Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Na granicy szanty kują (I Graniczna Kuźnia Szant w Zgorzelcu, 18-19 września 2009 r.)

Relacje

Gdyby tak ktoś przyszedł i... zapytał mnie, jaki ubiegłoroczny festiwal żeglarski szczególnie zapisał się w mojej pamięci, bez wahania odpowiem, że ten w Zgorzelcu. Graniczna Kuźnia Szant była bowiem naprawdę unikatową (a przez to znakomitą) imprezą.

Fot. Artur DziukPodkowy: Złota, Srebrna i Brązowa

Gdy w marcu ubiegłego roku, zupełnie niespodziewanie, na konkursie „Szantek” w Kędzierzynie-Koźlu pojawili się Magdalena i Artur Dziukowie, niewielu przypuszczało, że to dopiero preludium do rzeczy wielkich. Wprawdzie już wtedy „Megi” (wokalistka kobiecego tria Kant, które z przerwami przez kilkanaście lat pojawiało się na scenach szantowych) i „Dziuq” (były członek grupy Poszedłem na Dziób, mający w biografii także epizody w Perłach i Łotrach oraz w Kancie) wspominali coś o projekcie zrobienia czegoś „szantowego” w mieście, w którym mieszkają od paru lat, uczciwie jednak przyznam, że nie przypuszczałem, że wyjdzie im to aż tak dobrze.

Nie mogłem niestety być w Zgorzelcu pierwszego dnia – w jego programie znalazł się konkurs (udział wzięli: Bez Paniki, BCM Band, Rafał Gołąbowski, Indygo, Marcin Magdziar, oJ taM, ZKM Wrocław, Grzegorz Żak) oraz występ zespołu Prawdziwe Perły (z gościnnym udziałem Artura Dziuka). Sporo działo się oczywiście w tawernie festiwalowej.

 

Już pierwszy kontakt ze zgorzelecką ziemią przekonał mnie, że GKS poważną imprezą jest. W oczy rzucały się plakaty, a nawet pozatykane na latarniach chorągiewki (!). Wrażenie prysło tylko na moment – gdy zbliżałem się do celu, ujrzałem sklep „Biedronka”, wielki parking i brzydki budynek, przypominający biurowce z minionej epoki. Po wejściu do restauracji „Kuźnia” znowu zaskoczenie – z lokalu należało wyjść na przestronny dziedziniec, a tam impreza trwała już w najlepsze.

Trudno opisać każdy aspekt Granicznej Kuźni Szant i nie pominąć niczego. Festiwal był w gruncie rzeczy ciągiem „mikrozaskoczeń”. Znakomitą atmosferę wyczuwało się od samego początku. Organizatorzy i ekipa wolontariuszy stale czuwali, czy wszystko jest w porządku i czy nikomu z dostojnych gości niczego nie brakuje. A tych kilku się pojawiło: oprócz wykonawców do Zgorzelca przybyli m.in. Dominic Magog z zespołu Shanty Crew, także Jerzy Ozaist z dalekiego Węgorzewa.

A co się działo na scenie? Najpierw wyniki konkursu. Niesamowicie mocne jury (Henryk Czekała – przewodniczący, Marek Bidol, Magdalena Dziuk, Michał Karczewski, Agnieszka Krajewska, Jerzy Ozaist, Nikos Rusketos) przyznało obłędnie wysoką (4100 zł!) I nagrodę i Złotą Podkowę zespołowi Bez Paniki. Srebrna Podkowa powędrowała do Indygo, a Brązową otrzymał duet oJ taM. Publiczność swoją nagrodę przyznała – jak to często bywa – krajanowi, Grzegorzowi Żakowi.

Następnie na scenie pokazali się Happy Crew, Passat, chór szantowy Bedos z Görlitz, Orkiestra Samanta, Prawdziwe Perły, Ryczące Dwudziestki i Mechanicy Shanty. „Inne niż zwykle” na szantowych festiwalach były trzy pierwsze podmioty. Dla debiutantów z Happy Crew to jeden z pierwszych występów festiwalowych „na zaproszenie” (wcześniej śpiewali na Porcie Pieśni Pracy). Passat ostatnimi czasy występuje raczej rzadko. Oryginalnym punktem programu był oczywiście chór „zza rzeki”, bardzo typowy dla niemieckiego spojrzenia na szanty i pieśni morza.

Pozostałe zespoły bez większych zaskoczeń, może z wyjątkiem Ryczących Dwudziestek, które – niespodziewanie dla wielu – wystąpiły w czwórkę. Janusz Olszówka po dwóch dekadach postanowił opuścić zespół. Zastąpiła go... gitara basowa, obsługiwana przez Andrzeja Marcińca. Truizmem byłoby stwierdzenie, że zespół wiele na tym stracił.

Ważną postacią festiwalu był Marek Szurawski. Nie tylko konferansjer – w przerwach pomiędzy występami zespołów również śpiewał z akompaniamentem concertiny, w tym Dziewczę z Amsterdamu w duecie z Jerzym Ozaistem.

 

 

Zabawy w tawernie festiwalowej nie opisuję. Nie ma sensu – to trzeba po prostu przeżyć.

 

Rewelacja! Gdyby takich imprez było więcej, moje – dość krytyczne zwykle – spojrzenie na całokształt tzw. „polskiego ruchu szantowego” z pewnością uległoby zasadniczej zmianie. Celowo wspominam przede wszystkim o atmosferze i doskonałej organizacji. To powinna być podstawa imprez tego typu. I dlatego właśnie powinni je organizować przede wszystkim pasjonaci. Magda i Artur Dziukowie udowodnili, że „chcieć to móc” – własnymi siłami, ze wsparciem przyjaciół, zorganizowali imprezę bijącą na głowę znakomitą większość polskich „lokalnych festiwali szantowych”.

Właściwie jedyne krytyczne uwagi, jakie zdarzyło mi się usłyszeć, dotyczyły pracy akustyka. Faktycznie – ten element powinien ulec poprawie. Ja osobiście mam również pewne wątpliwości dotyczące nagrody w konkursie: czy faktycznie powinna być aż tak wysoka? Czy właściwa jest formuła „zwycięzca bierze wszystko”?

Zgorzelecka impreza ma szansę stać się jedną z tych, na których po prostu trzeba być. Jej kameralny charakter, nawiązujący do najlepszych lat polskiego śpiewania o morzu, stwarza również szansę na wyjątkową jakość artystyczną. Z wieści, jakie do mnie docierają, wynika, że następna edycja również zapowiada się znakomicie. Termin w kalendarzu mam już zarezerwowany...

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 20:29, 9 marzec 2010, wyświetlono: 5423 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI