Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Europo, witaj nam...

Felietony

 Wracałem z próby. Zwykłe dyskusje, rozśpiewki, składanie głosów - nic szczególnego, żeby nie powiedzieć - nuda. Jednak mimo upływu kilku godzin jedna myśl "dzwoniła" mi w głowie jak nie mogące się doprosić wymiany tulejki tylnego wahacza w moim aucie, albo - co

...

 Wracałem z próby. Zwykłe dyskusje, rozśpiewki, składanie głosów - nic szczególnego, żeby nie powiedzieć - nuda. Jednak mimo upływu kilku godzin jedna myśl "dzwoniła" mi w głowie jak nie mogące się doprosić wymiany tulejki tylnego wahacza w moim aucie, albo - co gorsza - jak złośliwa szekla nabijająca się z faktu, że znowu zaciął się kontrafał rolfoka w czarterowanym (nie moim) jachcie.

Otóż przypomniał mi się drobny i dość zabawny incydent z rejsu na wyspę Man. Podczas rozmowy z zaprzyjaźnionym mieszkańcem Wielkiej Brytanii zeszło nam na muzykę i, co za tym idzie, szanty. Celowo piszę: "mieszkańcem Wielkiej Brytanii", żeby nikt nie nazwał go Anglikiem, bo akurat znajomy pochodził z Walii, co w tłumaczeniu na Polski byłoby co najmniej równoważne z nazwaniem cepra - góralem, gorola - hanysem, czy wreszcie warszawiaka - krakusem i vice versa. Niemniej zeszło nam na tematy muzyczne. Oczywiście na ile mój kulawy angielski na to pozwalał rozwodziłem się nad inspiracjami, zjawiskowością szantowego śpiewania w Polsce i - na nieszczęście - zagadnąłem:

 - A wiesz John, znam jedną piosenkę o Walii, bardzo ją zresztą lubimy... - i zaśpiewaliśmy sobie z kolegami: "powróćmy do wzgórz mojej Waaaaliiii...". John uprzejmie wysłuchał i skwitował krótko:

- Uhm, ale to raczej szkocka melodia.

 Zdębiałem, zaczerwieniłem się i do końca rejsu temat muzyczny nie istniał.

 Ta drobna anegdotka przyszła mi do głowy nie bez powodu. Podczas próby padła bowiem propozycja, by zaaranżować w pewien specyficzny sposób utwór "Rule Britania". Pomijając szczegóły: mieliśmy nadać pieśni wydźwięk nader zabawny, żeby nie powiedzieć frywolny, okraszony solidnie elementami lokalnego patriotyzmu. Pytanie brzmi: jak to się będzie miało do oryginalnej wymowy tej pieśni? Bo przecież "Rule Britania" to (powtarzając za Wikipedią) "drugi - mniej formalny - hymn Wielkiej Brytanii i Royal Navy"!

 Tu zacząłem się zastanawiać nad dziejową transformacją. Jako pryszczatemu nastolatkowi, gromadzącemu jak relikwie w swoim harcerskim śpiewniku-manuskrypcie pierwsze żeglarskie teksty - ani było w głowie zastanawiać się nad tym, o czym opowiadały pierwotnie. Śpiewało się je z radością w polskich wersjach i już. Dziś jednak sprawa wygląda zgoła inaczej!

 Witaj Europo! Nikt już nie zagwarantuje nam, że na sali nie siedzi jakiś przedstawiciel akurat tego kręgu kulturowego, z którego pozwoliliśmy sobie zaczerpnąć! Trudno też uniknąć pytania: co być może pomyślałby sobie jakiś rodowity mieszkaniec Edynburga czy, dajmy na to, Hong-Kongu, słysząc znajome melodie śpiewane w naszym szeleszczącym języku? Co powiedziałby Irlandczyk, gdyby ktoś powiedział mu, że tradycyjna pieśń sławiąca np. męstwo poległych, w Polsce sławi uroki bądź co bądź jedynie rekreacji wodnej?!

 Rozgorączkowany nie mogłem zasnąć, aż struchlały uświadomiłem sobie obosieczność zjawiska! Oto zdałem sobie sprawę, że nikt dotąd nie spytał, co poczulibyśmy i co powiedzielibyśmy my Polacy, gdyby bliżej nam nieznany anglosaski bard z jakiegoś niszowego światka estradowego pozwolił sobie na indywidualną wycieczkę tekstową, bazując na "Nie rzucim ziemi skąd nasz ród"? Albo aranżując na nowo z hip-hopowym beatem "Legiony" dołożył warstwę fabularną opiewającą miłość do powiedzmy... ciągnika siodłowego (zakładając oczywiście, że akurat trafilibyśmy na anglosaskiego barda country z zacięciem hip-hopowo-etnograficznym)?.

 Stwierdziłem więc, że skoro tym razem zostaliśmy ostrzeżeni, trzeba działać. Trzeba uprzedzić niszowych anglosaskich bardów, chroniąc Dziedzictwo przed interpretacyjnym splugawieniem. Jeśli już ktoś ma rzeczone Dziedzictwo odświeżać, to tylko my sami! Niniejszym, jakkolwiek przykład pani Edyty Górniak dowodzi, iż z takim odświeżaniem należy być niezwykle ostrożnym, ostatnimi dniami rano odwożąc synka do żłobka na nowo dostrzegam potencjał tkwiący w piosence "Maszerują strzelcy".

 

Paweł Delikat

Informację wprowadził(a): Paweł Delikat - godz. 3:55, 4 styczeń 2010, wyświetlono: 5724 razy

Jurek O.

wysłano: 9:13,4 styczeń 2010

Tak - szczególnie, że coraz więcej pojawia się "podmiotów" u których buta oraz energia w "rozpychaniu się" w środowisku i na scenie, idzie w parze z kompletną ignorancją w temacie: cóż to my tak naprawdę śpiewamy. Jeśli spytać (bo sami najczęściej nie wspominają o źródłach) - odpowiadają: "aaa, to taka piosenka ***ów" (tu pada nazwa jakiegoś polskiego zespołu, którego wykonanie akurat naśladują). Zero wiedzy o prawdziwych korzeniach, oryginalnym tekście i kontekście (o braku znajomości realiów morza i pływania wspominam już tylko z obowiązku i przyzwyczajenia...). Wybór powrotu do Ojczystych korzeni jest w kontekście "muzyki morskiej"... mało rozwojowy. A zaś uczciwe traktowanie korzeni światowych - wymaga wiedzy i poszukiwań. Czyli - realnie - chęci i pracy. I tu zaczynają się schody... Jerzy O.
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 11:59,4 styczeń 2010

Akurat "Wzgórza Walii" bazują na irlandzkiej wersji tej piosenki, czyli na "Red is the Rose". Wersja z tekstem "Szkota" nie jest tłumaczeniem, stąd Walia, ale inspiracje oryginałem prześwitują. Wersja szkocka, to "Loch Lomond", również wykonywana w Polsce z powodzeniem (np. przez Przylądek Starej Pieśni). Z piosenkami walijskimi jest ten problem, że są po walijsku ;-) Jak toto tłumaczyć? ;-)
Odpowiedz na ten komentarz
Jurek O.

wysłano: 20:54,4 styczeń 2010

Ćwierć wieku temu, to był rzeczywiście problem. Ale dawało się go rozwiązać (choć ścieżka własnego - lub nieco inspirowanego - tekstu była często wykorzystywana). Ale nawet wtedy brzmiał w miarę realistycznie. Dziś...?! Świat się skurczył, w każdą niszę da się wetknąć noo... myszkę! Znalezienie oryginału powieszonego od razu z angielską transkrypcją, zrobioną przez autochtona - sekund pięć. Noo... dla siwego dziadka - trzydzieści pięć! A i tak najpopularniejsze jest powtarzanie do znudzenia, żałośnie odgrzewanych, starych kotletów. A jeśli już pojawia się tekst autorski (bo "piosenki autorskie" nagle są najwyżej cenione przez Jurorów) - to bywa najczęściej żałośnie infantylny. "Na łajbie", "bosman", "zarzucił kotwicę"... OK. Już nie marudzę... Jerzy O.
Odpowiedz na ten komentarz
scovron

wysłano: 9:20,5 styczeń 2010

Z piosenkami walijskimi jest ten problem, że są po walijsku ;-) Jak toto tłumaczyć? ;-) Ja bym tłumaczył z walijskiego na polski, choć ortodoksi translatyki mogą się burzyć;)
Odpowiedz na ten komentarz
scovron

wysłano: 9:34,5 styczeń 2010

"Trzeba uprzedzić niszowych anglosaskich bardów, chroniąc Dziedzictwo przed interpretacyjnym splugawieniem" Zdjęty zgrozą przeczytałem ten wstrząsający, ociekający jadem izolacjonizmu i tchnący ksenofobicznym zacięciem artykuł. Pablo!! Jak możesz!! W epoce otwierania granic ty chcesz zamykać dziedzictwo? Zamknąc kanały twórczej artykulacji, tak pożądane przez niszowych anglosaskich bardów trzeszczących od żądzy wporowadzenia artystycznego fermentu w skostniałe pieśni legionowe? Nie idź tą drogą!! Czy nie lepiej zrobić tak jak ja i otworzyć się na świat, Europę, czy nawet usa? Będzie ze trzy lata, jak w trakcie jakiejś wielce sympatycznej, przebiegającej w duchu fermentu twórczego i innych fermentów, imprezie przetłumaczyłem na język niemiecki "Mazurek Dąbrowskiego", dzięki czemu na zachód od Odry i Nysy posłyszeć dziś można przypadkowych przechodniów nucących sobie "Spazieren, spazieren, Dąbrowski...". Da się?
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 15:13,5 styczeń 2010

scovron napisał: Z piosenkami walijskimi jest ten problem, że są po walijsku ;-) Jak toto tłumaczyć? ;-) Ja bym tłumaczył z walijskiego na polski, choć ortodoksi translatyki mogą się burzyć;) Chylę czoła przez znajomością walijskiego ;-)
Odpowiedz na ten komentarz
Rogaty

wysłano: 0:37,6 styczeń 2010

A ja myślałem, że już od dawna wszyscy, ze "Szkotem" włącznie, wiedzą, że dzieło pt. "Wzgórza Walii", nie ma nic wspólnego z Walią. Dobrze się stało, że Paweł tak odważnie a zarazem publicznie przyznał się do swej niewiedzy. Być może i inni, równie beztrosko podchodzący do informacji źródłowych, zastanowią się zanim zaczną wyśpiewywać kolejną "kopię kopii". Problem zaczyna się jednak wcześniej. Gdyby nasi artyści, niefrasobliwie wykorzystujący dorobek innych (nierzadko znanych z imienia i nazwiska) twórców, pofatygowali się nieco i przynajmniej sami zdobyli trochę informacji o gwałconym utworze, mogliby później tę wiedzę wykorzystać i rozpowszechniać. Przeważnie jednak jest inaczej i od wprowadzenia "nowego dzieła" do obiegu, jest ono domyślnie przypisywane wykonawcy. Nieliczni, bardziej cywilizowani twórcy i odtwórcy podają czasem autora wersji polskiej i informację: "mel. trad." Gdyby było inaczej, w opisywanym przykładzie nasz bohater, znający zapewne twórczość Mechaników, mógłby zaprzyjaźnionemu Walijczykowi zaśpiewać np. "Hob-y-deri-dan-do", co już kilkanaście lat temu zostało "przetłumaczone" z walijskiego na polski jako "Chwyć ją za kolanko" :-) John byłby usatysfakcjonowany, Paweł wyszedłby z twarzą, a być może nawet nauczyłby się jakiejś nowej piosenki o rodowodzie walijskim. Człowiek przecież uczy się całe życie, niestety często na własnych błędach. A jeśli chodzi o wątek aranżacji utworu "Rule Britania", to dość dawno temu wykorzystano już ten motyw jako refren w piosence morskiej "Married to a Mermaid" (po polsku "Małżeństwo z syreną" w znakomitym przekładzie Janusza Sikorskiego). Nieco później, ok. 1987 r. niejaki Andrzej Radomiński też wykorzystywał z premedytacją melodię "Rule Britania" do wielkiego finału tzw. sex-opery "Shenandoah". Niektórzy wykonawcy naprawdę świetnie się bawili. Wracając zaś do Walii (już bez wzgórz), to na motywach hymnu walijskiego powstał "Seaman's Hymn", pieśń, Którą w wersji polskiej śpiewał kiedyś z pełną świadomością zespół "Perły i Łotry". Generalnie, moim zdaniem, nawet z hymnami (pomijając występek p. Górniak) można zrobić coś interesującego i niekonwencjonalnego. Przyznam się, że kiedyś zastosowałem melodię oficjalnego australijskiego hymnu ("Advance Australia Fair") jako ...solówkę do własnej wersji piosenki "Płyńmy do Australii", która została napisana do melodii znanej szanty "South Australia". Życzę udanych eksperymentów w dostosowywaniu przeogromnego Dziedzictwa Innych Nacji do naszych warunków... i dużo respektu do tego, co już ktoś kiedyś zrobił. Jurek Rogacki
Odpowiedz na ten komentarz
YenJCo

wysłano: 1:27,6 styczeń 2010

scovron napisał: Będzie ze trzy lata, jak w trakcie jakiejś wielce sympatycznej, przebiegającej w duchu fermentu twórczego i innych fermentów, imprezie przetłumaczyłem na język niemiecki "Mazurek Dąbrowskiego", dzięki czemu na zachód od Odry i Nysy posłyszeć dziś można przypadkowych przechodniów nucących sobie "Spazieren, spazieren, Dąbrowski...". Da się? :-))))))))))))))))))))))))))) Scovron do cholery ! Oplułem sobie monitor przez ciebie...!!! :-))))))))))))))))))))))))))) PS Czy ja wspominalem Scovron ze Cię kocham? Ssciskam yen
Odpowiedz na ten komentarz
YenJCo

wysłano: 1:36,6 styczeń 2010

Tyle zacnych Jurków w naszych skromnych progach. Chlebem i sola...prosiemy, prosiemy :-) PROSIEMY O WIĘCEJ WAS TUTAJ! Sssciskam yen
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI