Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Festiwal BIE DAIP w Appingedam

Relacje

Kiedy na początku roku dostaliśmy zaproszenie do Holandii wraz z listą zespołów, które też tam miały być wiedzieliśmy, że nie możemy odmówić. W przeciwieństwie bowiem do innych holenderskich festiwali, na których bywaliśmy, w Appingedam spotkać się miało naprawdę

...

Kiedy na początku roku dostaliśmy zaproszenie do Holandii wraz z listą zespołów, które też tam miały być wiedzieliśmy, że nie możemy odmówić. W przeciwieństwie bowiem do innych holenderskich festiwali, na których bywaliśmy, w Appingedam spotkać się miało naprawdę międzynarodowe towarzystwo, z przewagą grup anglojęzycznych.

Pech x 3

Na początek okazało się, że w Holandii musimy być już w piątek i z tego powodu nie będziemy mogli pojechać do Świnoujścia na „Wiatrak”. Chcieliśmy się spotkać z naszymi przyjaciółmi, niemieckim chórem z Nordenham, u których gościliśmy wiosną tego roku (Segarsi poznali ich kilka lat temu właśnie na „Wiatraku”) oraz z holenderską grupą Stowaway, których z kolei poznaliśmy na festiwalu w Drachten. Tak się zabawnie złożyło, iż my jechaliśmy na festiwal do Appingedam (skąd pochodzi grupa Stowaway) a oni na Port Pieśni Pracy do Tych. Spotkanie w połowie drogi mogło być ciekawe – cóż, nie wyszło.

Kolejny pech przytrafił nam się na kilka dni przed wyjazdem. Dudek (Wojtek Dutkiewicz), lider Segarsów nie dostał urlopu i nie mógł z nami pojechać. Nastąpiło gorączkowe przerabianie materiału. Wtedy to nieśmiało zaproponowałem, że mogę ich wesprzeć na scenie, skoro i tak już na niej będę. Od kilku lat bowiem wspieram Segarsów językowo i organizacyjnie w ich wojażach po Europie Zachodniej. Nie powiedzieli nie...

Gdy wydawało się, że sytuacja jest już w miarę opanowana, a my widzieliśmy już dachy Appingedam, kolejny pech! Przeoczyliśmy zjazd z drogi szybkiego ruchu, zawracamy więc na niej i...

Nie wiemy skąd się wzięli?!? Wysokość mandatu nas poraziła!!! Próbowaliśmy negocjacji i przekupstwa. Siwy (Piotr Reimann) chciał się wykpić kilkoma

płytami, ale okazało się, że policja z Delfzijl nie lubi szant, a potem jeszcze, że miasta Appingedam też – ach te lokalne konflikty! W minorowych nastrojach (nasz budżet został poważnie nadszarpnięty) zameldowaliśmy się w hotelu.

Festiwale, festiwale.

Imprezy szantowe w Holandii czy w Niemczech, które odwiedzaliśmy, znacznie się różniły od tych, które znamy z Polski. Festiwal odbywa się na kilku scenach, rozstawionych na wolnym powietrzu, w różnych, ważnych częściach miasta (na rynku, przed hipermarketem, pubem, w porcie, itp.). Jest też scena główna, na

której impreza zwykle się kończy. Zespoły o ustalonych porach odwiedzają kolejno wszystkie te miejsca (często biegiem :-)) ) dając z reguły półgodzinne koncerty. Czasami na scenach są mikrofony, a czasami nie. Zdarzało się, iż dla 5-o osobowego zespołu, jakim są Segarsi, nie wystarczało mikrofonów :-) (na szczęście rzadko). Często też grupy śpiewają po prostu na ulicy, bez nagłośnienia. Dla kilkudziesięcioosobowych chórów niemieckich czy holenderskich to żaden problem, ich zaw
sze słychać. Dla grup śpiewających tak jak Segars, gdzie każdy głos jest ważny, to już trudniejsze zadanie, zwłaszcza po 2 godzinach śpiewania. Szanty w Niemczech i Holandii to raczej muzyka starszego pokolenia. Młodzież na takie imprezy trafia raczej rzadko (nad czym wszyscy tam ubolewają i bardzo nam zazdroszczą). Jednak te drobne niedogodności są niczym w porównaniu ze wspaniałą atmosferą, gościnnością, dobrą organizacją i cudownymi ludźmi, których można tam spotkać.

Bardzo międzynarodowo.

Festiwal „BIE DAIP” w Appingedam był pod wieloma względami bardzo podobny do innych szantowych festiwali w Holandii (kilka scen, chóry wieloosobowe, raczej starsza publiczność) ale i pod paroma zdecydowanie się od nich różnił. Gospodarze, chór Armstrong's Patent, zaprosili do siebie, poza dużymi chórami z Holandii, Niemiec i Danii, także sporo grup, które śpiewają szanty w mniejszym składzie, i co najważniejsze, po angielsku. Na dodatek część z nich spotkaliśmy dawno temu w Polsce. Byli więc: Australijczycy z „Rocky River Bush Band” i przemiłe Szkotki „Trish and Gaye” oraz Anglicy z „Four'n'Aft” i Bretończycy z „Nordet”. Dzięki takiemu doborowi grup festiwal ten był jak dotąd najciekawszym na jakim byliśmy zagranicą.

Pierwsze lody przełamane.

Zaczęliśmy od występu przed marketem. Nie powiem, tremę miałem, ale... poszło. Wieczorny występ na scenie głównej, to już była przyjemność, a „all
hands on deck” powaliło mnie na kolana. Zebrały się prawie wszystkie grupy i każda zaśpiewała szanŧę, którą reszta mogła śpiewać w ojczystym języku. Dominował oczywiście... angielski. Popłynęły m.in. strofy “Blow the man down”, Jane, sweet Jane”, “How many legs has a Haggis?” (wiem, że nie znacie, Ja też nie znałem :-)) ) no i Bretończycy rzucili na koniec utwór znany z płyty “Burza” Pereł i Łotrów - “Ali alo”. Oczywiście darliśmy się wszyscy. To było najdłuższe “all hands” w jakim brałem udział. Potem pół nocy przegadaliśmy jeszcze z Trish, Gaye i Anną (Australia). Wszystkie trzy z wielką atencją wspominały swoje pobyty w Polsce (pozdrowienia dla “Rogatego i 4 Refów” oraz dla Quftrów!!!).

Nie przyjechalim się obijać.

Sobota to był bardzo długi dzień. Zaczęliśmy od koncerciku przed muzeum dla... Australijczyków z RRBB. Potem oni zrewanżowali się nam (publiczność nie dopisała). Niestety nie doczekaliśmy końca, bo musieliśmy gnać na deptak miejski, gdzie była kolejna scena. Tam na szczęście było więcej ludzi, w tym kilku Polaków, i wspaniała atmosfera. Pół godziny minęło jak... Po lunchu kolejny 30-minutowy set na scenie głównej. W trakcie
oczekiwania na nasz wieczorny występ też nie próżnowaliśmy. Nasi holenderscy przyjaciele (z Delfzijl!!!) Iwe van der Beek i Jan van Oudheusden uczyli nas śpiewać po holendersku. Tak się wczuliśmy w rolę, że zapomnieliśmy o kolacji. Warto było jednak. Okazało się, że Heri (Irek Herisz) ma też zdolności językowe. Nasze wykonanie “Kaap’ren Varen” w oryginale zdobyło nam sympatię publiczności i coś jeszcze...

Wielka, międzynarodowa, szantowa rodzina.

Po naszym holenderskim śpiewaniu na scenę wbiegł jeden z organizatorów i zagadał coś do publiczności. Zrobiło się małe zamieszanie a po 5 minutach na

deskach sceny leżał kapelusz jednego z Armstrong's Patent'owców wypełniony najprawdziwszymi EUROSami. Okazało się, że Holendrzy byli tak poruszeni naszą przygodą ze stróżami prawa (z „tego” Delfzijl), że zrobili zrzutkę na nasz mandat. Nie pomogły tłumaczenia, że to “nasza wina była”, że nie możemy przyjąć takiego daru itp., itd. Oni byli zachwyceni tym... dowcipem, my lekko zażenowani. Cóż było robić – tego wieczoru daliśmy z siebie wszystko. Finałowe “all hands...” ze sceny przeniosło się pod scenę, później w mniejszym gronie do hotelu, a jak nas stamtąd wyrzucono ruszyliśmy (w jeszcze mniejszym gronie) do miejscowego pubu. I to było to, co króliczki lubią najbardziej!!! Była 4 nad ranem, gdy opuszczałem rozbawione towarzystwo...

Leaving of Appingedam.

Do południa zwiedzamy miasteczko. Appingedam to mała miejscowość na północy Holandii. Bardzo czysta, spokojna, z niską zabudową. Oczywiście poprzecinana kanałami. Stąd

niedaleko jest do Groningen, stolicy regionu i “nielubianego” Delfzijl (siedziby ISSA!!!). To miasto grup Armstrong's Patent i Stowaway (poznaliście ich na PPP w
Tychach). Nam będzie się odtąd kojarzyć z najbardziej klimatycznym festiwalem w Holandii, gdzie dużo śpiewaliśmy, poznaliśmy wspaniałych ludzi i gdzie fantastycznie spędziliśmy czas. Po naszym popołudniowym koncercie gospodarze zafundowali nam przejażdżkę statkiem po kanałach. Nie obyło się bez szantowania oczywiście :-). Finałowe “wspólne śpiewanie” tym razem nie było już tak długie i efektowne, część zespołów wyjechała wcześniej, część wyjeżdżała jeszcze tego wieczoru. Po wszystkich było już widać zmęczenie. My, po wymianie wizytówek i płyt (kolekcja znowu nam się powiększyła) z naszymi nowymi przyjaciółmi, po pożegnaniach z gospodarzami i zapewnieniach, że chętnie przyjedziemy za rok, ruszyliśmy na nową kwaterę. Zostaliśmy do poniedziałku, gdyż 1100 km zdecydowanie lepiej pokonuje nam się po przespanej nocy. Tego wieczoru nie było już sił na nocne dyskusje z Iwem i Janem ani na ostatnią wizytę w pubie. Będzie nam brakowało tego klimatu. Na szczęście w grudniu kolejne spotkanie w Holandii.

Informację wprowadził(a): Kamil "KAMiL" Piotrowski - godz. 19:19, 4 październik 2004, wyświetlono: 1022 razy

Dziadek Władek

wysłano: 17:28,5 październik 2004

No - nareszcie Kamil się obudził:-)) Fajny opis drogi "pod górkę", fajne fotki. Aż przyjemnie poczytać i popatrzeć!!
Odpowiedz na ten komentarz
ala2

wysłano: 22:34,10 październik 2004

zastanawiam się czy chłopcy z "Segarsów" już to czytali ....i czy masz już angaż na kolejny sezon ???
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI