Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Cztery Refy nad Jeziorem Powidzkim

Relacje

Jezioro Powidzkie to największy akwen żeglarski w Wielkopolsce. Nad jego brzegami rozlokowały się liczne przystanie i ośrodki żeglarskie. Nic więc dziwnego, że w takiej scenerii organizowane są dość często koncerty szantowe. Cztery Refy w tym roku zagrały tam ...

Jezioro Powidzkie to największy akwen żeglarski w Wielkopolsce. Nad jego brzegami rozlokowały się liczne przystanie i ośrodki żeglarskie. Nic więc dziwnego, że w takiej scenerii organizowane są dość często koncerty szantowe. Cztery Refy w tym roku zagrały tam już dwa razy - 21 czerwca w Przybrodzinie z okazji Regat "Na powitanie wakacji" o Puchar Starosty Słupeckiego oraz 2 sierpnia w Kosewie, uświetniając regaty zorganizowane przez Ośrodek Wypoczynkowo-Żeglarski "Horn". Niedawno również w tawernie w Powidzu zagrał zespół EKT Gdynia.

Na koncert Czterech Refów do Kosewa wybrałem się "transportem mieszanym" pociąg-rower. Fani szant z bliska i daleka (głównie z Poznania i Konina) przybywali jednak na różne sposoby. Na przykład Jerzy Richter (niegdyś Sailor i Mohadick) przyjechał wraz z wnukiem na motocyklu, natomiast Maciej Olszewski (wiceprezes WOZŻ, szef Szanta Claus Festiwal) przypłynął jachtem.

Koncert był artystycznym zwieńczeniem dnia, w którym działo się wiele ciekawych rzeczy, oprócz regat m.in. wyścigi na dętkach i konkurs budowli z piasku. Sceną dla zespołu było po prostu wejście do klubowego magazynu. Niestety, gdy wszystko było już przygotowane do rozpoczęcia, lunął deszcz. Można podziwiać publiczność, która ani myślała uciekać. Mniej więcej setka ludzi po prostu wyciągnęła parasole, włożyła sztormiaki i cierpliwie czekała. Aż się doczekała - Refy zaczęły grać, a po kilku utworach przestało wreszcie padać.

Swego czasu Mariusz Bartosik, bywalec imprez szantowych od ponad 20 lat, przekonywał mnie, że pełnię klasy Czterech Refów można zobaczyć na ich samodzielnych koncertach, np. w tawernach czy ośrodkach żeglarskich. Coś w tym jest - na festiwalach widujemy małą część z liczącego około 200 utworów repertuaru zespołu. Koncert w Kosewie trwał ponad 2 godziny, ale spokojnie mógłby potrwać jeszcze drugie tyle.

Zespół przyjechał bez Wiktora Bartczaka. W kilku utworach "rzucał się w uszy" brak charakterystycznego dźwięku whistle'a, choć czasami (np. w przygrywce Press-gangu) zastępował go dźwięk skrzypiec.

Pierwszy set miał następujący program:

 

utwór instrumentalny

Fajna ferajna

Syrena

Małżeństwo z syreną

Cumy rzuć! Żagle staw!

Już wypływa statek w morze

Niech wiatr nas gna

Na cytryniarzu

Wspomnijmy Plimsolla

utwór instrumentalny

Od rana nam powiało

Wstawaj Jack

utwór instrumentalny

Śmiały harpunnik

Paddy i wieloryb

Balaena

 

Było więc nieco rzeczy starych (a nawet bardzo starych), rzadziej wykonywana piękna ballada "Pestki" Już wypływa statek w morze, a na koniec wiązanka pieśni wielorybniczych. Niestety, całość psuła ciągła walka z nagłośnieniem. Tu za mało w odsłuchach, tam za dużo, jedno sprzężenie, drugie... Trochę psuło to odbiór, na szczęście w części drugiej było już dużo lepiej. A było tak:

 

The Emigrant (instr.)

Hej, gardła przepłukać!

Szanta saletrowa

W drodze na Horn

Press-gang

Kabestan

Chwyć za handszpak

utwór instrumentalny

John Dameray

Wielorybnik Johnny

Ranzo Ray

W górę raz! Hej, ciągnąć tam!

Billy Boy

Ratcliffe Highway

Maggie May

Kiedy z morza wraca Jack

Margot

Gdy św. Patryk miał swój dzień

Cherokee Shuffle/Ragtime Annie (instr.)

Pożegnanie Liverpoolu (na bis)

 

Druga część zatem zdecydowanie bardziej szantowa - praktycznie połowa materiału bez instrumentów. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Obserwowałem bacznie publiczność - było parę osób śpiewających całe teksty, reszta próbowała włączać się do refrenów lub choć rytmicznie klaskać. Było widać, że na koncert przyszli w znacznej mierze żeglarze.

Na "scenie" działy się jednak chwilami bardzo dziwne rzeczy. Obok bowiem do imprezy tanecznej, zaplanowanej po koncercie Refów, szykowali się członkowie klubu PCK z Konina. Deszcz spowodował przesunięcie w programie, ale "są
siedzi" nie przejmowali się tym zbytnio i usiłowali "postawić na swoim". Najpierw przerwali występ "łupanką" z głośników (na co Maciek Łuczak ze stoickim spokojem wcielił się w rolę beatboxera, autora pomysłu wygwizdała też publiczność), potem na scenę wdarł się wąsaty jegomość (dość szybko usunięty przez szefa ośrodka). Koniec wys
tępu był uprzykrzany przez kolejnego natręta, który chodził między grającymi muzykami i kazał im natychmiast kończyć. Ci jednak nie pozostawali mu dłużni :-) Na przyszłość o jedną rzecz trzeba zadbać koniecznie: nikt nie może mieć wstępu na "miejsce sceniczne". Niezbyt poważnie wyglądało, gdy zespół grał, a "w tle" chodzili sobie ludzie. Warto by chyba też kogoś oddelegować do funkcji ochroniarza...

Generalnie jednak powyższe incydenty nie wpłynęły znacząco na przebieg koncertu, który był taki, jak należało się spodziewać - solidny i profesjonalny. Skutecznie przeniósł w świat wielkich żaglowców wszystkich zgromadzonych na niewielkiej przystani nad jeziorem...

Wielkie gratulacje dla szefa ośrodka, pana Jerzego Górczyńskiego, który zamierza organizować kolejne koncerty.

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 12:56, 6 sierpień 2008, wyświetlono: 860 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI