Artykuły
Między koncertem a wykonem, czyli juror w akcji
Felietony
Za kulisami - stres, bieganina, napięcie. Debiutantów deprymuje pozorna swoboda "wyjadaczy", z którymi przyjdzie im konkurować ("Rany... z nimi nie mamy szans..."). Bardziej doświadczeni wykonawcy starają się rozluźnić: dowcipkują, stroją instrumenty, mniej lub bardziej na serio ...
Za kulisami - stres, bieganina, napięcie. Debiutantów deprymuje pozorna swoboda "wyjadaczy", z którymi przyjdzie im konkurować ("Rany... z nimi nie mamy szans..."). Bardziej doświadczeni wykonawcy starają się rozluźnić: dowcipkują, stroją instrumenty, mniej lub bardziej na serio wyrzekają na stronniczość jury, kryją niepokój. Nikt nie lubi być oceniany, ale dla każdego jest istotne, by ktoś oficjalnie potwierdził wartość jego pracy. Nawet jeżeli muzykowanie jest "tylko zabawą" - nie jest bez znaczenia, czy dziesiątki godzin prób, szlifowanie tekstów, dopracowywanie aranżacji i kompozycji spotkają się z uznaniem jurorów. To ważne, nawet jeżeli w quasi-terapeutycznych, kuluarowych lub garderobianych rozmowach deklaruje się, że werdykt nie ma znaczenia, że jurorzy zawsze są nieobiektywni, że nie po to się startuje w konkursie, żeby wygrać, tylko po to, żeby "sobie pograć". Mimo wszystko - odsuwane i lekceważone, obśmiewane i tłumione - napięcie rośnie nieustannie. Na scenie kończy się właśnie ostatnia próba mikrofonowa. Jeszcze tylko kilka minut niespokojnego oczekiwania... i już. Publiczność - gotowa, by wiernie sekundować swoim faworytom. Gasną światła - i punktowy reflektor wyławia z ciemności Prowadzącego, który ze swadą wita wszystkich przybyłych i anonsuje konkursowy zespół. Pamiętam ten stres doskonale - i zaczynam oceniać.Pierwszy, drugi, piąty, siódmy recital. Patrzę, jak wykonawcy wchodzą na scenę - i pilnie notuję. Od chwili, kiedy znaleźli się w świetle reflektorów winni mieć świadomość, że to na nich koncentruje się wzrok kilkuset par oczu. Widzą to, czy nie? Wykorzystują dany im czas w stu procentach, czy udają, że jeszcze ich nie ma? Jak wypełniają krępującą ciszę? Co robią, żeby występ od samego początku był dla publiczności smakowity? Czy wiedzą, że dobry utwór docenią i ci wysublimowani, i ci niewymagający, a słaby - w najlepszym wypadku tylko ci ostatni? Że - tak jak na sali wykładowej mówić należy nie tylko do rzeczy, ale przede wszystkim do ludzi - również i na estradzie najważniejszy jest widz, którego uwaga powinna być angażowana przez cały czas, jaki zespołowi zechciał poświęcić? Oceniam, notuję, czekam na kolejny etap przedstawienia.
Oto Zespół ustawia instrumenty i mikrofony, pracuje z akustykiem. Krótko i sprawnie. Aha, potraktowali próbę mikrofonową poważnie, skomunikowali się z akustykiem i porozumiewają się bez słów, bo zapewne przekazali mu wcześniej rajdera, a może nawet udostępnili próbki do posłuchania. Świetnie. O, a do tego jeszcze wprowadzili rytuał ustawiania się na scenie w scenariusz całego przedstawienia - publiczność bawi się znakomicie, choć jeszcze nie zaczęli grać! Rewelacja, jestem nastrojony pozytywnie - i pełen nadziei. To niesłychane! O ileż oni są lepsi od poprzedniego zespołu, który zmarnował dziesięć minut mojego czasu, a potem odwalił dżoba, zrobił wykon, wysmażył giga...
Przygotowują się ładnie i z uśmiechem, tak jak kwintecik, który potem zagrał mroczną, skomplikowaną, dwudziestominutową piękną suitę, jakiej zdecydowanie lepiej słuchałoby się w kameralnej sali małego teatru, przy świecach... Szkoda, że taki utwór wybrali na konkurs: publiczność powychodziła, zostali tylko ci najbardziej wytrawni, ci poszukujący, ci wysublimowani... Żal, że tak znakomity zespół nie wyczuł, że repertuar trzeba dobierać do charakteru koncertu i że nie wszędzie wszystko warto jest pokazywać. Nie mieli najmniejszej szansy zbudowania takiego nastroju, jaki udałoby im się stworzyć, gdyby zorganizowali koncert autorski, na którzy przyszli by ludzie lubiący przyjemną i lekką rozrywkę, lecz jednocześnie nie stroniący od wysublimowanych artystycznych wydarzeń. Sam kupię bilet na taki koncert... Ale dość przemyśleń, bo zespół, który wszedł na scenę już się ustawił.
I są gotowi: jak też wprowadzą pierwszy utwór? Czy zaproszą mnie do zabawy, czy poproszą, bym posłuchał? Mam nadzieję, że dadzą mi czas na decyzję, czy chcę wziąć w zabawie udział aktywny, czy wolę posłuchać... Uff! Dali. Słucham, jak rozwija się utwór. Zastanawiam się, czy to, co dzieje się w muzyce znajduje odzwierciedlenie w tekście. Zamykam oczy... grają na instrumentach, czy w nie walą? Oj, przeszkadza mi sekcja, bo nie słychać ani wokalisty, ani instrumentów solowych, a rytmiczne - gdzieś utonęły, widzę tylko, że są. Akustyk? Nie, w końcu zespół, który zszedł ze sceny jako przedostatni miał identyczne instrumentarium, ale wszystko było słychać - wszystko. Oooo dobrze, chyba się zreflektowali. Perkusista zaczął grać, przestał młócić, basista pieści struny i zaczyna się bawić muzyką: uśmiecha się do gitarzysty i razem wchodzą w niewerbalny dialog. Refren, druga zwrotka, refren, trzecia zwrotka. Tekst mówi o czymś innym, ale instrumenty grają tak samo - i tak samo głośno. Ciekawe dlaczego...
Czy rzeczywiście tekst jest dla nich tylko koniecznym dodatkiem do muzyki? Hmmm... najwyraźniej nie widzą swojego utworu jako całości; stworzyli aranżację zanim powstał tekst, albo nie myślą o tym, że muzyka i tekst mogą się wzajemnie pięknie eksponować, dając zachwyconym słuchaczom spójną opowieść. Taki przemyślany utwór jest perełką: może wzruszyć, przestraszyć, rozbawić - pozwala słuchającemu zapomnieć, gdzie jest i przenieść się tam, gdzie artyści sami chcą go przenieść... No nic to, może w drugim utworze uda im się to osiągnąć. Zaczekam, a teraz ocenię pierwszy.
Ciekawe... ten drugi utwór - choć ma inną melodię i nieco inne podziały brzmi nieomal dokładnie jak ten pierwszy. Hmmm... tonacja ta sama, tak samo grają instrumenty - tam, taram taram, tam taram taram - gitarowe arpeggio i taka sama ściana dźwięku. Wytężam słuch, wokalista bełkocze, połyka końcówki... Cholera, nie wiem o czym śpiewa... Ooooo wreszcie wyłączyli dwa instrumenty... coś się stało, coś fajnego. Aaaa... rozumiem, tekst mi wytłumaczył taką decyzję: teraz zespół dał szansę podmiotowi lirycznemu stanowiącego podstawę piosenki wiersza cichutko się pomodlić... jasne. Świetny pomysł. Zobaczymy, co dalej. Oooo - wchodzi całe instrumentarium, ale - jak delikatnie! Faktycznie, teraz nastrój sam się tworzy... Wokalista trzyma mikrofon w dłoni, ale... chowa się przede mną za pustym stojakiem... Dlaczego? Boi się mnie? Chce się odseparować? Nie mam czasu się zastanowić, bo znów wchodzi ściana dźwięku i znów nie słyszę tekstu. Czyli jednak nie do końca przemyśleli jak ten utwór ma działać, jak się ma rozwijać, jakie środki stylistyczne, które mieli do dyspozycji pozostały niewykorzystane. Szkoda. Oceniam.
Trzeci utwór... Oooo a cappella! Fajnie, lubię. I jak ładnie śpiewają w harmonii! Po drugiej zwrotce wchodzi rąbiąca gitara - i cały efekt pryska, bo harmonii już nie słychać, a gitarzysta wali, wali, wali... Szkoda, że nie pozwolił mi posłuchać. Oceniam, mocno sfrustrowany.
Czwarty utwór, autorski. Bat bosmana, roluj go i ciągaj go... zwymiotuję. Sztampa, sztampa, sztampa, a do tego nie po polsku, a do tego akcenty muzyczne padają tak, że polskie wyrazy brzmią obco: "zro-BIĘ", "za wie-CZÓR", zamiast "ZRObię", "za WIE-czór". Widać, że nie pływali, bo nie znają komend żeglarskich. Widać, że nie czytali literatury marynistycznej, bo nie znają realiów. Po co stylizują autorski utwór na starą szantę, skoro ani to autentyczne, ani się z tym utworem nie potrafią zidentyfikować, ani nie są w stylizacji konsekwentni? Dlaczego nie napiszą o czymś, co istotnie jest im bliskie, co rozumieliby znakomicie, co czuliby sami tak, żeby przekonać publiczność do własnej autentyczności? Szkoooda... Oceniam.
Żegnają się ładnie, przedstawiając wszystkich członków zespołu po kolei, dziękują publiczności, kłaniają się. Lider angażuje publiczność, kiedy inni wypinają instrumenty, komunikując się profesjonalnie z akustykiem. Oceniam, oceniam, oceniam. Na scenę wchodzi Prowadzący.
Summa summarum - niezły koncert. Pokazali, że potrafią i mocno, i delikatnie, i z instrumentami, i a cappella. Jakoś odnosiło się wrażenie, że to, co czyni muzykę morską odrębną od bluesa (choć pokazali wstawki bluesowe), rock'n'rolla (choć popisali się rock'n'rollową solówką gitary), czy country (choć bluegrassowe banjo z powodzeniem mogłoby otrzymać brawa w Mrągowie) - przesiąka ich muzykę, że nie dopisali po prostu "morskiego tekstu" do muzyki, którą grali już w innym kontekście. Jest sól. Jest marzenie. Jest kilka tysięcy lat historii, którą połączyli ze współczesnością. Inaczej, niż sześć poprzednich zespołów, które zagrały 24 utwory, a żaden z nich mnie nie porwał, nie zaciekawił czymś takim, czego się nie spodziewałem, nie wzruszył. A przecież dwa zespoły z tych sześciu grały jakby lepiej: lepiej wykorzystywały potencjał instrumentów, lepiej manewrowały dynamiką, a ich członkowie sprawniej nawiązywali kontakt z publicznością, byli bardziej świadomi... Ale wszystkie sześć zagrało to samo. Ja wiem, każdy utwór był inny. Ale zlały mi się w jeden. Nie potrafię żadnego zagwizdać ani zanucić, nie powtórzę ani jednej linijki tekstu, która wryłaby mi się w pamięć. A ten ostatni zespół... hmmm... wnieśli powiew świeżości, a jeden z refrenów kołacze mi się po głowie cały czas, wiem, że się już do mnie przyczepił.
Jest dobrze, ale to jeszcze nie ten etap, kiedy nie mam żadnych wątpliwości, że powinni już wystąpić na dużej scenie z zespołami, przy których mogliby wypaść blado - gdzie kontrast byłby zbyt wielki, zbyt frustrujący. Jeszcze nie. Głosuję na nie. Na nie, bo zespół szósty, dziewiąty i jedenasty zagrały bardzo wyraźnie inaczej, niż inne, bo wypracowały styl wyraźnie rozpoznawalny, bo zaoferowały coś tak charakterystycznego, że słyszę to coś cały czas, bo pamiętały o tym, żeby zaangażować moją uwagę przez cały czas swego pobytu na scenie, bo zaśpiewały i zagrały piosenki autorskie, gdzie teksty były świetną poezją, a aranżacje w pełni wykorzystywały dynamikę, instrumentarium, głosy i potencjał aktorski zespołu, bo utwory tradycyjne zabrzmiały inaczej, niż dwieście poprzednich wykonań, które doskonale znam, bo ich konferansjerka była błyskotliwa, lecz subtelna, ich zabawa z publicznością - niewymuszowna, ich oryginalność - niewykrzyczana. Patrząc na te zespoły nie widziałem Bono, Dublinersów, Dody, czy Led Zeppelin (- gdybym chciał zobaczyć Bono kupiłbym bilet na koncert U2), widziałem poszukujących swojej własnej ścieżki profesjonalnych artystów, którzy grając u boku Ryczących Dwudziestek, Starych Dzwonów, Smugglersów, Mechaników Szanty, czy Koryckiego - nie wypadną nijako, nie będą "gorsi". Tak, zagłosuję na tych, którzy powinni już wejść na wszystkie sceny szantowe w Polsce, bo choć wciąż się uczą - są już dojrzałymi artystami i oferują mi - słuchaczowi - prawdziwą ucztę.
A więc - głosuję. Głosuję ze świadomością, że usłyszę niejednokrotnie jak strasznie stronnicze było jury, w którym zasiadałem. Jak niesprawiedliwy był mój werdykt. Głosuję jednak ze świadomością, że ci, którzy będą wybranych przeze mnie zespołów słuchać - otrzymają ucztę. Głosuję ze świadomością, że mój werdykt otworzy tym zespołom wiele drzwi. Głosuję przekonany, że zespoły, których nie wybrałem - usłyszę jeszcze niejednokrotnie i z pewnością one dadzą mi szansę, bym mógł z pełną odpowiedzialnością głosować w przyszłości właśnie na nie.
I zawsze, ale to absolutnie zawsze można wszystko to, co tutaj napisałem kompletnie zlekceważyć. Można, ale nie trzeba.
Paweł "Synchro" Jędrzejko
Banana Boat
P.S.: Cyferki przypisane zespołom w felietonie są oczywiście zmyślone i mają się nijak do żadnego z konkursów, które miałem przyjemność oceniać. Podobnie też zespół "teoretycznie" oceniany w tekście - nie istnieje: stanowi hybrydę wielu wykonawców, którzy jednak nie powinni dopatrywać się w nim szczególnych analogii do własnego recitalu.
Zamieszczony w tekście obraz: Michelangelo Merisi da Caravaggio, "Narcissus" (1597-1599, olej na płótnie, 110x92 cm, Galleria Nazionale d'Arte Antica)
Podyskutuj o tym felietonie na FORUM
Informację wprowadził(a): Paweł "Synchro" Jędrzejko - godz. 2:3, 16 styczeń 2008, wyświetlono: 298 razy
Komentarze: pokaż wszystkie
» dodaj własny komentarz
| scovron |
wysłano: 9:3,16 styczeń 2008
Własciwie to przypomniałem sobie dzięki temu tekstowi czasy, gdy zdawało mi się, że ja także potrafię pisać teksty:) O szantach pojęcie miałem natencxzas małe, zaś wiedze z zakresu szeroko pojmowanej marynistyki czerpałem z "własnorecznie" przeczytanego 1-ego tomu "Wyspy Skarbów" (II-ego nie przebrnałem, wiem, że żenada), komiksu "15-letni kapitan" ze "Świata Młodych" oraz filmu "Das Boot".
Czynnością od jakiej rozpoczałem pisanie tekstu, było złożenie na ręce lepiej wyedukowanego kolegi petycji o sporządzenie i udostępnienie wykazu najczęściej spotykanych onomatopei żeglarskich. Miło usłyszeć, że droga jaką obrałem wcale nie była aż tak absurdalna:)
Fajny tekst, pozdrawiam:)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Łuki |
wysłano: 13:10,16 styczeń 2008
Wow jaki tekst, a jaka satysfakcja po jego przeczytaniu, to jakby jeszcze raz usłyszec ten wynik w Starym Porcie lecz teraz w pełni świadomy jego uzasadnienia . Dzieki Pawle!
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Sylwester Karnafel |
wysłano: 10:44,17 styczeń 2008
Miło że napisałeś takie uzasadnienie z którego nie jeden
wykonawca będzie mógł czerpać.To brzmi trochę jak wykłady dawno temu przed Shantis-em :) Należy jednak
powiedzieć że Shanties to nie otwarcie drzwi,to początek ich wywazania.Pozdrawiam i gratuluje
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Marta Śliwa |
wysłano: 11:14,17 styczeń 2008
Człowiek czyta, niby wie o tym wszystkim, (szczególnie zachowaniu między utworami), a jak przychodzi wyjść na scenę sprawdza się powiedzonko: "miało być tak pięknie wyszło tak jak zawsze". Z naszego występu jestem zadowolona, bo publiczność wyglądała na zadowoloną. Przykro mi, że nie słyszałam innych, ale musiałam odespać podróż i przygotować się do Finału WOŚP dnia następnego. Pawełku felieton jak instrukcja obsługi Jury;) oczywiście pozytywnie. Nikt teraz nie może mówić, że nie wie co podlega ocenie. Na scenie w czasie konkursu lub koncertu oceniane jest absolutnie wszystko.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Kwiatuch (Betty Blue) |
wysłano: 15:48,17 styczeń 2008 |
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Kwiatuch (Betty Blue) |
wysłano: 16:0,17 styczeń 2008
A może by tak jakieś warsztaty dla Jurorów, Pawełku? ;))) Bo mimo żem optymistką jest z dużą domieszką idealistki, śmiem twierdzić, że jurorzy, którzy tak sumiennie podchodzą do swojej pracy jak Ty, jednak nie stanowią większości, a byłoby pięknie, gdyby tak właśnie było :)
Tekst świetny, przede wszystkim dlatego, że czuje się bijącą z niego szczerość i dlatego, że KAżDY może w nim odnaleźć siebie, a dzięki temu zobaczyć źdźbło (albo belkę) we własnym oku...larze ;)
Pozdrawiam wszystkich przeszłych i przyszłych konkursowiczów,
Ela Kołodziejczyk
www.bettyblue.pl
|
| Odpowiedz na ten komentarz |