Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Kolejny Dziadkowy Remanent

Felietony

Chyba się wyspecjalizowałem w publikowaniu wypracowań wielce spóźnionych. Ale kto mnie dobrze zna - na pewno nie będzie zdziwiony. Ten typ tak ma...

Tekst, który przeczytacie (?) ma już prawie rok (a mam schowane i starsze!). Odnalazłem go i uznałem, że odleżał się

...

Chyba się wyspecjalizowałem w publikowaniu wypracowań wielce spóźnionych. Ale kto mnie dobrze zna - na pewno nie będzie zdziwiony. Ten typ tak ma...

Tekst, który przeczytacie (?) ma już prawie rok (a mam schowane i starsze!). Odnalazłem go i uznałem, że odleżał się wystarczająco. Nie wyszlachetniał co prawda jak jakieś wino, ale ten dystans może się czytelnikom przydać.

A więc prawie rok temu pominąłem przyszłe zagajenie i zacząłem tak:

 

Aby na wstępie rozwiać wątpliwości, zacznę od końcowej konkluzji.

Jestem za! Takie rzeczy trzeba robić.

Ale to byłoby zbyt proste, więc spróbujmy trochę zamącić.

 

O wspólnym projekcie Ryczących Dwudziestek i Shannona słyszałem już od dawna. Czekałem na efekt z zaciekawieniem, jako że obydwa podmioty mixu są mi dobrze znane.

Dwudziestki poznałem, gdy wyskoczyły na deski krakowskiej Rotundy, by jako "Gromada Krajowców", ganiać za ptaszkiem kiwi. Kto nie widział - niech ma pretensje do rodziców (że zwlekali z aktem erekcyjnym). Potem przez lata trwaliśmy w bliskiej zażyłości, podglądając się nawzajem bezwstydnie. Żal mi było rozwodu ze Szkotem, ubolewałem nad kursem jaki obrali pod wpływem silnej osobowości Jaśka (choć doceniam jego muzyczny kunszt), cieszyłem się że na tym wirażu nie wypadli za bandę, tak jak Tonamy (oj, czas już te koleje losów najlepszych zespołów zacząć opisywać dokładniej). Jesteśmy przyjaciółmi i wiem, że tak zostanie.

 

Shannona zobaczyłem pierwszy raz na scenie festiwalu folkowego w Giżycku, gdzie zdarzyło mi się być jurorem. Oczywiście chłopcy nie startowali już w konkursie, byli gwiazdą, ale pewnie taką oszczędnościową, bo to w końcu niedaleko od Olsztyna, a wtedy ich sława nie sięgała jeszcze dużo dalej. Na scenie pokazali bardzo żywiołową, ale "słowiańsko-remizową" wersję celtyckiej muzyki. Czuło się, że Marcin wie i umie dużo, ale też widać było jak jego bujną naturę trudno będzie komuś okiełznać.

Widziałem i słyszałem reakcje ich ówczesnego opiekuna, który rwał włosy z głowy i obiecywał krwawą operację z gatunku "urologicznych", obserwując "sceniczną swobodę" frontmena. Jak dziś widać, tamte groźby się nie spełniły - ale coś jednak pomogło (nawiasem pisząc - o profesjonalny management chłopcy dbali od początku). Wtedy pobieżnie przebiegłem uchem którąś z ich płyt, ale... nie kupiłem jej.

 

Dopiero latem zeszłego roku (2004 - przyp. red.) polecono mi przesłuchanie najnowszego krążka - "Green Hypnosis". I... to widocznie była kopia na jakimś kiepskim nośniku, bo po tygodniu nie chciała się odkleić z talerza odtwarzacza. Dziś mam już oryginał! Gdyby tę płytę wydały "Green Linnet", "Narada" czy "Topic", ileż to byłoby szumu w folkowej prasie! A tak, to tylko polskim fanom przyszło nieco narazić się sąsiadom.

Bogactwo nowoczesnych pomysłów, energia znana z serii "New Celtic Generation" wraz z gruntowną znajomością obrabianej materii muzycznej, doskonała jakość studia, profesjonalizm muzyków, radość wyczuwana w każdym pojawieniu się Marcina, niezależnie jakim by instrumentem aktualnie się nie posługiwał. Ta płyta powinna wyjść w świat!

 

No i teraz mieli się zejść z Dwudziestkami...

Nie ma już chyba potrzeby przekonywać, że wszyscyśmy z jednego pnia, ale RO20 zdążyły w międzyczasie odpłynąć w całkiem inne rejony - czy potrafią się odnaleźć? I co ich sklei?

 

Cóż... teraz już z grubsza wiem. Skleiły ich dość dosłowne cytaty z najbardziej znanych płyt światowego celtic folk popu. Nie przeszkadza mi, że są to covery z bardzo konkretnych nagrań. Sam bym sobie z dziką rozkoszą pograł i pośpiewał w ten sposób, szczególnie dysponując takim aparatem wykonawczym za plecami. Ale linii szycia nie udało się zamaskować. To bardziej fastryga niż szycie. Na tle metalowo folkowej żywiołowości Shannona i emocji bijącej z gardła Marcina, chłodem wieje z profesjonalnie wyszkolonych głosów RO20. Jasiek przez te lata wykonał solidny kawał dobrej, całkiem niepotrzebnej roboty. Długo, mozolnie ustawiane głosy, programowa niechęć do "białego" śpiewu, ogrom pracy włożonej w to, by udawało się emocje "opowiedzieć" okrężną drogą - za pomocą coraz bardziej wyuzdanych meandrów harmonicznych... no i jest efekt!

Chłopcy już nigdy nie będą polskim Stormalong Johnem, a do Take 6 - jeszcze kawałek.

 

Słynne Jaśkowe credo muzyczne, które - już "jego" - Dwudziestki często demonstrowały na koncertach, gdy to bezsensownie wrzaskliwy początek "Ranzo Rey" przechodzi nagle w "pienknie" uporządkowany akord, rozrzucony po całej szerokości klawiatury - tu się nie sprawdziło.

Również "ruch sceniczny" jakby z innych światów. Kiedy nie ma partii wokalnych, "nasi" wyraźnie niepewnie się czują wśród groźnie wyglądających, zakolczykowanych, machających grzywami i gryfami, Shannonów.

 

No i wreszcie polska bolączka - sound system i jego ludzie...

Nagłośnienie takiego zestawu, to naprawdę poważne wyzwanie. Już się chyba przechwalałem, że udało nam się ze Zbychem Z. zaliczyć w Edynburgu koncert Capercaillie. Co tam się działo!

Bardzo chciałbym usłyszeć naszych chłopców w tamtym miejscu i z tamtymi dźwiękowcami. Może wtedy napisałbym ładniejszą laurkę. Ale tu u nas, ciężko jest dobrze pokazać taki projekt. Jest dużo dobrego sprzętu, jest też kilku ludzi, którzy chyba by sobie poradzili. Tylko jakoś nie mogą się spotkać...

 

Na "singlu", wydanym z okazji pierwszych koncertów nowego projektu, zmieściły się trzy utwory. "Łowy" sprawiły mi największy kłopot. Niby linia melodyczna "Tobar Mhoire" z płyty "Secret People" Capercaillie, ale w uszach mam jakiś pierwowzór powtórzony tu dosłownie - jak się skupię, to nawet fragmenty tekstu (gaelic!) słyszę - niestety, nie znalazłem...

"Tri Martolod" powstał niewątpliwie po wielu przesłuchaniach tego tytułu na płycie "Dao Dezi", którą stworzył Eric Mouqet (tak, tak - ten od Deep Forest), ale są tam też dźwięki z "Panique Celtique" zespołu Manau. Trzeci tytuł - "Nie pamiętam", to oczywiście słynne "Alasdair Mhic Cholla Ghasda" w wersji Capercaillie z płyty "Sidewaulk". To pieśń ze Szkocji i z Hebrydów, służąca jako "szanta" przy domowej produkcji tweedu, a konkretnie przy rytmicznym uderzaniu materiałem o stół, aby się skurczył po zdjęciu z krosna.

Oryginały śpiewane są w wielce "niechrześcijańskich" językach - więc nie sprawdzę - ale myślę, że tłumaczenia to raczej nie są...

 

Cóż, jak na początek - niech będzie. Trzeba jakoś "uderzyć"!

No i rzeczywiście - walnięcie w sam środek "środowiska" było energiczne. Na szczęście - ja w "Wyspiańskim" nie nocowałem...

Ale wróćmy do muzyki. Sęp opowiadał mi we Wrocławiu z entuzjazmem w głosie, że pracując z tymi młodymi ludźmi dostał kopa energetycznego i poczuł się o kilkanaście lat młodszy. Wojtku - to po co było marnować te lata? Bo - na przykład - ja tak się czuję cały czas! Lepiej codziennie żyć emocjami i nieco ulżyć swej ekspresji, niż mozolnie, w trudzie i znoju szlifować oporną materię, gasząc to, co naturalne. Bo to (poza fan-klubem wyznawców) doceni tylko kilku badaczy w jakimś przyszłym zakurzonym muzycznym muzeum.

Wierzcie mi - lepiej dawać naturalną radość nam i sobie, tu i teraz, szczególnie gdy w darze od Niebios otrzymało się między przeponą a zębami tak sprawne oprzyrządowanie, gotowe do działania.

/15.03.2005/

 

Tak było... Napisałem to i pomyślałem, że zbyt wiele tu pozamuzycznych dygresji, więc chyba poprawię i skończę później.

Potem usłyszałem ich znowu razem w Tarnowie. Było tak samo, tylko bardziej smutno. Za to Shannon zagrał tam też materiał, jaki właśnie rejestrowali na - wtedy dopiero zapowiadanej - jeszcze nowszej płycie. Szok! Aż się chciało biec do nich na scenę, bez zwracania uwagi na brzuszek, zadyszkę i siwe włosy...

A potem zrobiło się cicho.

I jest do dziś...

 

Jerzy Ozaist

Informację wprowadził(a): Jerzy "Ojerzy" Ozaist - godz. 12:21, 14 luty 2006, wyświetlono: 1115 razy

jachu

wysłano: 18:45,14 luty 2006

Tak, tak - cisza po burzy to polska specjalność chyba... (Jeszcze nie spamuję, mam nadzieję).
Odpowiedz na ten komentarz
Cicik

wysłano: 19:33,14 luty 2006

Więc projekt Ryczące - Shannon przepadł bezpowrotnie?
Odpowiedz na ten komentarz
KAMiL

wysłano: 22:17,14 luty 2006

:(
Odpowiedz na ten komentarz
Cicik

wysłano: 22:48,14 luty 2006

Szkoda, że zabrakło zapału. Co do samego artykułu to widzę, że Ozaist znowu buntuje się przeciwko aranżacjom w szantach w tym przypadku alegorycznie nazwanym "solidnym kawałem dobrej, całkiem niepotrzebnej roboty [Jaśka]". A ja tradycyjnie się z nim nie zgadzam :-) Pozdrawiam, Cicik
Odpowiedz na ten komentarz
neon

wysłano: 23:52,14 luty 2006

ze Cicik nie zrozumial glownego przeslania tego artykulu... akurat aranzacje nie maja tutaj nic wspolnego. pozdrawiam neo
Odpowiedz na ten komentarz
Cicik

wysłano: 8:26,15 luty 2006

... że o to jest główny wątek tego artykułu.
Odpowiedz na ten komentarz
jachu

wysłano: 9:14,15 luty 2006

Cicik napisał: Szkoda, że zabrakło zapału. Cicik A ja myślę, że to nie zapału zabraklo, tylko pojawiła się "programowa(na)" obojętność imprez szantowych/folkowychwobec tego typu zjawiska/wydarzenia. Choć, sądząc po statusie obu wykonawców, mogę się mylić...
Odpowiedz na ten komentarz
KAMiL

wysłano: 11:4,15 luty 2006

To martwi mnie bardzo fakt, że zespoły takiej klasy zarzucają jakiś pomysł tylko dlatego, że pojawiła się... pojawiła się "programowa(na)" obojętność imprez szantowych/folkowych wobec tego typu zjawiska/wydarzenia. Bo to by oznaczało, że przejmują się bardziej w.w. "imprezami" niż odbiorcami. Znam bardzo wielu ludzi, którzy tą - zapowiadaną w Krakowie rok temu - płytę by kupili. Sam czekałem na nią z nadzieją. To słuchacz przeca decyduje o tym, czy dany projekt, zespół będzie zapraszany na festiwale czy nie. Bardzo byłbym zawiedziony, gdyby się okazało, że pomysłodawcy obrazili się na "rynek szantowy", bo ich nie zaprasza na "imprezy". To po co był ten projekt...
Odpowiedz na ten komentarz
Cicik

wysłano: 11:24,15 luty 2006

jachu napisał: A ja myślę, że to nie zapału zabraklo, tylko pojawiła się "programowa(na)" obojętność imprez szantowych/folkowychwobec tego typu zjawiska/wydarzenia. Projekt objechał już największe polskie festiwale i może organizatorzy nie chcieli drugi raz serwować tego samego.
Odpowiedz na ten komentarz
jachu

wysłano: 11:32,15 luty 2006

...chodzi mi o to, że tego typu zespół/projekt, pomimo, że zrobił coś innego, nie jest zapraszany na imprezy (w tym zestawieniu przynajmniej), ot co. Więc dla kogo ma grać? Dla samych siebie? Mozna i tak, ale proza życia często weryfikuje, niestety, takie śmiałe pomysły... Znam to skądś :oP
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI