Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Czujemy, że tego nie można już zostawić... - rozmowa z Jerzym Ozaistem

Wywiady

Już niedługo ukaże się długo oczekiwana płyta zespołu North Wind. Grupy, którą bez wahania określić można największą sensacją w polskim ruchu szantowym ostatnich lat. A wszystko zaczęło się od słynnej "czarnej płytki" demonstracyjnej, zatytułowanej po prostu ...

Już niedługo ukaże się długo oczekiwana płyta zespołu North Wind. Grupy, którą bez wahania określić można największą sensacją w polskim ruchu szantowym ostatnich lat. A wszystko zaczęło się od słynnej "czarnej płytki" demonstracyjnej, zatytułowanej po prostu "Sea Songs"...

Jednym ze sprawców tego zamieszania jest Jerzy Ozaist. Jedna z największych postaci polskiej sceny szantowej (działał na niej już w latach 70.), główny szantymen zespołu Cztery Refy (to on po raz pierwszy zaśpiewał tak znane utwory jak "Pożegnanie Liverpoolu" czy "Fiddler's Green"), a od niedawna także jeden z członków nowej szantowej supergrupy - wspomnianego North Windu... Zespół ten wystąpił do tej pory zaledwie raz, podczas II Zaduszek Szantowych w Kielcach. W styczniu będzie można go zobaczyć w Gdyni oraz w Tychach. Wszystko wskazuje, że podczas Portu Pieśni Pracy będzie miała miejsce premiera pełnego albumu zespołu.

Poniższa rozmowa miała miejsce już jakiś czas temu. Po niezbędnych uzupełnieniach doczekała się wreszcie publikacji... I zaostrzyła apetyt na płytę. To już niedługo...



         NORTH WIND

Cofnijmy się w czasie. Jerzy Ozaist i Wiktor Bartczak są członkami zespołu Cztery Refy, a Jacek Apanasewicz i Grzegorz Lewtak grają w Kochankach Sally Brown. Kto wpadł na pomysł założenia zespołu North Wind? I dlaczego?

Jerzy Ozaist: O "Kochankach SB" (Jacek, twórca zespołu i autor nazwy, bardzo nie lubi, kiedy ją skracam w ten sposób) przeczytałem w lokalnej giżyckiej gazecie, niedługo po przeprowadzce na Mazury. Najpierw ich posłuchałem, potem poznałem, potem wreszcie zacząłem podsuwać jakieś wzorce z moich zapasów i trochę podpowiadać. Robiłem to zresztą niejako w konspiracji, bo instruktor opiekujący się nimi w domu kultury kazał mi się nie wtrącać do jego pracy... Moja krecia robota zaczęła jednak przynosić rezultaty, a na pewno trafiła na podatny grunt. Bodaj po dwóch - ale nie jestem pewny - latach instruktor poszedł w odstawkę, a ja dostałem propozycję "pośpiewania" w zespole.

Tak! Nie wiem czy to dotarło do ciebie, ale kilka miesięcy śpiewałem trzecim głosem jako Kochanek i nawet byłem z nimi na poważnych festiwalach - w Krakowie, Wrocławiu i kilku mniejszych koncertach. Ale dość szybko zorientowałem się, że jestem (mimo braku złych intencji i wbrew swojej woli) katalizatorem rozdźwięku, jaki ujawniał się powoli w Kochankach. To było pęknięcie między twórcą zespołu i nominalnym szefem, a realnie najbardziej ekspansywnym liderem. Ja nie chciałem być mimowolnym oparciem dla którejś frakcji i wycofałem się.

Zaraz potem chłopcy nagrali płytę i zaczęli dość intensywnie koncertować. Ale też - niestety - docierały do mnie głosy, że pęknięcie nie zabliźnia się...

Jacek i Grzegorz niechętnie o tym mówią, ja się nie dopytuję, ale prawdopodobnie musiało dojść do jakiegoś przesilenia, a to (jak mnie uczy doświadczenie) wiąże się z długimi pobytami za granicą. Kochankowie sporo grywali we Francji (słychać to chyba nawet dziś...), a na takich wyjazdach różne emocje wyraziściej się ujawniają.

Jacek honorowo zostawił Sylwkowi nazwę, repertuar i wraz z Grzesiem przeszli w stan spoczynku. Najpierw zrobili sobie urlop od muzyki, potem zaczęli się spotykać, potem potrzebowali którejś mojej starej kasety, a jak się już spotkaliśmy - to zaśpiewaliśmy "Aloué", którą już w Kochankach przygotowaliśmy na trzy głosy...

No i poooszło! Najpierw tylko dla przyjemności, potem z myślą, że dla takiego niszowatego sposobu szantowania też się znajdą jacyś nieliczni słuchacze. Ja już wtedy byłem cały czas w intensywnej działalności koncertowej z Refami i obserwując "rynek" wyczuwałem wyraźny brak zespołu, który nie koncentrowałby się wyłącznie na dostarczaniu publice (często - na siłę) "rozrywki".

Ale jakoś żadnemu z nas nie wydawało się wskazane startować w kolejnych konkursach. To zresztą nierozstrzygnięty dylemat - jak ma pokazać nową twarz ktoś, kto już dał się nieźle poznać w innym zespole. Już widzę te wpatrzone we mnie z wyrzutem oczy młodego debiutanta, gdy stłoczeni czekamy razem w kanciapie za sceną do przesłuchań... Ale kilka osób poszło tą drogą - więc nie wiem ostatecznie, co lepsze.

Zanim rozstrzygnęliśmy tę kwestię, postanowiliśmy dać się poznać w sposób całkiem nowy dla naszego ruchu. Rozpocząć od płytki, i to w dodatku wręczanej intymnie, wprost z ręki wykonawcy, jako upominek.

No i... chyba nam się udał ten pomysł!?

A kiedy już startowaliśmy do nagrań, to Grześ i Jacek, obydwaj od dawna wzdychający: "...ach - gdybyż tak Wiktor chciał to zagrać..." - nakłonili mnie do spytania go: "chciałbyś?".

A Wiktor lubi grać!

No, i... chyba mu się spodobaliśmy...

 

Tacy jesteście ładni?

Cha, cha... Spytaj Wiktora! Ale na pewno jesteśmy uczciwi i szczerzy w tym, co robimy. I choć często mamy rozbieżne pomysły - potrafimy "odpuścić" i znaleźć urodę w tym, co wymyślił ktoś inny. A poza tym... być może to nawet jest najważniejsze... - NIE MAMY KIEROWNIKA!

To dla całej czwórki jest bardzo ważne. Choć często niewygodne. A o rachunkach telefonicznych i kolejnych "zatłukiwanych" klawiaturach - nawet nie chcę wspominać.

Niewygodne to i kosztowne. Nasz realizator - Kuba - już to wie! I wydawca - chyba też. A jednak - alergia jest silniejsza.

 

Skąd wzięła się nazwa "North Wind"?

Wiem, że znasz Mazury w wersji letniej. A gdy zaczynasz, już jako dojrzały człowiek, mieszkać tu cały rok, to najbardziej charakterystyczny dla tej krainy wydaje się ten silny, tygodniami ciągnący przez jeziora smugi śniegu, zimny północny wiatr. Wiem, że potrafi on przebić się daleko. Aż tam, do was - na południe.

A ja go znam dodatkowo jako mocarza gnającego ciężkie, ołowiane fale październikowego i listopadowego morza. Robi wrażenie!

To dobra nazwa.

Ale pojawiła się w ostatniej chwili. Wcześniej - chyba ponad rok - kotłowały nam się w głowach najrozmaitsze propozycje. Dwie kolejne miały już za sobą zatwierdzenie, a jedna nawet otrzymała adekwatne logo...

 

Kiedy ukaże się pełna płyta? Czy długie oczekiwanie na nią spowodowane jest tym, że Wiktor przebywa głównie w Anglii?

Wiktor jest daleko, a ponieważ ma bardzo ważną rolę w zespole, musimy dopasowywać wejścia do studia, przećwiczenie i ustalenie tego, co gramy - do niego. Ale i my, pozostali, też z trudem zbieramy się w studiu, odległym od Mazur o prawie 400 km. Nawiasem mówiąc, jedziemy tam znacznie dłużej, niż Wiktor leci... Mimo to część z tych rzeczy, które są na demówce, już jest trochę zmieniona, część porobionych jest kompletnie nowych rzeczy. Pracujemy w spokojnym tempie. Planujemy, że całość ukaże się około zimowego PPP, ale nie chcemy przysięgać.

 

Czym kierujecie się wybierając utwory, jakie nagrywacie na nowej płycie?

North Wind jest zjawiskiem, dzięki któremu odpoczywamy psychicznie. Ja mam świadomość, że skoro tak sympatycznie się sporo ludzi odezwało po pokazaniu tej czarnej płytki demonstracyjnej, to człowiek, który wypomniał Shannonom i Dwudziestkom, że wybuchli i nic z tego nie wyszło, nie może teraz zrobić tego samego. Czujemy, że tego nie można już zostawić i że nam się chce to robić. Mamy spore trudności, bo każdy z nas pracuje zawodowo w zupełnie innym systemie niż pozostali. Wiktor i ja - nie dość, że Wiktor jest w Anglii - obydwaj kręcimy się w branży z Refami. Wiktor gra w celtyckim zespole Fun Glass. Grzesiek z Jackiem w swoich pracach są zajęci, chociaż oni przez to, że sporo czasu już nie występują, to są bardziej spragnieni, żeby znowu pograć na scenie. Generalnie pracujemy po swojemu, powoli, zupełnie nie zwracając uwagi, czy to będzie się komuś podobało, czy nie, ani czy będzie zgodne z trendami, czy nie będzie. Wynajdujemy rzeczy, które nam się zawsze podobały, ale w dotychczasowych zespołach "nie szło" ich sprzedać albo przekonać decydentów, że warto. Słyszeliśmy: "to się nie sprzeda, to się nikomu nie będzie podobało, gdzie to komu zaśpiewać, ludzie wyjdą...". Tu z założenia takich ograniczeń sobie nie robimy. Jak się to komuś spodoba, to dobrze, a jak nie, to i tak nam będzie przyjemnie, bośmy sobie zrobili to, co chcieliśmy zrobić. Ja mam już od lat listę następnych rzeczy, których albo po angielsku chciałbym się nauczyć, albo przełożyć na polski i śpiewać, bo zawsze je lubiłem, a nie było gdzie i kiedy. Z każdego wyjazdu przywożę jakieś płyty. Jacek siedzi w sieci oraz w swoich francuskich i w moich irlandzkich i szantowych płytach (bo ja nie nadążam...). Wiktor mieszka blisko źródeł i płytoteką dawno mnie już przegonił. Ciężko za nim nadążyć. Nowoczesny folk angielski (nie celtycki!) ma już pewnie cały na dyskach. Latem był na etapie gromadzenia bluegrassu. Widziałem go w akcji na drugim piętrze (folk i country) sklepu J&R (sic!) na dolnym Manhattanie. Hala wielkości Biedronki i Wiktor... Imponujący widok i imponująca prędkość w wysupływaniu spośród ciasno zbitych grzbietów akurat tego, co trzeba... A Grześ potrafi nas zaskoczyć, wynajdując na płytce, która nas nie ruszyła, niepozorną melodyjkę, którą tak nam długo "pieści" zmysły, aż okazuje się, że to perełka. Ma ucho!

Dzisiaj w ogóle nie ma problemu z repertuarem, każdą dowolną muzykę można znaleźć, czy to w postaci dźwięku, czy midi, czy nut albo tekstu z akordami. Wszystko jest do znalezienia, tylko trzeba chcieć.

Zawsze mnie zaskakują pytania typu: "skąd to wziąć" albo "jak wy to robicie, że macie nowy repertuar". Ręce opadają! Kiedy był tu PRL, żeby wypłynąć za granicę (a tylko tam były źródła naszej muzyki), trzeba było długo pracować w klubie, przejść kolejne szczeble żeglarskich stopni, zasłużyć sobie na paszport ze specjalną pieczątką. Płynęło się na rejs, gdzieś wychodziłeś do sklepu i płyta kosztowała tyle, co rodzice zarabiali przez miesiąc i... dało się przywozić, dało się zdobywać. Dzisiaj jest wszystko podane na tacy. Mogę kliknąć w odpowiedni adres, wchodzę przykładowo w Bibliotekę Kongresu Stanów Zjednoczonych i mogę przewijać niekończącą się listę pieśni o tematyce żeglarskiej, większość z zapisem nutowym albo midi. A to jest tylko jedno z wielu źródeł! A ludzie się pytają, skąd to brać. A ponieważ nie wiedzą, co śpiewać, od piętnastu lat powtarzają ten sam kawałek, co go już w Polsce wszyscy znają. Lenistwo, lenistwo i jeszcze raz lenistwo. Straszne pokolenie.

Aha - jeszcze jedno: żaden z nas - jak dotąd - nie pali się do komponowania i pisania piosenek autorskich. Jacek miał taki epizod, ale teraz wydaje się ciągle zaskoczony, że tak wiele cudnej muzyki już jest. Trzeba tylko znaleźć i odsłonić.

 

Czy macie już wiele propozycji koncertowych?

Pojawiają się i wręcz odmawiamy. Po pierwsze dlatego, że nie będziemy grali byle gdzie. Po drugie, mieliśmy umówiony termin na początku września, ale pracujemy nad płytą i nie byliśmy gotowi do występu. Poza tym chcemy nasze występy zrobić fajnie. Może nie od razu - najpierw okrzepniemy scenicznie. Ale docelowo wyobrażamy sobie, że to będzie cały spektakl. W związku z tym to nie będzie mogło się odbyć w knajpie czy w pubie, nie do kotleta, tylko w miejscu, gdzie będzie można tego słuchać i na to patrzeć - być może będzie również obraz i słowo mówione. To ma być przekaz treści. Dla publiczności, która nie będzie gotowa tej treści słuchać, to nam się nie będzie chciało pysków otwierać. Jako pierwszy zaklepał się z rocznym wyprzedzeniem Hotel Nadmorski i to szanujemy. Mamy za sobą premierowy koncert na Zaduszkach, w styczniu wystąpimy na PPP. Jak tu czy tam ludzie zobaczą, jak to wygląda, to ewentualni zapraszający sami się zweryfikują. Przykładowo, gość, który jest właścicielem pubu w Bydgoszczy, gdzie ostatnio byliśmy z Refami, nie pamiętam jak on się tam nazywa (nie gość, tylko pub), to nie ma sensu... Ani to jemu nie przyjdzie do głowy, a jak przyjdzie, to mu grzecznie wyjaśnimy, dlaczego to jest zły pomysł. Nie ma sensu wzajemnie się zawodzić. Takie mamy podejście.

 

Szerokim echem odbił się wasz pierwszy występ na Zaduszkach Szantowych w Kielcach. Jak wspominasz to wydarzenie?

Dobrze, że mamy to za sobą. Obiecałem kolegom, że to był mój najgorszy występ w zespole North Wind.

Bo - niestety - obarczenie mnie drugą fuchą (prowadzeniem koncertu) nie wyszło na dobre ani konferansjerce, ani debiutowi. Zresztą - w konferansjerce też jestem prawie debiutantem. Prowadziłem raptem trzy koncerty (może cztery) wcześniej, a w Refach - jak wiesz - Rogaty monopolizuje tę rolę prawie w stu procentach. No i wcale nie jestem tzw. zwierzęciem estradowym (wierz mi - znam takich!).

Bardzo chciałem obie role dobrze wykonać. A skończyło się to "spaleniem" emocjonalnym... Nawet startując kiedyś z Refami ani nigdy potem, nie byłem tak spięty, zdenerwowany i niepewny tego, co będzie. Bardzo się obawiałem takich elementów w zespole, które uznawałem za "niepewne". I tu mnie zaskoczyło, że moje obawy się nie sprawdziły, a najbardziej niepewnym okazałem się ja sam. Te ogromne zmiany dynamiki, te błędy w intonacji, ta śliwka w gardle, te "zawahania tekstowe"... Żenada!

To niedopuszczalne, by wykonawca tak bardzo emocjonował się własnym występem! Artysta (sic!) ma wywołać emocje u słuchaczy. A sam ma po prostu nienagannie wykonać swoją robotę. Nadmiar emocji to uniemożliwia. Co zostało udowodnione!

Powiedzieliśmy sobie przed decyzją o tym występie, że potraktujemy go jak "próbę z publicznością". I taką rolę znakomicie spełnił. Już wiemy, jak to funkcjonuje i co poprawić. A docelowe koncerty NW mają wyglądać całkiem inaczej. Pełniej. Choć nie wiemy, kiedy do docelowego modelu dojdziemy. Pewnie będzie jeszcze kilka takich... niedopieszczonych. A przecież ogólnie nie będzie ich wiele. Mówiłem już, że mamy zamiar wybierać tylko takie miejsca, gdzie słuchacze chcą i mogą SŁUCHAĆ. A to spore ograniczenie...

 

 

CZTERY REFY

 

Czy pamiętasz, kiedy po raz pierwszy usłyszałeś hasło "szanty"?

Myślę, że hasło padało już około '77 roku zeszłego wieku. To była pierwsza okazja, kiedy żeglarze wyszli ze swoimi pieśniami przed mikrofony - I Ogólnopolska Studencka Giełda Piosenki Żeglarskiej. Były dwie edycje, w '77 i '78 roku. Ja byłem tylko w '77, bo w '78 byłem na rejsie. Wtedy już się chyba używało takiej nazwy. Wcześniej myśmy oczywiście mnóstwo śpiewali, żeglując, albo każdy w swoim mieście, gdzie w klubach (żeglarskich oczywiście - a nie w jakichś lokalach...) spotykaliśmy się jesienią, zimą, wiosną. Darliśmy ryje jak nie wiem co, ale nie do końca wiedzieliśmy, że to jakieś szanty były. Śpiewało się wtedy głównie piosenki żeglarskie. Najwięcej było polskich przedwojennych pieśni marynarskich i trochę różnych innych. Niektóre z nich, jak się potem okazało, jak już zacząłem być w tym trochę bardziej rozeznany, są robione na melodiach angielskich wzorców, tylko że my nic o tym wtedy nie wiedzieliśmy. Ale myślę, że w tym 1977 roku nazwy się już używało. To był czas, kiedy kupiłem książkę Haliny Stefanowskiej "Rozśpiewane morze" i tam już ta nazwa padała.

 

Jak poznałeś Jerzego Rogackiego i Zbigniewa Zakrzewskiego?

Jestem krakusem i w Krakowie całe moje "urządzenie człowieka do dorosłości" nastąpiło. Natomiast luźna młodość skończyła się tym, że w Gdyni na jednym z pokładów dostałem kubek herbaty od atrakcyjnej łodzianki...

Później przyjechała po mnie do Krakowa, okręciła dookoła palca i wywiozła do Łodzi natychmiast, jak tylko skończyłem studia. No i tam się znalazłem samotny i taki... uziemiony małżeństwem i dzieckiem. Ponieważ tak się złożyło, że moje ostatnie lata w Krakowie to był akademicki Krakowski Yacht Klub (KYC), to tam też się zacząłem rozglądać za jakimś klubem akademickim. Byłem świeżo po studiach, więc czułem się jeszcze studencko. Jeszcze jako krakus byłem instruktorem w Wilkasach na obozie żeglarskim, na którym - jak się okazało - całą kadrę stanowił trzon, elita AKŻ, a ja byłem w zasadzie jedyny "spoza" tego AKŻ, obce ciało z Krakowa. Znałem więc wszystkich komandorów i najważniejsze osoby, które były tam instruktorami, i jak się tam w Łodzi pojawiłem, to się nagle okazało, że jestem okrutna szycha, bo szeregowi członkowie klubu nie mieli pojęcia kto zacz, a wszystkie komandory, zastępcy, sekretarze i cała ważna część klubu rzuciła mi się na szyję: "cześć, co tu robisz?". Stałem się w ten sposób członkiem AKŻ, od razu bardzo ważnym. Podczas którejś, trzeciej czy czwartej mojej tam obecności pojawił się taki blondyn długowłosy, wszyscy go obsiedli dookoła i zaczęło się śpiewanie. Okazało się, że ja dokładnie to samo, co on też umiem. To był Rogacki. Zakrzewski był w tym czasie na rejsie do Stanów, ale po czterech tygodniach się pojawił. Chyba się u niego w domu spotkaliśmy, szedłem tam już z Jurkiem. Okazało się, że mówimy tym samym językiem. Dogadaliśmy się, że w tym '77 roku to ja byłem w Górkach jako grupa krakowska, a oni byli jako Refpatent, łódzka ekipa. Na pewno się tam widzieliśmy i oklaskiwaliśmy, zresztą później na zdjęciach się okazywało: "to ja", "a to przecież ja jestem". Tam w Górkach się osobiście nie poznaliśmy, choć pamiętam oczywiście, że była ekipa łódzka, ale żebym się jakoś specjalnie z nimi kolegował... Myyy? - Z KRAKOWA! - z łodzianami?!

W ten sposób znałem ich obydwu i bardzo szybko potem Jurek wybierał się na krakowskie "Shanties" w '85 roku. On był tam w '81 roku, tak towarzysko, potem mu się ten zespół rozleciał - stan wojenny. Wykorzystała to większość członków i pojechała gdzieś w świat. On w zasadzie został sam ze Zbychem. No i w '85 roku wybrał się do Krakowa. Jurek nie lubi wydawać niepotrzebnie pieniędzy, a że nie dało się już kupić biletów tak normalnie, to ktoś mu podpowiedział, że jak przyjedzie z zespołem, to będzie miał wszystko za darmo. Tak też zrobił, pojechał w cztery osoby, a mnie wzięli jako autochtona krakowskiego za kierowcę i przewodnika, bo miałem malucha.

 

A jak kierowca awansował na członka zespołu?

Po pierwsze - to był cudowny festiwal. Ja potem zdobyłem z niego nagrania (Kraków jest niewielki, szybko okazało się, że mam doskonałe koneksje z ówczesną szefową festiwalu...) i do dziś mam je na kasetach. Oni - znaczy Jurek i Zbyszek - już wiedzieli, że ja to wszystko, co oni, też potrafię śpiewać. Ale ja na co dzień aż tak do tego AKŻ często nie przychodziłem. Jurek zebrał tam skład wśród swoich bliskich przyjaciół. Do Krakowa zajechali w nerwach, mieli tam swoje parę minut na scenie - bardzo mnie zawsze Jurek prosi, by tego nikt nie słuchał - a jest nagrane. Przeżyliśmy wszyscy cudowny festiwal. Dużo by o nim opowiadać, bo jak dotąd, lepszego nie znam, no, może ten, kiedy pierwszy raz Anglicy przyjechali. A w powrotnej drodze, tym maluchem jadąc, Jurek spytał: "ty, a tak właściwie, to byś nie mógł z nami śpiewać?". Mógłbym, czemu nie. Już w następnym tygodniu byłem na próbie - to było w marcu. W maju, na pierwszym "Kubryku", który wtedy wybuchnął, już byłem członkiem Refów.

 

Pierwsze kasety Czterech Refów, zwłaszcza "Pożegnanie Liverpoolu"...

Zapomnieć! Jak najszybciej zapomnieć!

 

...to już klasyka. Czy z perspektywy czasu jesteś z nich zadowolony?

To jest tak: nie, ale... To jest okropne, to brzmi wstrętnie, to jest gromadka totalnie wystraszonych amatorów i ignorantów również w dziedzinie tego, co to są za pieśni i jak się je śpiewać powinno. Ja miałem duże przygotowanie muzyczne, śpiewacze, ale to było lata wcześniej. Efekt jest żałosny - to jest obiektywna sprawa. Natomiast jak słyszę i czytam, ilu ludzi wiąże z nią jakieś wspomnienia i traktuje jak początek wszystkiego, to... wymiękam. Niewątpliwie jest to przyjemne. Mam więc mieszane uczucia. Najchętniej bym to wszystko zarejestrował jeszcze raz, to byłoby moje marzenie.

 

Niektóre utwory z pierwszych kaset nagraliście jeszcze raz: "Maui", "Gdy św. Patryk miał swój dzień"...

No może - prawdopodobnie pamiętasz to lepiej ode mnie, bo ja nie wracam do starych płyt zespołu.

 

Chciałbym cię zapytać o pewien okres w historii Czterech Refów, o ile się nie mylę, były to lata 1998-2002. Odszedłeś wtedy z zespołu... Był to spory szok dla jego fanów.

Eee tam, zaraz "szok"... Zespół nie jest monolitem. A miał być. Mówię tu o Refach. Długo by opowiadać o zespole i na pewno nie zdążymy do siódmej. Prawdopodobnie też nie wszystko trzeba.

Jurek jest specyficzną, upartą osobowością. Dąży do celu metodą czołgu. To jest skuteczne, ale strasznie dużo po drodze się łamie i niszczy. Kilku wartościowych, ambitniejszych ludzi nie wytrzymało takiej metody. W zasadzie ta metoda powoduje, że zostają przy nim albo słabi, którzy się naginają, albo tacy, którzy mają wystarczającą determinację, żeby to wytrzymać (ale bez radości...), albo wyrachowani, którzy mają interes, żeby być w zespole, a jego autorytet mają w nosie. Od zawsze obowiązywała zasada, że zespół jest "ścianą". Dźwiękiem (posłuchaj nagrań), wyglądem (zobacz zdjęcia) i we wszystkich innych aspektach. A co wystawało - było przycinane. A to boli i leje się krew... Poza tym - karny szereg maszerujący równym krokiem znakomicie nadaje się do destrukcji, ale słabo do tworzenia. No, może w "Press-gangu" się sprawdza...

W miarę jak kolejni ludzie odchodzili, a pojawiali się inni, przyjemność z robienia tej muzyki stawała się coraz mniejsza. Coraz więcej było różnych niemiłych sytuacji. Z latami to narastało. Zaczęły się pojawiać intrygi, jakieś uszczypliwości, które zaczęły absolutnie przekreślać radość ze wspólnego muzykowania. Nie umiałem (i do dziś nie umiem) znieść i rzucania mięsem na scenie, i fochów czy złośliwości realizowanych "na wizji i fonii", wobec publiczności. I coraz mocniej odczuwałem, że zaczynam mocno odstawać od zespołu. Zrobiłem się taki jakiś... "inny", zawsze na osobnej ścieżce...

A i też moje prywatne sprawy w Łodzi zaczęły się sypać, a tu już wtedy od 10 lat mazurska budowa wołała: "albo mnie sprzedaj, albo mnie wreszcie skończ" (do dziś nie skończyłem, ale już tu mieszkam). A i w pracy same nerwy i zero przyjemności z bycia jakimś dyrektorem od faktur i kontraktów, a i długów narobiłem, no i tak z żoną stwierdziliśmy, że "wóz albo przewóz". Albo sprzedajemy Węgorzewo, żyjemy dalej w blokach w Łodzi i się męczymy z tym całym bagienkiem, które tam jest, albo to wszystko w diabły rzucamy, zostawiamy dzieci same w Łodzi (były już dorosłe) i kończymy budowę. Ta druga wersja zwyciężyła i to się wiązało z wyjazdem z miasta-molocha i zrezygnowaniem ze śpiewania. Miałem powyżej dziurek od nosa tych intryg i stwierdziłem: "mam tego dość".

    A potem oni tu kiedyś przyjechali zagrać w Węgorzewie. Poszedłem zobaczyć. Usłyszałem od Jurka: "chodź na scenę, zaśpiewaj jakiś swój stary kawałek". Wtedy Maciek przejął wszystko i robił również to, co było ze mną związane. W momencie, kiedy wyszedłem na tę scenę i zaśpiewałem, zadziałał odruch Pawłowa. Okazało się, że ja to lubię. A ponieważ te wszystkie żale i anse jakoś spłynęły ze mnie...

   Mieszkanie w takim miejscu, wyluzowanie się, zrzucenie z siebie wielkomiejskich stresów, nerwów... Ja przecież w Łodzi w ostatniej wersji funkcjonowałem jako "estradowiec" (dużo wtedy graliśmy), hulaka i jeszcze (a może głównie?) jako bardzo ważny dyrektor handlowy bardzo ważnej ogólnopolskiej spółki. Żyłem w dużym stresie. Dobrze zarabiałem, stać mnie było na szaleństwa, posuwałem wielką gablotą, ale też lekką ręką generowałem długi. To nie było "higieniczne" życie. I przynosiło sporo guzów... Tutaj było bezrobocie i zlizywanie wapna ze ścian, żeby jakieś kalorie były, ale sposób życia zupełnie inny.

   No więc po tej długiej przerwie wyszedłem na scenę. I po tym Jurek mówi: "słuchaj, bo my za tydzień gramy w Iławie. Przyjedziesz?". Jeszcze powiedział, że jakaś działeczka z tego śpiewania będzie, a ja naprawdę byłem bez grosza. Przyjechałem i jakoś to potem poszło...

   Oczywiście, nie jest to już zespół, który pamiętam z czasów, kiedy to była czwórka czy piątka przyjaciół na zabój - jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, jak muszkieterowie. Mogliśmy góry przenosić, tworzyć niesamowite rzeczy. Wtedy w Polsce był wielki festiwal minimum raz w miesiącu i Refy za każdym razem przyjeżdżały z nowym repertuarem. Pracowaliśmy jak szatany. A teraz... od lat nic nowego. Zanikł zwyczaj przynoszenia nowych pomysłów. Szef proponuje raz na rok jakąś nowość, która jakoś nikogo nie podnieca i wszystko zostaje po staremu.  Powiedziałem "szef" - bo teraz taki układ został zarządzony. A zawsze na świecie tak było, że "wspólnicy" ciągną wspólnie, a "personel" ogląda się na szefa... I psioczy po kątach!

Jurek sam się wmanewrował w zaułek, bo dziś ma taki układ, że już nikogo "bezboleśnie" nie jest w stanie ruszyć, czy choćby "dyscyplinować". A tu przecież dzwonią różni, i chcą żeby przyjechać - i dać "sztukę". Czasami miło potrząsają sakiewką... I co? Odmówić?

A ja... cóż - dzięki temu, że mieszkam tutaj, że sobie siedzę w pracy, w której dwanaście godzin patrzę na jeziorko i że wyszedłem z tego całego wielkomiejskiego zgiełku, to mnie już te wewnątrzzespołowe - nazwijmy to - małości, wiszą i powiewają. Jak wychodzę na scenę, to dla mnie zespół jest jak niezawodny i elastyczny magnetofon. "Play" - i śpiewam. I z tym luzem psychicznym mogę jeszcze jeździć Bóg wie ile. Jak mnie będą chcieli... Oczywiście na krótkie wyjazdy, bo jak to są trzy tygodnie w Stanach, to trochę jest już psychicznie męczące.

To jest trudne pytanie i ja w zasadzie nigdy o tym nie rozmawiałem z nikim, bo też mało kto miał odwagę rozmawiać o tym ze mną.

To nie jest też tak na świecie, że wszystko jest białe albo czarne. To samo dotyczy ludzi. Są fajne chwile, kiedy odkrywamy, że nam coś wychodzi. W Ameryce, w lipcu, było mnóstwo momentów, kiedy musieliśmy bardzo improwizować, kombinować... I sprawia przyjemność, że to rzemiosło jest na tyle opanowane, że sobie radzimy w różnych sytuacjach. My sobie z Maćkiem - który jest najstarszy poza nami trzema starymi dziadkami, więc prawie całe tamte pionierskie lata pamięta - czasami popatrzymy w oczy na scenie i wiemy, że się rozumiemy, że coś jednak zostało z tych lat mimo szczucia i podjudzania. Więc popatrzymy sobie w oczy i... jedziemy do przodu po swojemu. Jak dawniej!

I jest konkret, który nas wiąże. To marka "4R"! O nią powinniśmy dbać, bo jesteśmy z nią związani prawie (?) nierozerwalnie. Mimo wszystko...

 

  

RUCH SZANTOWY W POLSCE

 

Czy są jakieś miejsca w Polsce, jakieś imprezy, gdzie szczególnie lubisz grać?

Trudne pytanie. Lubię grać tam, gdzie odczuwam, że udaje mi się nawiązać kontakt z publicznością, że ta publiczność słucha, co ja śpiewam, co mówię. Że nie jest zainteresowana wyłącznie tym, żeby jakaś rytmiczna muzyka leciała ze sceny i żeby jej ktoś kazał się gibać. I jeszcze do tego bardzo ważne jest, prawie niezbędne, żeby dźwięk, który produkowany jest przez wszystkie urządzenia do produkcji dźwięku, był na tyle dobry, żebyśmy mieli na scenie komfort psychiczny i pewność, że docieramy ze wszystkimi dźwiękami do słuchaczy. Jeśli to ma być nie tylko odwalanie parunastu czy parudziesięciu minut za nieduże pieniądze, ale przekaz emocjonalny czegoś, co chciałbym przekazać tym ludziom, którzy być może chcieliby to odebrać - a tylko taki sposób mnie interesuje - to ja muszę panować nad tym, co ze mnie wyłazi. Oczywiście, rzemiosło, lata praktyki, powodują, że jesteśmy w stanie funkcjonować "na przyrządy", czyli nawet się nie słysząc, realizujemy w miarę poprawnie ten sam dźwięk. Zaskoczeni nieraz bywamy, kiedy odsłuchujemy coś, co było zarejestrowane na jakimś kiepskim koncercie i wychodzi na to, że podstawowy przekaz, linia melodyczna, wszystko niby jest. Widocznie mamy już na tyle opanowane rzemiosło, że w miarę to leci. Ale to nie jest przekaz emocji.

Jeśli zapytanie brzmiało "gdzie?", to jest mi bardzo trudno odpowiedzieć. Bardzo często te same punkty się zmieniają. W tym samym miejscu raz słychać dobrze, raz źle, raz przychodzi taka publiczność, raz inna. Poza tym bardzo często w zupełnie zaskakujących miejscach, za które nie dałbyś złamanego grosza, nagle się okazuje, że jest człowiek, który ma serce do tego, co robi - czuje, rozumie. Najgorzej jest pracować z elitarnymi, wspaniałymi i bardzo drogimi nagłośnieniowcami z Bardzo Ważnych Firm, którzy mają się za niezwykłych fachowców, bo nagłaśniali Irenę Santor i jeszcze tam coś. Głównie rockmanów. Kompletnie nie mamy z nimi kontaktu, bo oni nas uważają za jakichś tam amatorów, co tam czegoś chcą. A tymczasem ten rodzaj zespołu, jakim na przykład są Refy, jest piekielnie trudny do nagłośnienia. Jeśli ktoś nie ma serca, nie zna specyfiki brzmienia akustycznych instrumentów, nie wie o tym, że my chcemy mieć wszystkie głosy równo, a nie solistę z przodu, a resztę z tyłu, jeśli nie wie o tym, że jest instrument, który musi być, bo jest melodyczny, a nie jest gitarą (oni uważają, że tylko gitara się nadaje do nagłaśniania, a ta reszta to ma ładnie wyglądać), no to są niepotrzebne nerwy. A potrafi się pojawić "na końcu świata", w tawernie "Keja" [w Węgorzewie - przyp. MN] człowieczek mały i krępy, za którego byś nie dał pięciu groszy, a tymczasem facet robi perełeczkę z dźwięku. Można sobie śpiewać trzy godziny koncertu i się nie chce zejść ze sceny. To samo się może zdarzyć w dowolnym miejscu w Polsce. Prawie w stu procentach zdarza się w Łodzi. Nie ma w tym momencie lepszego człowieka, który jest powtarzalny, zawsze ten sam, niż Tomek Podwysocki z Radia Łódź. On nas zna, my jego znamy. Zresztą on przy każdym zespole, który nagłaśnia, wie jak i co ma brzmieć - wszędzie w sieci to nazwisko pada nieustannie. Kubryk jest więc takim miejscem. Nie jest to jednak przyjemność zdobywania nowych ludzi, tam są ciągle ci sami - oni już wiedzą, co ja robię, a ja wiem, jak oni to przyjmą.

Nie chcę specjalnie strzelać nazwami, bo kogoś pominę, a komuś dam plusa, chociaż nie zasłużył. Nie o to chodzi. Pojawiają się perełki, potem znikają... Najważniejszy jest dźwięk i publiczność, która chce słuchać.

 

A wolisz grać dla dużej czy małej publiczności?

Nie lubimy (sorry - ja nie lubię!) grać dla publiczności typu amfiteatr w Giżycku. Nawet nie dlatego, że jest wielka, tylko dlatego, że jest specyficzna i dość prostacka. To samo było na ostatnich festiwalach krakowskich odbywających się w Koronie. Generalnie, krakowski festiwal, w miarę jak stawał się coraz bardziej głośny i modny, to był coraz przykrzejszy do śpiewania. Trzeba było tam być, bo to była taka giełda - raz na rok odnawiało się wszystkie kontakty, ale publiczność robiła się coraz bardziej byle jaka. Oni też pojawiali się, bo "wypadało", no a wiadomo kogo taka motywacja mobilizuje... A publiczność swoim odbiorem decyduje. Na początku było zupełnie inaczej, potem się to zmieniało powolutku.

Potrafimy i zdarzało nam się zaczarować ogromną publiczność na otwartym terenie albo w dużej sali. Wtedy, kiedy trzeba, pojawiała się cisza jak makiem zasiał, a wtedy, kiedy wcale się tego nie spodziewałem, sala potrafiła ciągnąć nieproszona i nienamawiana, słowa refrenu. Mogłem sobie pozwolić na komfort zamilknięcia, zrobienia jakiegoś gestu z kuflem wiedząc, że ci ludzie śpiewają za mnie. Zdarzyło się to na przykład kiedyś w Krakowie, kiedy śpiewałem, że "nie wrócę na morze" i naprawdę nie planowałem, że w ostatniej zwrotce publiczność przejmie ten refren. Ani jednym gestem tego nie zasugerowałem.

Ależ to było cudowne zaskoczenie i satysfakcja...

Nienawidzę tego, kiedy wykonawca żąda czegoś od publiczności. On ma zrobić tak, żeby ona sama śpiewała. A kazać, prosić... "Panie, czemu pan nie klaska?!" - żenujące. A jak to od nich wyszło, to człowieka niesie. Więc takie momenty się zdarzają, ale nie ma reguły. Byliśmy niedawno w Hotelu Nadmorskim w Gdyni u "Kadłubka", Andrzeja Kadłubickiego. To jest jego impreza, nie jego hotel, broń Boże. Kilkanaście, no, może trzydzieści osób przy stolikach. Bardzo sympatycznie się grało, bo czuło się, że oni chłoną to, co ty śpiewasz. Takie miejsca lubię. A czy to jest duża ilość ludzi, czy mała, to nie ma żadnego znaczenia.

 

Jesteś nie tylko uczestnikiem, ale i obserwatorem polskiej sceny szantowej, i to od mniej więcej 30 lat. Co twoim zdaniem było przez te lata szczególnie godnego uwagi: zespoły, wykonawcy, płyty...

Najbardziej godne uwagi było zjawisko jako takie. My jako Refy mamy okazję bywać sporo w świecie, co roku zaliczamy przynajmniej jeden wyjazd zagraniczny (w tym roku - trzy...). Mam więc okazję obserwować, jak to jest gdzie indziej, porównywać, także patrzeć, co tamci ludzie myślą i mówią o tym, co się u nas dzieje. Więc samo zjawisko jest najbardziej fascynujące i niesamowite. W jednym momencie złożyło się coś takiego, jak chłopcy z Krakowa (to są moi koledzy, przyjaciele. Gdyby mnie żona nie wyciągnęła z Krakowa, to ja bym tam był jednym z głównych organizatorów) i to, że wcześniej było ogromnie dużo żeglarzy pływających ostro po morzu i ostro również śpiewających w każdej wolnej chwili (przy okazji spożywania różnych trunków, co nie przeszkadzało w żywiołowym wykonywaniu różnych pieśni związanych z żeglarstwem). Do tego wszystkiego doszła osobowość Marka "Siurawy" i Janusza, którzy mieli dojście do mediów, do Rozgłośni Harcerskiej, i byli w stanie robić cotygodniową audycję "Kliper Siedmiu Mórz", która była kultowa. Słuchało jej się od początku do końca z magnetofonem, bo oni mieli mnóstwo nagrań ze zbiorów Wadowskiego. Stare "Stare Dzwony" na scenie, to dla mnie do dziś niedościgniony przez nikogo wzorzec. Kto nie słyszał - już nie ma szans...

Dość szybko pojawili się też na świecie, choć tak naprawdę raptem dwa lata przed nami byli w Anglii. Niemniej jednak byli i przywieźli sporo płyt, ale startowali ze zbiorami Wadowskiego, który zbierał je po świecie robiąc pracę doktorską. Te czynniki zebrały się w dobry układ. To wybuchło w sposób kompletnie nieznany gdziekolwiek indziej. To się oczywiście musiało wiązać z naszym polskim charakterem i polską szkołą żeglarstwa. Dzisiaj to oczywiście bardzo się zmienia, bo zupełnie inni ludzie przychodzą do żeglarstwa, inne są kryteria, to już jest bardziej kwestia, czy cię stać na rejs, czy nie. Wtedy koszty w zasadzie nie grały roli, natomiast grała rolę osobowość i to, że na początek był ogromny odsiew wśród ludzi, którzy się za to brali. Jak już się dochodziło do morskiego rejsu, to się przeszło wszystkie możliwe przygotowania w klubach: stopnie, ciężkie roboty przez cały rok, bycie czynnym działaczem. Było to na tyle ostre sito, że przechodzili przez nie fajni ludzie. A jeszcze po pierwszym rejsie odpadali tacy, którzy się ewidentnie do tego nie nadawali. Ci, co zostawali, to w tych portach siedzieli i śpiewali całymi nocami. Te wszystkie zjawiska splotły się w taki węzełek, który spowodował wybuch czegoś niezwykłego. Te lata między 1983 a 1993... Patrzyliśmy na to żyjąc tym, działając, ale równocześnie obserwując, że dzieją się niezwykłe rzeczy. Im bardziej patrzę na to z perspektywy, tym bardziej widzę, jakie były niezwykłe. Jak grzyby po deszczu tworzyły się nowe festiwale. Pojawiali się kompletnie nieznani ludzie, którzy dostawali szału na punkcie tej muzyki, jedni ją tworzyli, inni jeździli za zespołami... Dzisiaj oczywiście też na przykład jak są Perły, to zawsze jest tych kilka osób towarzyszących, ciągle tych samych. Ale wtedy to potrafił być cały pociąg! Z Warszawy na "Wiatrak" jechał cały nocny pociąg, przy którym konduktorzy w zasadzie głupieli, bo cały pociąg śpiewał to samo, oczywiście pił bardzo dużo, to też prawda, ale to nie było chamskie, prymitywne, to byli ludzie na poziomie jeśli chodzi o zawartość intelektu, ale równocześnie niezwykle żywiołowi. Biorąc udział w takich zjawiskach i mając do czynienia z takimi ludźmi dzisiaj już troszkę z przekąsem patrzę na to, co się z tego dzisiaj wyroiło. Twierdzę, że polski ruch szantowy swoje największe lata miał właśnie wtedy, z większym wskazaniem na końcówkę lat 80. Tamte zjawiska, lawinowy wzrost przy równoczesnym wysokim poziomie wiedzy o naszej muzyce, to uważam za najbardziej warte docenienia. Dzisiaj to jest z mojego punktu widzenia regres, odcinanie kuponów, rozmienianie się na drobne i rozcieńczanie treści w coraz większej ilości coraz bledszego roztworu..

A jak jeszcze - nie daj Boże - tych kilku upartych przebije się do głównych przekaziorów. Jak  jakiś "telewizor" postanowi w to wejść... A dowody jak to będzie - już przecież są! Ale oni - jak te ćmy...

Nie ma sensu rozmawiać o konkretnych grupach, konkretnych festiwalach. Były festiwale, które były znakomite przez trzy lata, po czym usychały, z takiego czy innego powodu. Natomiast o zjawisku trzeba mówić, bo nie ma drugiego takiego. Wszędzie na świecie muzyką żeglarską zajmują się pojedynczy starsi ludzie, którzy na emeryturze akurat taką działkę aktywności sobie wymyślili, bo mieli wcześniej z tym do czynienia. Albo byli pieśniarzami folkowymi, a dla Anglika 60 procent folkloru to są rzeczy związane z pływaniem, przecież nie z chodzeniem po górach, albo też byli marynarzami. To są bardzo małe środowiska, przeważnie zamknięte w gronie starszych osób, nieporównanie lepiej od nas zorientowane w tym, co śpiewają, nieporównanie lepiej umiejące śpiewać stylowo. Zjawiska typu boysband czy jakiś zespolik pseudo-rockowy (taki remizowy, bo nie mówię o folk-rocku na wysokim poziomie muzycznym) - to by tam w ogóle nie przeszło, ponieważ ci ludzie śmieją się z tego. To są fachowcy. Jest ich niewielu i działają na zasadzie kompletnej niszy. Mówi się, że w Polsce jest to niszowa muzyka, ale nie ma w ogóle porównania. Byliśmy w lipcu w Stanach na największym w tym roku amerykańskim zlocie żaglowców i ta część pod nazwą Maritime Music Festival to był namiocik trochę większy od altanki ogrodowej, szesnastu ludzi słuchających, czy w porywach trzydziestu, i niesamowite głosy, niesamowici ludzie śpiewający dla takiej publiczności w otoczeniu stonki, która stoi w kolejkach, żeby sobie te żaglowce obejrzeć. Z tych głośniczków dźwięk się po 100 metrów dookoła roznosi, więc jest miły podkład muzyczny pod imprezę. Ale poza tymi kilkunastoma ludźmi, którzy tam przyjechali śpiewać, i kilkoma, którzy ich zaprosili, jeżeli wiedzieli, kogo zapraszają, i jeszcze kilkudziesięcioma świadomymi słuchaczami - w zasadzie nikt się tam specjalnie tym nie interesuje. I tak to jest na całym świecie, czy to jest Anglia, kolebka tej muzyki, czy Ameryka, gdzie jest najwięcej ludzi umiejących to robić, czy Francja, gdzie jest tego troszkę mniej i troszkę inaczej, bardziej jako odłam muzyki ludowej, głównie bretońskiej, czy to jest Holandia czy Norwegia, gdzie są wielkie, wieloosobowe chóry ludzi, którym się nudzi na bardzo dobrych emeryturach. Na światło dzienne, muzyka żeglarska wychodzi na świecie w zasadzie wyłącznie przy okazji wielkich festynów odbywających się w miastach portowych. I stanowi "eksponat" umieszczony gdzieś między babcią w starodawnym czepku, dziergającą chusteczki w żaglówkowy wzorek, a nadmuchiwanym wielorybem...

Czegoś takiego, jak w Polsce, nie ma nigdzie i na pewno nie będzie. Ja czuję się przez Boga - nie wiedzieć za co - wyróżniony, że miałem okazję w tym brać udział.


            Zdarza ci się czasami wcielać w rolę publicysty: coś napisać, coś skomentować, co czasem budzi burzliwe polemiki...

Bo ja "mam swoje zdanie i się z nim zgadzam!" To jest powiedzenie Rogackiego. Jaki Jurek jest, taki jest, ale ja go dobrze znam, często rozumiem (choć się często ostatnio nie zgadzam...) i parę jego powiedzeń uważam za rewelacyjne. Przykładowo: "praca nie powinna przeszkadzać w życiu" - i taką sobie znalazłem. Bardzo niestety rozplenili się ostatnio na świecie ludzie, którzy mają swoje zdanie, ale kompletnie się z nim nie zgadzają, a wręcz przeciwnie, zgadzają się ze zdaniem przeciwnym.

Owszem, czasami po prostu szlag mnie trafia albo mam coś do powiedzenia i mówię to głośno, nie oglądając się na to, jakie to przyniesie złe lub dobre skutki. O dziwo, ludzie, których szanuję i z których opinią się liczę, często zgłaszają się prywatnie do mnie - mailem czy gdzieś przy osobistym spotkaniu - i mówią: "no, ktoś to wreszcie powiedział". Mnie jest łatwiej, bo ja mam swoją pozycję. Nawet jak się całe środowisko na mnie obrazi, to ja sobie mogę powiedzieć: "kochani, to wasza sprawa". Mam się gdzie schować w Węgorzewie, zrobiłem sobie gniazdko, w którym czuję się dobrze, a mojej płytoteki to chyba nawet w 1/3 dobrze nie przesłuchałem. Mam swoich przyjaciół (teraz to już ma nawet swoją nazwę), z którymi się dobrze rozumiem, z którymi mam co śpiewać i w co się bawić. Mogę sobie pozwolić na niezależność. A te opinie najczęściej nie są takie straszne, są tylko inne niż ogólnie obowiązujące.

Zresztą... wiesz, ja tak generalnie nie przepadam za opiniami, które "podało" do ogólnego obowiązywania...

 

    Krytykowałeś nie tylko nurt pseudo-rockowy, ale też tzw. "silesian sound"...

    Zauważ, że ja nigdy nie stałem się wrogiem czy to chłopaków z Bananów, czy to chłopaków z Pereł. Że już o Dwudziestkach nie wspomnę! My się bardzo dobrze rozumiemy. Ostatnio gdzieś czytałem w sieci (i podejrzewam, że chodziło o Maćka Jędrzejkę i mnie), że tu polemizują prawie że na noże, a za chwileczkę spotykają się na zapleczu jakiegoś koncertu, robią sobie niedźwiedzia i wyglądają, jakby się doskonale znali i lubili. No bo tak jest! Bo to, że ktoś ma inne zdanie, to nie znaczy, że to jest zły człowiek, ani że ja mam go nienawidzić za to. Ja po prostu mam inne zdanie, ale potrafię to zdanie wyartykułować i nazwać, on potrafi swoje zdanie wyartykułować i nazwać, potrafimy ich nawzajem bronić i rozumiemy zdanie polemisty, jego argumentację i tok myślenia i... dalej się lubimy. A to, że mamy inne zdanie na punkcie tego, czy ta kobita jest ładna, czy nie, to zupełnie nam nie przeszkadza.

"Silesian sound" to jest, po pierwsze, niesamowita sztuka. Pierwszej klasy rzemiosło. Ja mam bardzo dużo prześpiewanego czasu w życiu. Od pierwszej klasy podstawówki uczestniczyłem w różnych chórach: od chóru szkolnego, poprzez kościelny - ale taki jak wszystko w Krakowie: historyczny, a do dziś śpiewający, znany i ceniony... skończywszy na scenie filharmonii w Krakowie. Tam byłem w chórze chłopięcym przez wiele lat, przetrwałem wielogodzinne próby i ćwiczenia przez cztery dni w tygodniu, tam miałem pierwsze nagrania radiowe, występy w ogromnych salach z niesamowitymi oratoriami. Dyrygowały mną takie nazwiska, że potem, jak umierali, to dopiero orientowałem się, jak ważnymi postaciami w muzyce byli. Do dziesięciolatka to jeszcze nie docierało, ale co mnie wyuczyli rzemiosła i wyszlifowali wrażliwość - to moje! Ja szanuję rzemiosło śpiewacze, sztukę śpiewania, umiejętność harmonicznego rozłożenia na głosy w bardzo trudny, specyficzny albo rozbudowany sposób, aranżacje... Ja to wszystko doceniam i rozumiem. Sam bym tak nie umiał. Nie jestem już dzisiaj tak precyzyjny, mam głos zdarty od krzyczenia, wrzasku, od innej artykulacji. Natomiast do zrobienia takich bajerów harmonicznych naprawdę trzeba mieć talent, strasznie dużo ćwiczyć i mieć ogromnie dużo samokontroli, żeby to zrealizować na scenie, i to jeszcze przy energicznych ruchach. Chylę czoła! Ale sam osobiście bym tego nie robił, bo ta stylistyka mi nie leży. To mi nie gra z tym, z czym jestem osłuchany - z oryginałami, z prawdziwym (w moim przekonaniu) brzmieniem tej muzyki, takiej, jaka ona jest. Ja już nie mówię - była, gdzieś kiedyś, na żaglowcach. Przecież to były prostaki, które się darły jeden przez drugiego byle jak, tam o żadnych "ślicznych" harmoniach nie ma mowy.

Mam trochę takich "realistycznych" nagrań...

To był charakterystyczny zestaw głosów, naturalny dla tamtych ludzi. Zawsze się znalazł albo jakiś Murzyn, albo potężny grubas - i był niski bas. Pętali się po pokładzie chłopcy okrętowi, często przed mutacją - i wydzierali się cienkimi dyszkancikami. No i większość - jakoś tam - "w środku"...

Ci, którzy pracowali kiedyś na pokładach, jeśli mieli wspólnie coś wrzasnąć żeby im razem równo szło, to odruchowo robili to w sposób, w którym wyrośli, który był ich skalą. Jak się posłucha jakiegokolwiek dobrego folkowego nagrania anglosaskiego, to tam jest taki specyficzny zestaw współbrzmień, przejść z głosu na głos, rozwiązywania pewnych harmonicznych układów w taki, a nie inny sposób. Jest ten dźwięk, tu dziura, i ten dźwięk. I to jest charakterystyczne, kulawo chrapliwe, ale charakterystyczne. Jeżeli słuchasz takiej muzyki przez lata, to masz ją w uszach. A jak nasi tę dziurę wypełnią, a jeszcze na wszelki wypadek dodadzą inne dźwięki, tak jakbyś dwoma rękami nacisnął akord na organach, to dla nich jest pyszne! Tylko że to kompletnie nie jest ta muzyka. Nie można powiedzieć, że to jest brzydkie, bo jest "śliczne". Tylko to jest albo chorał gregoriański, albo cytat z Bacha, albo Take 6, albo przedwojenny chór rewelersów... a najczęściej - niestety - banalny efekt pracy instruktora śpiewu z lokalnego domu kultury. A nie zapiewajły z pokładu żaglowca.

 

Jest taka opinia, że całe środowisko szantowe jest gronem przyjaciół, ludzi doskonale się rozumiejących...

Wiesz, jest coś takiego, czego chciałbym uniknąć, to znaczy: "za moich czasów to było cudnie". Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej mam pokusę tak mówić. Sam tego słuchałem przez lata całe, gdy byłem młody, i to było żałosne. A dzisiaj muszę się zmuszać, żeby tak nie mówić. Jest prawdą, że te lata, o których mówiliśmy, ten wielki wybuch... Jechało się wtedy np. do Świnoujścia, kawał drogi, po to, aby spotkać się z tymi ludźmi. Koncert to był tylko pretekst do tego. Po zakończeniu imprezy wywozili nas kutrami na wyspę, a tam ognisko, rybki, jakiś alkoholik drobny... I jest tam tych 100 osób, zespoły, przyjaciele, żony, kochanki, dzieci jeszcze wtedy nie mieliśmy, charakterystyczne osoby towarzyszące. To wszystko to było grono ludzi, którzy się ze sobą cudownie nawzajem czuli, lubili, wcale nie byli głupi, którym się chciało zostawić wszystkie swoje sprawy i jechać na trzy dni do tego Świnoujścia i którym nie chciało się ze sobą rozstawać. I my naprawdę cały czas śpiewaliśmy! Widać to wyraźnie na kiepskich - czarno białych zdjęciach. To nie tak, jak teraz, że robi się "sztukę" za pieniądze i natychmiast "fru" - do domu, do hotelu, byle dalej od zgiełku....

Niedawno byłem w Charzykowach i tam próbowali chłopaki coś takiego zorganizować. Ale to nie idzie, to się już nikomu nie chce, jeden na drugiego patrzy i słucha, jak tamten się produkuje, ale samemu się nie chce. Poza tym jeden by poleżał, komuś tam gdzieś się spieszy, czegoś potrzebuje, inny za dużo wypił i się już do niczego nie nadaje. To jest w stosunku do tego, co ja pamiętam, żałosne. No i wchodzę w ten sposób niechcący w ten ton... "za moich czasów...".

Wtedy siedzieliśmy na koncercie słuchając, co nasi przyjaciele zrobili, jaki nowy kawałek znaleźli. Kurcze blade, zrobili ten kawałek! Myśmy dopiero co go znaleźli, a Oni już przyjechali z gotowym, no to już nie możemy go ruszać. No dobrze, ale prawdopodobnie nie mają tej kasety co my. Pamiętam - wtedy Rogackiemu kolega, jeden ze starych Refpatentowców, przysłał z Australii kasetę, którą do dzisiaj mało kto zna (choć wyszła już na CD). Kurczę, tego nikt nie ma, ale tam są takie przejścia, tak te głosy rozłożone, jak my sobie z tym poradzimy? Ćwiczymy, ćwiczymy, udało się, jeden czy drugi kawałek z tej kasety zrobiliśmy. Pokazaliśmy, to znowu im szczena opadła. Kurczę, ale znaleźli! Skąd oni to mają?

Coś takiego dzisiaj w ogóle nie istnieje. Myśmy się między sobą przyjacielsko ścigali, kto znajdzie taki kawałek, którego nie zna reszta. Czasami znajdywali trzej czy czterej równocześnie i powstawały dwie wersje tekstowe, kto pierwszy pokazał, ten szedł do przodu. Nie ma już tego, ja przynajmniej tego nie widzę. Oczywiście - my, "dojrzali" - nie zmieniliśmy się jakoś mocno. Ciągle mamy swoje archiwa. Nasze przyjaźnie trwają i często sprawdzają na różnych wirażach. Tyle, że czasu mamy dla siebie coraz mniej...

Ale dookoła świat się zmienił, i nie ma co marudzić, bo taki jak był nie będzie. Czasami wyłazi ze mnie niechcący nutka żalu, że ludzie nie są już tacy jak byli. Widocznie tak to musi być i... "trudno wierzgać przeciw ościeniowi". Każdy ma swoją młodość, a marudnych dziadków trzeba gdzieś odstawić!

 

A co sądzisz o niedawno rzuconym haśle "Przywróćmy szanty Mazurom"?

Nic nie da się zadekretować na siłę. Jak nie ma ludzi, którzy rozumieją, cenią, chcą, żądają, życzą sobie i sami to robią, to żadne odgórne zarządzenie nie działa. Dawniej jak wchodziło się do portu, to stały równo poustawiane łódeczki w pełnym morskim klarze. I nawet ludzie, którzy siedzieli w knajpie i pili wódkę, bo wtedy się mniej piwa piło, to zanim tam poszli i sobie zamówili po pięćdziesiątce, to wcześniej sklarowali łódkę, bo taki był sznyt, fason. Kto cieniej zmarlował grota, ten był lepszy. Dzisiaj to ludzie olewają: po diabła się z tym pierdzielić, jakiś piaseczek wygrzebywać (!), jeśli łódka pożyczona, a właściciel ma sprzątaczkę i w rękę pocałuje, że w ogóle będzie odstawiona na miejsce. Można walnąć fordziakiem w keję, zawiązać byle jak (albo i nie...) i iść na tę samą pięćdziesiątkę.

I z tymi nowymi ludźmi, nic się sensownego nie zrobi.

Nie da się na siłę ratować szant. Jak nie ma komu słuchać, jak ludzie wolą tę dyskotekę, jak właściciel knajpy sobie wykalkulował, że przy szantach będzie miał pięciu maniaków, a jak włączy dyskotekę, to będzie miał pięćdziesięciu... Trudno wierzgać...

Ale - prawdę mówiąc - myśmy dawniej mimo wszystko wierzgali. I niektóre ościenie połamaliśmy... Więc - po cichu - trzymam kciuki!



Pytał: Michał NOWAK

Foto: Tomasz GOLIŃSKI (1-3, 5-8, 11-14), Paweł NOWAK (9,15), Elżbieta PIOTROWSKA (4,10). Zdjęcia 7 (fot. Romuald KUCHCIAK) i 18 (fot. ?) zaczerpnięto ze strony zespołu Cztery Refy.

Zobacz także

W naszym archiwum

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 23:32, 30 grudzień 2006, wyświetlono: 1249 razy

Jaro20

wysłano: 1:28,31 grudzień 2006

i tylko w kwestii formalnej :) Wklejony tekst do edytora szantymaniakowego nie honoruje cudzysłowów i apostrofów z innych edytorów. Efekt - widoczne szlaczki i robaczki :). Trzeba tekst ręcznie poprawić w szantymaniaku.
Odpowiedz na ten komentarz
nieśmiały harpunnik

wysłano: 14:5,31 grudzień 2006

\"Już niedługo ukaże się długo oczekiwana płyta zespołu North Wind. Grupy, którą bez wahania określić można największą sensacją w polskim ruchu szantowym ostatnich lat.\"..... Formułowanie takich sądów jest żałosne... Proszę o poszanowanie zdania innych.
Odpowiedz na ten komentarz
ela

wysłano: 15:13,31 grudzień 2006

nieśmiały harpunnik napisał: Proszę o poszanowanie zdania innych. Autor wyraził swoją opinię i podpisał się pod nią. To nie oznacza braku poszanowania zdania innych. nieśmiały harpunnik napisał: Formułowanie takich sądów jest żałosne... Żałosne jest anonimowe krytykowanie cudzego zdania. I to właśnie jest brak poszanowania. Szczęśliwego nowego roku!
Odpowiedz na ten komentarz
scv

wysłano: 1:46,1 styczeń 2007

A ja życzę wszystkim - w szczególności Romkowi i Irkowi - szczęśliwego nowego roku!
Odpowiedz na ten komentarz
Bongos

wysłano: 14:40,1 styczeń 2007

Cześć W pierwszym zdaniu: Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku :) Przeczytałem właśnie Wasz wpis na stronce. Nie podpisuję się jako niejaki Bongos. Nazywam sie Bartosz Konopka i nie stosuję żadnej prowokacji wobec zespołu LH. Nie wiem dlaczego zarzucacie mi kłamstwo i wspomnianą prowokację, skoro jak mogliście przeczytać, są świadkowie tej rozmowy i to aż trzy osoby !!! Z powodów moich bardzo zażyłych kontaktów z Messolem oraz poważne zaangażowanie w projekt, wypowiedziany przez Anię (Skrzypaczkę LH - nie wiedziałem jak ma na imię) tekst bardzo mnie poruszył. Trzymałem jednak język za zębami, ale jak przeczytałem dyskusję na Szantymaniaku to nie wytrzymałem. Nie wiedziałem że LH przyjechał do Stodoły promować swój singiel. Byłem przekonany że ważny jest tylko projekt ZM. ZM i nic innego. Promocja LH była uzgodniona z organizatorami i oczywiście Ania powiedziała mi prawdę. Była bardzo szczera w swojej wypowiedzi i dosłowna w wyrażaniu swoich myśli. Michale - po Waszym koncercie podszedłem do Ciebie i powiedziałem Ci o całej sytuacji. Wiedziałeś o tym bezpośrednio odemnie. Odnosząc się do zarzutu kłamstwa: Nie zależy mi na oczernianiu kogokolwiek ani też jak widzisz nie oceniam Waszych działań. Przedstawiłem relację z tego co się wydarzyło. Messol to bardzo ważna dla mnie postać - wie to ten kto na "społecznym" we Wrocławiu spędził piękne lata w Porcie Samanta z ogniskiem i psami. Było to dla mnie ważne. Nie mam powodów żeby kłamać. Reasumując Przepraszam zespół Latający Holender za to, iż z mojej wypowiedzi wynika że LH poza czyjąkolwiek wiedzą prowadził bezpodstawne działania promocyjne. Przepraszam za tekst "plugastwo zakorzenione jest w sercach niektórych ludzi" Przepraszam wszystkich sympatyków LH, którzy poczuli sie urażeni. Tekst ten Wysyłam do Was oraz zamieszczam w miejscach, gdzie opublikowałem wcześniejszy tekst tzn. na portalu Szantymaniak oraz na Forum Szantymaniaka Odyyyyynie siłę daj BONGOS Yank Shippers www.yank.szanty.art.pl http://www.grupa.szantymaniak.pl/?bongos
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 12:7,2 styczeń 2007

Dokładnie tak samo jak Ela chciałbym napomnieć pana nieśmiałego, że pisanie w sieci bez fałszywych masek to podstawa do traktowania czyjejś wypowiedzi poważnie.
Odpowiedz na ten komentarz
Jurek O.

wysłano: 13:24,2 styczeń 2007

North Wind to czwórka pasjonatów, złączonych wspólną ideą. Nie "wyznaczyliśmy" lidera ani kierownika. Sam się (co częstrze...) też nie wyznaczył. To, że mój pysk zdecydowanie najmocniej zdążył się odcisnąć w polskim śpiewaniu żeglarskim, to wynik wyłacznie nieprzyzwoicie odstającego wieku, a co za tym idzie - stażu. To prawda, że sporo piszę, gadam, a przede wszystkim najczęściej śpiewam (choć przecież nie tylko ja!), ale to efekt wyłącznie mojego LENISTWA. Zwyczajnie - nie chciało mi się dobrze nauczyć grać na czymkolwiek!! Bo to znacznie trudniejsze, niż jako-tako składnie się wydzierać. I wymaga lat pracy. A ja jestem LEŃ. Bardzo nas to ogranicza, bo jako instrumentalista jestem kompletnie nieprzydatny. Więc z konieczności - koledzy przydzielają mi spora działkę wokalną. A ja się (z wyrzutami sumienia) staram... Dlatego - PROSZĘ! Nie piszcie "Jurek O. z Zespołem. Bo mnie wstyd, a moim Przyjaciołom przykro... Bardzo tęsknimy już za Waszymi roześmianymi gębami! Pozdrawiamy w Czwókę! Jurek O. Członek Zespołu North Wind
Odpowiedz na ten komentarz
Paweł "Synchro" Jędrzejko

wysłano: 14:54,2 styczeń 2007

Ślicznie dziękuję za ten wywiad - czytałem go z przyjemnością! Michałek zbieraj teksty, które piszesz! Może kiedyś zrobimy przegląd najciekawszych wypowiedzi i zrobimy książeczkę? Pozdrowienia dla Ciebie i dla Jurka! Synchro
Odpowiedz na ten komentarz
Dziadek Władek

wysłano: 7:59,3 styczeń 2007

W wywiadzie z autorem Jurek Ozaist powiedział: " Wiesz, jest coś takiego, czego chciałbym uniknąć, to znaczy: "za moich czasów to było cudnie". Im dłużej żyję na świecie, tym bardziej mam pokusę tak mówić".. To rzeczywiście prawda - i ta część wywiadu trafia do mnie najbardziej. Brawa dla autora za świetna robotę i ukłony dla Jurka Ozaista - za jego szczerość:-)
Odpowiedz na ten komentarz
Dziadek Władek

wysłano: 8:7,3 styczeń 2007

Zgadza się, Jurku:-) Nie ma "Jurek O. z zespołem czy NW z Jurkiem O." Jest ZESPÓŁ NORTH WIND i to wszystko. Dobry zespół - wspaniały. I tak niech zostanie:-) Miłego dnia:-)
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI