Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Kultowe Zaduszki Szantowe

Relacje

 

Po drugiej edycji Zaduszek Szantowych nie ma żadnych wątpliwości: Kielce to obecnie jeden z najjaśniejszych punktów na szantowej mapie Polski. No bo wyobraźcie sobie: historyczny, długo wyczekiwany, pierwszy koncert North Wind, światowej klasy szantymeni - Johnny

...

 

Po drugiej edycji Zaduszek Szantowych nie ma żadnych wątpliwości: Kielce to obecnie jeden z najjaśniejszych punktów na szantowej mapie Polski. No bo wyobraźcie sobie: historyczny, długo wyczekiwany, pierwszy koncert North Wind, światowej klasy szantymeni - Johnny Collins i Ian Woods, ponadto Banana Boat oraz Pchnąć w Tę Łódź Jeża! I to wszystko w jednym miejscu i czasie!

Wyjątkowość tej imprezy przejawiała się także na innych polach. Pomysłowe, "przypinane" bilety, ładnie zaprojektowane plakaty, rejestrowanie całości za pomocą trzech kamer celem późniejszego wydania na DVD... Wreszcie ciekawa impreza towarzysząca - "Nocne czytanie" w antykwariacie, z udziałem kapitana Krzysztofa Baranowskiego.

I, co najważniejsze, niezwykła atmosfera koncertu. Poświęcono go pamięci Stana Hugilla, z okazji setnej rocznicy urodzin. O największym z wielkich szantymenów przypomniała stosowna prezentacja przed koncertem, z fragmentem jego śpiewu.

Odpowiedzialnego zadania prowadzenia koncertu podjęli się Jerzy Ozaist i Radosław Wójtowicz.

 

Następcy Hugilla

 

Koncert rozpoczął zespół Pod Wiatr - nowy projekt wspomnianego Radka Wójtowicza (ex-Grogers). - Początkowo zespół Pod Wiatr miał być jedynie ściśle ostrowieckim sobowtórem Gro

gersów, dającym możliwość ostrowieckim członkom zespołu częstszego obcowania z muzyką w sposób żywy. Szybko jednak stało się jasne, że różnice programowo-ideologiczne zaowocują powstaniem zupełnie nowej grupy - mówi lider zespołu. Zwracał uwagę fakt, że obok Radka i Marcina Taćkiewicza (gitara) pozostali muzycy to zupełni debiutanci: osiemnastoletni Marcin Stelmach (gitara basowa) oraz czternastolatkowie (!) Katarzyna Sardak (flet poprzeczny) i Piotr Wisowski (skrzypce). Pierwszy występ z pewnością był za krótki, aby pokazać pełnię możliwości zespołu. Wydaje się jednak, że przed grupą Pod Wiatr rysują się naprawdę
niezłe perspektywy.

Wspomina Radek Wójtowicz: - "Ostatni połów", piosenka oparta na motywie tradycyjnej melodii z naszym autorskim tekstem, opowiedziała historię ludzi, którzy każdego dnia wychodzili w morze, by zapewnić byt swoim rodzinom. Tego poranka czterej rybacy popłynęli na swój ostatni połów. Do snu tego dnia nie przytuliły ich żony, przytuliło ich dno. Ostatni dźwięk skrzypiec... Brawa... A jednak się spodobało, przyjęło, lekki nieśmiały uśmiech, choć zadowolenie ogromne! Przyznać jednak trzeba, że świadomość debiutu wpłynęła na nas nieco stresująco. W końcu większość z nas stała na deskach sceny pierwszy raz w życiu. Dodatkowo wybił mnie z rytmu fakt, iż moja gitara zupełnie nie była nagłośniona, a w tej piosence to ona wyznaczała pozostałym grającym, kiedy mają wejść ze swoimi instrumentami. Cóż, musieli mieć bardzo do

bry słuch, skoro się nie pogubili. Ja jednak z tego wszystkiego zgubiłem jedna ze zwrotek (konkretnie drugą). Byłbym tego nie pisał, bo pewnie z racji tego, że była to absolutna premiera, mało kto wychwycił jakąś niespójność tekstu. Jeśli jednak ta piosenka znajdzie się na DVD, historia opowiedziana w tym utworze wyda się słuchaczom niepełna.

Brawa ucichły, sekunda przerwy, porozumiewawcze spojrzenie, i skrzypeczki zaczęły drugi utwór. Bez zapowiedzi, intrygująco, według scenariusza. "Na skrzydłach albatrosa" to całkowicie autorski utwór powstały jako rezultat przemyśleń po udziale w zeszłorocznych Zaduszkach, a inspirowany kultowym filmem "Titanic". Któż z nas nie wyobrażał sobie opadających wolno w dół bezwiednych, niemo krzyczących pasażerów Titanica? Któż z nas nie wyobrażał sobie, jak ułożyły się ich ciała na miękkim piachu? Któż nie zadawał sobie pytań, co czują, co myślą, czy jeszcze tam są? Piosenka zadaje te same pytania, lecz zostawia je bez odpowiedzi, dając nadzieję, że poznamy je już wkrótce, chwilę po tym, gdy wszyscy wtuleni w piach zerwą się do ostatniego lotu ku g

wiazdom na skrzydłach albatrosa.

Umilkł flet Katarzyny, umilkły Piotrkowe skrzypce, wytłumił się bas Marcina, przestały drgać struny gitary Taczkiego, wybrzmiało echo moich słów... "Dziękujemy" - tyle wystarczyło, by wyrazić wdzięczność dla publiczności za ciepłe przyjęcie, Organizatorom za możliwość debiutu, nam samym za to, że nam się udało.

Kolejny zespół, Betty Blue, znany jest z poetyckich, inspirowanych morzem ballad. Przyniosły mu one już kilka znaczących sukcesów (m.in. Srebrna Gejtawa kieleckiej "Szanty na Sukces"), mimo ciągle niestabilnego składu. Jeszcze we Wrocławiu zespół był duetem, potem kwartetem, w Kielcach zaś zaprezentował się w składzie trzyosobowym.

Usłyszeliśmy "Balladę o Józefie i jego szlafkumplu", "Ucieczkę grzesznych" i "Balladę reinkarnacyjną". Przyznam, że największe wrażenie zrobił na mnie ten drugi utwór, napisany do słów wiersza Konstantego I. Gałczyńskiego. Niekonwencjonalne było zakończenie tego występu. Ela Kołodziejczyk postanowiła bowiem pożegnać się z publicznością... swoim wierszem. Ta zresztą przyjęła ten pomysł bardzo ciepło. Dla miłośników poetyckiego talentu Eli zamieszczam tekst:

 

* * *

 

morze jest po nas jak milczenie mędrca

i przed nami jak uśmiech głupca

i z nami i bez nas jest morze

jak przedpoczątek i pokoniec

 

morze przez nas przepływa jak świadomość

że kiedyś umrzemy w odpływie

przypływ nas urodzi i będziemy lżejsi

bo prawdziwa śmierć to suchość i bezruch

 

morze jest po to żeby móc być wolnym

wolnym w pianie w trzepocie i seledynie

i wolnym w soli w kamieniu i wichrze

po to morze jest by ze słów wyławiać milczenie

 

Klimatycznie i żywiołowo

 

Bardzo miłym akcentem był również występ Piotra Zadrożnego. - Trudno spotkać drugiego takiego na scenie szantowej, który z jednej gitary wyczaruje dźwięki za cały zespół - stwierdził Radek Wójtowicz. Nic dodać, nic ująć. Nie muszę chyba opisywać, jaka atmosfera panowała na sali, gdy Piotr wykonywał m.in. "Port Amsterdam" czy "Morze Północne"...

Potem nastąpiła zmiana klimatu, choć może nie o 180 stopni... Wyjście na scenę Banana Boat spowodowało jednak otrząśnięcie się z nastroju zadumy. Choć i tak był to występ nieco bardziej stonowany w porównaniu do tego, do czego przyzwyczaiły nas "Banany". Na pewno zaduszko

wo zabrzmiały "Stormy" oraz "Requiem dla nieznajomych przyjaciół z >Bieszczadów<". Inaczej niż z nowszym przebojem zespołu, "Z oceanem sam na sam". - Nie staraliśmy się grać ludzi którymi nie jesteśmy - stwierdził Maciej Jędrzejko. - Tak więc tam, gdzie powaga była konieczna - na wspomnienie młodych żeglarzy, którzy zginęli na "Bieszczadach" - zachowaliśmy pełną powagę i wykonaliśmy "Requiem dla nieznajomych...", tam zaś, gdzie cześć oddawaliśmy Stanowi Hugillowi - wspaniałemu, uśmiechniętemu, radosnemu człowiekowi, który czerpał ze sceny swoją siłę - tam staraliśmy się oddać mu jego energię, którą wle
wał w nas w czasach, kiedy niektórzy z nas byli widzami. Mam nadzieję, że kiedy ja kiedyś odejdę na zasłużony spoczynek - na moim pogrzebie zobaczę z góry tysiąc śmiejących się do mnie twarzy, które będą pamiętać mnie śmiejącego się do ludzi, a załzawionym oczętom powiem: "Hej bracie - oj durny ty,
durny - przecież spotkamy się wszyscy tam w Fiddler's Green".

Pchnąć w Tę Łódź Jeża widziałem i słyszałem po raz pierwszy. I bez wahania muszę stwierdzić, że jest to zespół absolutnie fenomenalny. Zupełnie mi nie przeszkadza, że rozciągnął on granice muzyki żeglarskiej do rozmiarów wręcz niebotycznych, skoro dzięki temu można usłyszeć na szantowych scenach tak piękne dźwięki. Zachwyciłem się od pierwszych słów śpiewanego przez Kasię Kaniowską "Albatrosa", a potem zachwyt narastał. Znakomita "Modlitwa o wiatr" i wreszcie ostatni utwór, o nieznanym mi tytule, niesamowicie energetyczny (garnek i ru

ra w użyciu!), wręcz hipnotyzujący... Po ostatnich jego taktach chciałem krzyknąć: "Dlaczego tak krótko!". No cóż, może na "Tratwie" będą mogli zagrać dłużej...

Nadszedł czas na pierwszą gwiazdę zagraniczną. Przesympatyczny Anglik Ian Woods przy akompaniamencie Wiktora Bartczaka i Tomasza Morozowskiego dał popis stylowego, folkowo-szantowego śpiewania. Usłyszeliśmy utwory z płyty Iana i Czterech Refów "Time and Tide", między innymi mało znaną wersję "Ratcliffe Highway".

 

Dmuchnęło nam z North...

 

Powstanie zespołu North Wind to bez wątpienia największa tegoroczna sensacja w szantowym światku. Wszystko rozpoczęło się w okolicach tegorocznych "Shanties" od płytki-demówki "Sea Songs", która od kilku miesięcy nieustannie rozbrzmiewa w głośnikach fanów morskich brzmień. Ich opinie są zdecydowanie jednoznaczne. To zespół: niezwykły pod każdym względem (Radek Wójtowicz), cudowny (Irena "Ika" Mirkiewicz), to w zasadzie oni byli
przede wszystkim tymi, dla których przyjechałem - przyjechaliśmy...
(Władysław "Dziadek Władek" Całka), przywrócili mi wiarę w "polski ruch szantowy" (niżej podpisany). Tak więc wyjście na scenę kieleckiego WDK Jerzego Ozaista, Wiktora Bartczaka, Jacka Apanasewicza i Grzegorza Lewtaka było bez cienia przesady wydarzeniem bardzo oczekiwanym. Choć sam Jerzy O. nieco studził emocje: - Powiedzieliśmy sobie przed decyzją o tym występie, że potraktujemy go jak "próbę z publicznością". Po koncercie zaś ocenił: - Taką rolę znakomicie spełnił. Już wiemy, jak to funkcjonuje i co poprawić. A docelowe koncerty North Wind mają wyglądać całkiem inaczej.

O wadze chwili świadczyła jednak niesamowita cisza, jaka zapadła na widowni podczas pierwszych dźwięków "Gdy wypływałem". Potem usłyszeliśmy coraz lepiej znany, powoli stający się już klasykiem refren: "Bo rodzimy się by żyć, póki kręci się świat/ ludzie żenią się, by nagle odejść w dal". - "Światła portu" rozkleiły mnie zupełnie - mówi Radek Wójtowicz, który występ obserwował zza kulis. - Zbierało mi się już w połowie pierwszej zwrotki, a pod koniec refrenu, zupełnie nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Nie słyszałem wcale instrumentów, chłonąłem tekst, który mnie jakoś oczyszczał, wręcz dosłownie... Gdyby w tej chwili, ktoś mnie wywołał na scenę... lepiej nie mówić.

Po trzech bodajże utworach ogłoszono przerwę. Uczucie olbrzymiego niedosytu potrwało na szczęście tylko do momentu, gdy oznajmiono, że zespół zagra jeszcze tego wieczoru. Po krótkim, wprowadzającym w inne klimaty, występie zespołu Bezmiary

(z którego zapamiętałem przede wszystkim nawiązujący wprawdzie do tematu imprezy, aczkolwiek dosyć rozrywkowo zinterpretowany szantowy standard "Johnny Comes Down to Hilo"), na scenie ponownie pojawił się Ian Woods w towarzystwie zespołu North Wind i Tomasza Morozowskiego. Wyczuwało się w tym momencie sporą dozę improwizacji, a towarzysze Iana starali się pozostawać raczej w tle jego mocnego wokalu. Absolutnym popisem okazała się tu pieśń z
pokładów... kontenerowców, czyli "Rollin' Down the River". Utwór ten swoją polską wersję, nagraną na wczesnej kasecie Czterech Refów w tłumaczeniu Jerzego Ozaista ("W górę raz! Hej, ciągnąć tam!"), zawdzięcza pośrednio właśnie Ianowi, który śpiewał ten utwór w 1987 roku w Bristolu, podczas pobytu "Refów" na Wyspach. Cóż tu dużo mówić - wspaniały utwór, wspaniały Ian Woods, świetny chór. No i wspaniale reagująca publiczność.

Druga odsłona North Windu rozpoczęła się w podobnym klimacie. "I went to church, I went to chapel/ Pull down below!" - zabrzmiała kolejna, niezwykle porywająca szanta. I nic to, że widoczna była przeogromna trema, powodowana chęcią jak najlepszego występu. - Nawet startując kiedyś z "Refami", ani nigdy potem, nie byłem tak spięty, zdenerwowany i niepewny tego, co będzie - przyznał Jerzy Ozaist. - Bardzo się obawiałem takich elementów w zespole, które uznawałem za "niepewne". I tu mnie zaskoczyło, że moje obawy się nie sprawdziły, a najbardziej niepewnym okazałem się ja sam. Te ogromne zmiany dynamiki, te błędy w intonacji, ta "śliwka w gardle", te "zawahania

tekstowe"...

Poruszające było, że mimo tylu lat na scenie, muzycy North Wind tak bardzo przeżywają swój występ... Ale i krzepiące, gdyż wynikało to przecież z ogromnego zaangażowania, wręcz perfekcjonizmu. Sam Jerzy zresztą był wobec siebie - chyba nadmiernie - krytyczny. - To niedopuszczalne, by wykonawca tak bardzo emocjonował się własnym występem! Artysta ma wywołać emocje u słuchaczy, a sam po prostu nienagannie wykonać swoją robotę. Nadmiar emocji to uniemożliwia. Co zostało udowodnione!

Oglądanie "na żywo" North Windu nie będzie jednak możliwe zbyt często. - Mamy zamiar wybierać tylko takie miejsca, gdzie słuchacze chcą i mogą SŁUCHAĆ. A to spore ograniczenie... - deklaruje Jerzy Ozaist. Kolejna takim miejscem będzie Hotel Nadmorski w Gdyni...

 

Największy szantymen na świecie

 

Przyznaję, że gdy pierwszy raz usłyszałem, że w Kielcach ma się pojawić Johnny Collins, nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Wszak tej rangi gwiazdy do tej pory byli w stanie sprowadzić w zasadzie jedynie organizatorzy "Shanties" w Krakowie. No, może jeszcze czasem w Łodzi, a przed laty w Giżycku czy Iławie... ale w Kielcach?!

Była to prawdziwa uczta dla szantowego ucha - choć trzeba podkreślić, że przede wszystkim dla fanów "prawdziwych" szant. Ale nie tylko, bowiem na scenie towarzyszyli Johnny'emu chłopcy z Banana Boat. Był to pomysł dosyć karkołomny, ale zdał egzamin.

Oddajmy głos Maćkowi Jędrzejce: - Johnny nam powiedział na 2 godziny przed występem, co chce z nami zaśpiewać. Prześpiewaliśmy wszystko razem 3-4 razy i po prostu wyszliśmy na scenę... przerażeni... zaskoczeni..., ale gotowi podjąć wyzwanie. Śpiewanie z Johnnym Collinsem nie jest łatwe, ponieważ wszystkie utwory śpiewa od znacznie niższych tonacji niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Musieliśmy "szukać się" w nieznanych nam rejestrach - to było ciekawe doświadczenie, uczące pokory.

"Banany" podczas tego występu nie szalały wokalnie tak, jak zwykle to czynią (może poza delikatnym basem). Trudno było przecież konkurować z dysponującym "rasowym" głosem szantowym Johnnym Collinsem. Usłyszeliśmy tak znane utwory, jak "Cheely Man", "Randy Dandy", "Shallow Brown". Miks tradycji i nowoczesności wypadł bardzo korzystnie. Natychmiast nasunęły mi się skojarzenia z płytą "On, My, Ocean" polsko-kanadyjskiego projektu Poles Apart.

Jeżeli ktoś nie doceniał sobie rangi wydarzenia, uświadomił go po chwili Jerzy Ozaist, który oznajmił, że po śmierci Stana Hugilla to właśnie Johnny Collins uznawany jest za największego szantymena na świecie. Choć gdy w bezpośredniej rozmowie po koncercie nazwałem tak Johnny'ego, "obraził się" na mnie stojący obok Ian Woods... Zdołałem go jednak udobruchać przypominając, ile zawdzięczają mu polskie szanty (choćby przecież słynne "Pieśni powrotu", czyli "Going Home Song").

 

All hands to Kielce!

 

Nietrudno się domyślić, że całość imprezy zakończyło "Pożegnanie Liverpoolu"/ "The Leaving of Liverpool", śpiewane przez wszystkich wykonawców, z płynnymi zmianami języka między kolejnymi zwrotkami. Choć tutaj akurat byłem nieco zawiedziony. Obserwując próby kilka godzin przed koncertem słyszałem bowiem kilka innych, śpiewanych all hands, utworów, m.in. "Ranzo". Prym na scenie, rzecz jasna obok Johnny'ego i Iana, wiódł wówczas Paweł Jędrzejko z "Bananów". Na koncercie jednak utwory te nie pojawiły się. Wielka szkoda, bo na pewno byłby to porywający finał.

Nie pojawiły się również wszystkie zapowiadane multimedialne prezentacje, poza początkową. Ubarwianie koncertu w ten sposób jest tak znakomitym pomysłem, że nie powinny niweczyć go sprzętowe problemy. Zapewne materiały te zobaczymy dopiero na DVD...

Wobec porywającego efektu końcowego, były to jednak zaledwie drobiazgi. Niejeden koncert szantowy w życiu widziałem, ale ten kielecki na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Najlepszy w życiu? Chyba tak, a w każdym razie - jeden z najlepszych. Nie mam pojęcia, jak

ich czarów użyli panowie ze Stowarzyszenia "Gejtawy", dowodzeni przez Marka Szymańskiego, aby osiągnąć taki efekt.

Był to również kolejny etap w integracji środowiska szantowego. Na imprezę przybyła spora grupa fanów spoza Kielc, z użytkownikami forum "Szantymaniaka" na czele. Wśród publiczności dojrzałem również takie postaci, jak Krzysztof Baranowski (wiadomo), Peggy Sue Amison (dyrektor szantowego festiwalu w irlandzkim Cobh), Włodzimierz Dębski (kiedyś Spinakery) i Maja Lewicka (Za Horyzontem).

Zupełnie odrębną historią była zaś pokoncertowa impreza w kieleckiej "Astorii". Nadarzyła się niepowtarzalna okazja do posłuchania i pośpiewania... Furorę zrobił North Wind, potem prym wiedli Johnny Collins, Ian Woods i... Maciek Jędrzejko. - W pewnym momencie było naprawdę spontanicznie, z dużą ilością wspólnego śpiewania tradycyjnych szant w towarzystwie Johnny'ego Collinsa, Iana Woodsa i Jurka Ozaista - trzech naprawdę wielkich szantymenów oraz w towarzystwie wielu młodych szantymenów z naszego pokolenia. To naprawdę wspomnienie, które zostanie w mojej pamięci do końca życia - stwierdził ten ostatni.

Oby więcej takich momentów w moim - naszym - szantowym życiu!!!

 

Czytaj także: relacja Radka Wójtowicza

Oglądaj także: fotorelacja Tomka Golińskiego


Tekst: Michał Nowak

Foto: Władysław Całka (2, 6), Elżbieta Chrobot (9), Tomasz Goliński (1, 3-5, 8, 10-18), Michał Nowak (7, 19).

Podziękowania: Władek Całka, Ela Chrobot, Tomek Goliński, Maciej Jędrzejko, Ela Kołodziejczyk, Irena Mirkiewicz, Jerzy Ozaist, Marek Szymański, Radosław Wójtowicz.

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 16:22, 14 listopad 2006, wyświetlono: 1005 razy

RADZIU

wysłano: 20:6,14 listopad 2006

Gdy tylko zobaczyłem, że Michał umieścił swoje dzieło, zbiegłem na dół do sklepu po piwo - przeciez nie będę czytał tych magicznych linijem na sucho!:) Po pierwszym przeczytaniu postanowiłem przezyć to raz jeszcze i zagłębić się ponownie w tekst, więc.... znów na dół:):) Michał, podjąłeś się trudnego zadania, ale ów "bagaż gatunkowy" uniosłeś z gracją i lekkością daną nielicznym! Ja bym się przestarszył pojednania tylu różnych pibnktów widzenia i wplecenia ich w swoją wizję... Ale teraz po tych dwóch Tatrach biję brawo!!! No i podpisuje się pod ostatnimi Twoimi słowami: "Oby więcej takich momentów w "Twoim" -naszym szantowym życiu"!!!
Odpowiedz na ten komentarz
Dziadek Władek

wysłano: 8:18,16 listopad 2006

No cóż - mi Tatra nie pomogła w ocenie - a raczej w czytaniu tych opini, zebranych w jedą. Ciągle za kółkiem:-( Więc - na "trzeźwo" - super. Jak pisałem - ciężko jest "zlepić" wiele opini w jedno (nie jesteśmy spod powielacza) - a Michałowi się udało:-) TAK BYŁO - choć zapewne każdy z nas wyniósł z koncertu jeszcze wiele innych wrażeń:-) Oprócz reakcji szantymaniaków na Woodsa, Collisa czy też pierwszy występ North Wind - najbardzioej ciepła i najbardziej przyjazna była (w moim przekonaniu) reakcja widowni - na nietypowe (z maleńka przerwą - i ciepłym uśmiechem) zakończenie występu Eli - czyli "Błękitnych". Wspaniała - i dająca tyle nadziei... Są ludzie przyjaźni wszystkim i wszystkiemu!:-) "Furorę zrobił North Wind, potem prym wiedli Johnny Collins, Ian Woods i... Maciek Jędrzejko. - W pewnym momencie było naprawdę spontanicznie" Ano było:-) Szkoda, że nie ma fotki - ale w końcu było to po Zaduszkach:-) i można było "poswawolić" - tak "spontanicznie".... I - oprócz szant zaśpiewać nawet coś z "góralszczyzny" - co Mackowi "wychodzi" - super:-) Ale to było - zakulisowe:-) Dobrze, rzeczowo napisana relacja - gratuluję, Michał.... Gdzieś tam na Forum przeczytałem - "a ja zrobiłem Zaduszki" - choć w kontekście zupełnie czegoś innego... GEJTAWY - róbcie te ZADUSZKI:-) Już czekam - na następne:-)
Odpowiedz na ten komentarz
XjshCncgBoQEglb

wysłano: 5:43,21 lipiec 2009

OWT9za nyqskopc vmsimtfz bpwikrzt
Odpowiedz na ten komentarz
XjshCncgBoQEglb

wysłano: 5:43,21 lipiec 2009

OWT9za nyqskopc vmsimtfz bpwikrzt
Odpowiedz na ten komentarz
cySUsXYViwJRdmGere

wysłano: 8:35,28 lipiec 2009

XEGnI9 hbzbxmss levbknav kobjevzh
Odpowiedz na ten komentarz
cySUsXYViwJRdmGere

wysłano: 8:35,28 lipiec 2009

XEGnI9 hbzbxmss levbknav kobjevzh
Odpowiedz na ten komentarz
uSEEJYYaeyPwcTi

wysłano: 1:15,1 sierpień 2009

zltamttk ilnjgeip ligdskba
Odpowiedz na ten komentarz
uSEEJYYaeyPwcTi

wysłano: 1:15,1 sierpień 2009

zltamttk ilnjgeip ligdskba
Odpowiedz na ten komentarz
YDSsrmZRJJ

wysłano: 2:36,1 sierpień 2009

bdvzlbkp pzshjazj olsnqwxl
Odpowiedz na ten komentarz
YDSsrmZRJJ

wysłano: 2:36,1 sierpień 2009

bdvzlbkp pzshjazj olsnqwxl
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI