Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

O magii żaglowców - czyli zanim Scovron wyruszył na TTSR Gdynia 2009

Felietony

Na samą myśl o zbliżającym się gdyńskim Zlocie Żaglowców trę kolanami z niecierpliwości i z radości mam ochotę wyjść na ulicę, celem przybicia "piątki" Bogu ducha winnym, przypadkowym przechodniom.  Bodaj tylko upał i niemal 90%-owa wilgotność powietrza sprawiają, że

...

Na samą myśl o zbliżającym się gdyńskim Zlocie Żaglowców trę kolanami z niecierpliwości i z radości mam ochotę wyjść na ulicę, celem przybicia "piątki" Bogu ducha winnym, przypadkowym przechodniom.  Bodaj tylko upał i niemal 90%-owa wilgotność powietrza sprawiają, że ciągle jeszcze siedzę na czterech literach i miast cieszyć się jak szczenię labradora w trakcie pylenia topoli, pozwalam sobie wyłącznie na głębsze sapnięcia, będące oznaką implodującej we mnie, dzikiej radości.

 

O magii wielkich żaglowców powiedziano już chyba wszystko. Czyli bardzo wiele. I bardzo niewiele jednocześnie, gdyż każdy kto jej kiedykolwiek liznął i w swej wrażliwości postanowił ją w jakikolwiek sposób - już to muzyką, już to obrazem, już to słowem - oddać, mówił w zasadzie o tym samym pięknie. Ale właśnie chyba na tym ta magia polega - na ciągłym odkrywaniu - choćby i po raz tysiąc trzysta dwudziesty szósty - piękna, które przed nami odkryto już tysiąc trzysta dwadzieścia pięć razy.

 

Są dwa cudy, które zawsze i w każdych okolicznościach wprawiają mnie w zdumienie. W świecie przyrody ożywionej są nim paluszki niemowlaków, którą przecież są tak małe i kruche, że to nie do wiary, że kiedyś wyrosną na przykład w to coś, czym klepię teraz w klawiaturę komputera. W świecie przyrody nieożywionej obowiązku regularnie zadziwiającego mnie cudu pełnią oczywiście żaglowce

 

Kiedyś znajomy spytał mnie, czy nie pomógłbym mu znaleźć jakiejś żaglówki. Powiedziałem, że nie powinno być z tym problemu, tylko trzeba sobie doprecyzować jacht o jakim profilu najbardziej będzie mu odpowiadał. Poprosiłem go wówczas, żeby opisał do czego ta łódka ma mu być potrzebna.

- Nie może być zbyt skomplikowana, nie musi być zbyt szybka, musi dać się z niej łowić ryby i nie powinna kosztować więcej niż mój 9-letni samochód - zastanowił się kolega, a następnie usiadł, odchylił korpus do tyłu, wykonał dziwny gest prawym ramieniem i poprosił mnie, bym przytrzymał dłoń w jakimś tajemniczym punkcie, znajdującym się gdzieś na wysokości mojej klatki piersiowej; w tym czasie on wyciągnął z samochodu metr krawiecki i zmierzył wysokość od poziomu gruntu, do mej dłoni, po czym powiedział

- I wysokość kokpitu nie może być mniejsza niż jeden metr i czterdzieści centymetrów.

- Czemu akurat metr czterdzieści?  - spytałem.

- Nie mam zamiaru się garbić w momencie, gdy najdzie mnie ochota, by napić się piwa z butelki.

Pojąłem i głęboko pokłoniłem się przed rozsądkiem wymagań kolegi. Nie wiem i nie potrzebuję wiedzieć, jak umotywowane wymagania przedkładali w stoczniach pierwsi właściciele żaglowców, niemniej patrząc na stojące przy skwerze Kościuszki, przy Wałach Chrobrego czy przy Westerplatte statki, mam ochotę pokłonić się równie głęboko. 

 

Upał i wilgotność - tylko to mnie ogranicza w radości. Ale proszę mi uwierzyć, że gdybym tylko miał ogon, to właśnie bym nim merdał.

 

Łukasz "Scovron" Skowroński

 

 

***

Teskt został nadesłany na mój adres 29.06.2009 niestety odebrałem go juz po TTSR - za opóźnienie przepraszam.

Serdecznie polecam Wam blog Scovrona: http://scovron.blog.onet.pl/

Popłaczecie się - głównie ze śmiechu, ale nie tylko.

 

Yen

Informację wprowadził(a): Łukasz "Scovron" Skowroński - godz. 1:48, 17 lipiec 2009, wyświetlono: 334 razy

marek

wysłano: 8:3,17 lipiec 2009

W żeglarstwie kokpit może miec TYLKO głębokość. Wysokość to w kabinie.
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI