym nie chwali. Wchodząc na ich stronę i klikając w "koncerty" możemy przeczytać: rubryka chwilowo nieczynna ze względu na lenistwo. Na "Kubryku" właściwie nie zaskoczyli niczym nowym: utwory z płyty "Kolory morza", świetna jak zawsze W drodze na Horn oraz dość ciekawe wersje znanych od lat hitów: Old Maui oraz Mony.

Sąsiedzi zakończyli koncert mocnym akcentem. Bóg w nas, a zwłaszcza premierowa Bandoska opolska to rewelacyjne rzeczy. Zupełnie mi nie przeszkadza, że ten drugi utwór nie ma nic wspólnego z morzem. Poziom zespołu sprawia, że sąsiedztwo folkloru śląskiego i morskiego nie jest żadnym dysonansem.

Po zakończeniu koncertu udaliśmy się do "Gniazda Piratów", po dwóch latach przerwy znów pełniącego rolę tawerny festiwalowej. Tam jeszcze raz zagrali Bukanierzy, Sąsiedzi, Betty Blue, zaś Cztery Refy zaprosiły do seta a cappella zespół North Wind. Kilka pieśni z repertuaru jednych (Chwyć za handszpak, W górę raz!, John Dameray, Wielorybnik Johnny) i drugich (Baltimore, Pique la balaine, Haul on the Bowline, Pull Down Below) było zapowiedzią tego, co miało wydarzyć się nazajutrz.

 

Dzień szantowy

 

Koncert szanty i pieśni morza przyniósł - zgodnie z oczekiwaniami - sporą dawkę surowych, tradycyjnych zaśpiewów. Rozpoczęli Sąsiedzi, którzy nie od dziś potrafią zaśpiewać całą godzinę a cappella, cały czas wzbogacając zresztą repertuar (ostatnio - Fire Down Below, Sun Down Below). Nawet utwory już zarejestrowane są delikatnie modyfikowane, czego przykładem jest Sigurd.

O Brasach pisałem już dotychczas sporo i po łódzkim występie nie mam wiele do dodania - to obecnie bodaj najbardziej szantowy zespół w Polsce. Występ na "Kubryku" przypominał zeszłoroczny, nowością była tu tylko jedna... kołysanka. Także i Bukanierzy niczym tego dnia nie zaskoczyli - kilka swoich, dobrze znanych utworów oraz nie mniej znanych standardów: Sally Brown czy Co się zdarzyło jeden raz.

Występ Banana Boat można podsumować promowanym przez nich terminem "neoszantowy". Szczególnie jeśli chodzi o takie utwory jak Rolling to Stavanger czy Zęza, do wykonania której Maciek Jędrzejko zaprosił na scenę dzieci. Oprócz kilku nowszych utworów, które z pewnością znajdą się na drugiej płycie Bananów, specjalnie dla Piotra Wiśniewskiego pojawiła się piosenka z repertuaru North Cape - De Bout du Banc.

Z zainteresowaniem czekałem na North Wind. Zespół w ostatnim czasie praktycznie zniknął ze sceny, ostatnie koncerty zagrał w ubiegłym roku w Anglii, w pełnym składzie - we wrześniu 2008 r. w Warszawie. Niespodziewanie dla wielu pełnego składu nie było i tym razem. Wiktor Bartczak obejrzał występ... z widowni.

- Nie jest pewne, czy w ogóle będę grał jeszcze w NW - powiedział. - Byłem przeciwny występowi NW na "Kubryku" ze względu na to, że nie mieliśmy od dawna żadnego spotkania, żadnej próby - a i szans nie było przed samym "Kubrykiem", żeby się przygotować. Dla mnie NW był zespołem, w którego istotę wpisany był rozwój, szukanie ciekawych brzmień instrumentów, głosów i zarazem powrót do tradycji. W ramach muzyki tradycyjnej można bowiem odnaleźć ogromną różnorodność - ale miałem wrażenie po "Kubryku", że zespół woli odgrzewać to, co raz zrobił na pierwszej płycie, niż dalej pracować muzycznie i zaskakiwać słuchacza.

Zespół wystąpił zatem w czwórkę, bez instrumentów. Rozpoczął bardzo wolną wersją Round the Bay of Mexico, zaprezentował mieszankę utworów "swoich" oraz z repertuaru The King Stones - m.in. po raz pierwszy wykonane Ali Alo i Razem chłopcy ciągnąć. Występ wywołał we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony mało kto potrafi tak śpiewać prawdziwe szanty. Z drugiej - połączenie tego z potencjałem instrumentalnym zespołu, który niejeden raz zaprezentował, to zupełnie inna jakość. Bez Wiktora chyba niemożliwa do powtórzenia, mam więc nadzieję, że zespół na powrót odnajdzie w sobie energię i spójność z początków swego istnienia.

Ważnym wydarzeniem było wejście na scenę Marka Szurawskiego. Z oficjalnej strony festiwalu wynika, że był to powrót... po 12 latach. Dziewczyna z Amsterdamu i Śmiały harpunnik solo z akompaniamentem concertiny, po czym do Marka dołączyli Andrzej Korycki i Dominika Żukowska. W różnych zestawach już widziałem członków Starych Dzwonów, ale w takim po raz pierwszy. I muszę przyznać, że ten występ był jednym z ciekawszych. Były przeboje Andrzeja (Plasterek cytryny i ja), Marka (Chiński żeglarz), a także utwory rosyjskie, amerykańskie (Baton Rouge), przepiękne Kamienie z repertuaru Hambawenah.

Ryczące Dwudziestki zaczęły bardzo standardowo, by po chwili wykonać Wielorybników grenlandzkich. Jeden z ich największych przebojów, nie wiedzieć czemu rzadko wykonywany na scenie. Były "szanty w stylu gospel", jak Rio Grande i Sally Brown, a także dwie prawdziwe pieśni gospel. Na zakończenie North West Passage z fortepianem - coraz częściej spotykany (m.in. koncerty w Chorzowie, Poznaniu) punkt występu RO20.

Cztery Refy zakończyły festiwal, wystąpiły także na rozpoczęcie i (za nieobecnych Jeży) zakończenie koncertu piątkowego. Były to standardowe, dobre występy. Grupa nie tworzy ostatnio w szalonym tempie, powoli nagrywa płytę anglojęzyczną, ale na pewno też nie "odcina kuponów". Co jakiś czas pokazuje nowy utwór, nie gra słabych koncertów (w najgorszym razie - średnie), raz na jakiś czas potrafi porwać widownię. Takich momentów było w Łodzi kilka - piątkowe Zabierz nas na ląd z intro na tin whistle, poruszający Rybacy z Grimsby Town, a przede wszystkim wspólny występ z North Wind na finał festiwalu. Jeśli ktoś po takim koncercie twierdzi, że szanty są nudne, chyba należy do innego gatunku niż ja...

 

"Kubryk" forever!

 

Nagrodę publiczności (w wysokości 448,83 zł), tradycyjnie zbieraną "do kapelusza" Śmigla zdobył zespół Banana Boat (w "Gnieździe Piratów" jej większa część została zamieniona na piwa i spożyta wraz z publicznością). Drugie miejsce zajął zespół Sąsiedzi, trzecie - Cztery Refy.

Po ubiegłorocznym "Kubryku", okrojonym do jednego dnia, obawiałem się nieco o ten jubileuszowy. Na szczęście było dobrze, a nawet bardzo dobrze - z publiczności słyszałem głosy, że była to najlepsza edycja festiwalu od kilku lat.

Osobiście zabrakło mi gwiazdy zagranicznej. Myślę, że nie jest to kwestia "nie do przeskoczenia". Po występie Grahama Metcalfe'a sprzed 2 lat nabrałem apetytu na tradycyjną muzykę w wykonaniu specjalistów z Wysp. Może w przyszłym roku? Można mieć wątpliwości, czy niektórzy wykonawcy muszą koniecznie czekać na kolejny występ na festiwalu kilkanaście lat. Można narzekać na brak kilku - osobiście najbardziej brakowało mi Formacji (podobno nie mogła przyjechać), której nowe, folkowe oblicze idealnie pasowałoby do koncertu piątkowego. No i wreszcie "Śmigiel", czyli Andrzej Śmigielski, stały konferansjer festiwalu. Postać obdarzona niezaprzeczalnym urokiem, który jednak w tym roku został nieco przyćmiony przez przeróżne potknięcia, momentami wręcz chaos przez nią wprowadzany.

Pewnie każdy widz "Kubryku" ma swoje prywatne przemyślenia, uwagi, propozycje, każdy musi jednak przyznać, że festiwali z takim klimatem, z taką muzyką nie ma w Polsce wiele - prawdopodobnie żadnego.

 

* * *

 

Okiem organizatora:

Jerzy ROGACKI:  Na gorąco powiem, że nie zauważyłem żadnych poważniejszych wpadek. W piątek, z konieczności, program musiał ulec zmianie, ale wydaje mi się, że jakoś z tego wybrnęliśmy. Na frekwencję nie mogę narzekać, chociaż przyznam, że spodziewałem się więcej ludzi na imprezach towarzyszących w "Gnieździe Piratów". Może nie było zbyt "jubileuszowo" ale sygnalizowałem, że będzie skromnie i... podobnie jak w latach ubiegłych. Cieszę się, że udało się wrócić do dwudniowej formuły i że wreszcie są szanse na to, że nie będzie gorzej. Nie wpadam jednak w samozachwyt i nadal jestem otwarty na krytyczne uwagi, szczególnie na te, które pomogą imprezie, a nie zmienią jej charakteru.

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Tomasz GOLIŃSKI (więcej zdjęć tu)

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 12:54, 1 lipiec 2009, wyświetlono: 2196 razy

KAMiL

wysłano: 16:7,1 lipiec 2009

Rzeczywiście "Kubryk" to najbardziej szantowy festiwal. Potwierdziła to tegoroczna edycja. Przyznaję, że brakowało "Jeży" w piątek, ale świetnie wypełnił to Betty Blue (szkoda, ze słuchałem tylko z kuluarów :(). Wiktor Bartczak i jego występ, to rzeczywiście była niespodzianka. Wiktor trochę więcej pewności i tak dalej. Utworów, które wykonałeś nie słyszy się na co dzin w Polsce, a szkoda. Wspólny występ zespołów Cztery Refy i North Wind to było coś! Brzmienie, repertuar, mogłem słuchać i słuchać. Zwłaszcza w Gnieździe to zabrzmiało, ale największe wrażenie zrobił na mnie koncert Refów w piątkową noc w tawernie festiwalowej. Rany, ależ oni brzmią. Dodam od siebie, że oprócz doskonałęgo nagłośnienia sali festiwalowej, bardzo dobrze brzmiało w Gnieździe Piratów, zarówno sprzed jak i na scenie. Dobra robota akustyka. Do następnego, Jurku i ekipo trzymam kciuki by było lepiej, ekipie gniazdowej dziękuję za gościnę.
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 7:58,2 lipiec 2009

"Fiddler's Green, współczesny amerykański utwór folkowy, znany w Polsce z wykonań Prawdziwych Pereł i North Wind. " Michale, chyba jednak przede wszystkim z wykonania Czterech Refów ;-)
Odpowiedz na ten komentarz
bojanek

wysłano: 8:16,2 lipiec 2009

... a raczej nie dosłyszał chyba wyjątkowej piosenki. Ja pierwszy raz wysłuchałem jej bardzo dawno temu, a na imprezie szantowej pierwszy raz, do tego rzadkośc: język rosyjski! "Żegnaj ukochane miasto" - Marek jak zauważyłem uczył się tej piosenki w biegu i już po pierwszej zwrotce "siedział w temacie". Publiczność podchwyciła melodię - cała sala śpiewała - zrobiło się rzeczywiście festiwalowo :) Szkoda, że nie wpadłem na pomysł, żeby nagrac ten utwór przez mikrofon kamery - byłby klip "cała sala śpiewa z nami" :)
Odpowiedz na ten komentarz
M. Nowak

wysłano: 14:45,2 lipiec 2009

To jest inny utwór o tej samej nazwie - sł. i muz. Pete Goble, znany z wykonania Tima O'Briena. Utwór Johna Connoly'ego to oczywiście utwór angielski ;)
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 7:22,3 lipiec 2009

Namnożyło się tych Fiddler's Greenów ... :-)
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI