Artykuły
Pan Tańca zawładnął sercami Polaków
Relacje
Dobiegło końca polskie tournee słynnej irlandzkiej grupy tanecznej założonej przez Michaela Flatleya. Spektakl "Lord of the Dance" bije nad Wisłą rekordy popularności, czego dowodem są wypełnione po brzegi sale koncertowe i zapotrzebowanie na dodatkowe ...
Dobiegło końca polskie tournee słynnej irlandzkiej grupy tanecznej założonej przez Michaela Flatleya. Spektakl "Lord of the Dance" bije nad Wisłą rekordy popularności, czego dowodem są wypełnione po brzegi sale koncertowe i zapotrzebowanie na dodatkowe występy. Nic dziwnego - magia widowiska i kunszt taneczny wykonawców porywa, fascynuje, budzi podziw.
Polacy kochają Irlandię od dawna. Nie trzeba nawet tam jechać, żeby dać się uwieść aurze tajemniczości, jaką osnuty jest ten punkt na mapie świata, zwany Zieloną Wyspą - wystarczy muzyka, obrazy i opowieści. Te trzy elementy spięte w całość to właśnie "Lord of the Dance" - przedstawiona za pomocą figur tanecznych historia oparta na irlandzkich opowiadaniach ludowych, gdzie na główny plan wysuwa się uniwersalny temat walki dobra ze złem. Dobro reprezentuje w spektaklu tytułowy Pan Tańca, a w zmaganiu z pragnącymi zawładnąć całą Planet Ireland siłami zła, które uosabia tu Don Dorcha, pomaga mu mały duszek. W spektaklu nie zabrakło także wątku miłosnego: o względy głównego bohatera zabiega Saoirse the Irish Cailín (Saoirse - irlandzkie dziewczę), której przeciwniczką jest "szwarccharakter" Morrigan the Temptress (Morrigan Kusicielka).
Rodzice Michaela czuli się zobowiązani do przybliżania dzieciom dziedzictwa kulturowego Irlandii, toteż w wieku 11 lat przyszły twórca "Lord of the Dance" został "zaciągnięty za uszy" na lekcje tańca irlandzkiego. Chciano go odesłać z kwitkiem ze względu na zbyt zaawansowany wiek, lecz Michael zaprotestował, nie chcąc pozwolić na zaprzepaszczenie swojego tanecznego powołania. Prześcigając swoich kolegów w wygrywaniu zawodów, jako 17-latek został pierwszym Amerykaninem, który uzyskał tytuł Międzynarodowego Mistrza Tańca Irlandzkiego. W tym samym czasie uczył się też gry na tradycyjnym irlandzkim flecie i zdobył po raz pierwszy tytuł Ogólnoirlandzkiego Mistrza Fletu.
Po zakończeniu edukacji Flatley otworzył własną szkołę tańca irlandzkiego, lecz nie czuł się spełniony jako nauczyciel. Pragnienie występowania było silniejsze. Ostatecznie zamknął szkołę i podjął działania w kierunku budowania bezprecedensowej kariery pierwszego rozpoznawalnego na całym świecie profesjonalnego tancerza irlandzkiego. Chwytał się każdej okazji do występów przed publicznością. Przełom nastąpił, kiedy dostał propozycję współpracy ze światowej sławy zespołem wykonującym tradycyjną muzykę irlandzką - The Chieftains. Podróżując z nim w latach '80, Michael traktował publiczność jako "barometr" do badania, jak oddziałują na nią coraz to bogatsze jego interpretacje tańca irlandzkiego. W swojej pasji pokonywania granic Michael stopniowo uwalniał taniec irlandzki od pierwotnej surowości, łącząc ruchy ramion i zapierające dech w piersiach rytmy z tradycyjnymi krokami. Owacje na stojąco i zaproszenia do występów w tak prestiżowych miejscach jak Carnegie Hall czy Hollywood Bowl utwierdzały Flatleya w przekonaniu, że jego niepowtarzalny styl porusza i zachwyca widzów.Pod koniec kwietnia 1994 roku powstało show Riverdance - ukoronowanie całego wysiłku, jaki Michael wkładał przez lata w dążenie do perfekcji w swoim fachu. Otworzyło mu ono drzwi do światowej kariery. Podwaliny pod nie położył występ podczas Konkursu Piosenki Eurowizji w Dublinie, natomiast pierwsze pełnometrażowe przedstawienie zostało zaprezentowane 9 lutego 1995 roku w dublińskim The Point Theatre.
Grupa szybko zaczęła osiągać sukcesy, a jej sława zataczać coraz szersze kręgi, lecz Michael Flatley nagle i niespodziewanie opuścił ją z powodu - jak się oficjalnie mówi - konfliktu z producentami. Po tym kroku stanął wobec pytania, co robić dalej. Zdecydował się stworzyć swoją własną produkcję - Lord of the Dance, do której zaczął układać choreografię niecałe dwa tygodnie po odejściu z Riverdance.
Premiera Lord of the Dance miała miejsce 2 lipca 1996 roku w The Point Theatre w Dublinie. Publiczność oszalała. Show zaś zyskało tak entuzjastyczne recenzje, że długo było o nim głośno. Do tej pory obejrzało je ponad 50 milionów ludzi z kilkudziesięciu krajów, a płyty z muzyką napisaną na potrzeby przedstawienia przez Ronana Hardimana oraz nagrania DVD sprzedały się w dziesiątkach milionów egzemplarzy na całym świecie. Niektóre motywy są znane szantymaniakom - choćby melodia, na którą kilka zespołów reprezentujących polską scenę szantową śpiewa piosenkę pt. "Tańcowanie" czy "Carrickfergus", które przybliżył nam ostatnio Wojciech "Sęp" Dudziński z Ryczących Dwudziestek na swojej płycie nagranej wspólnie z Jolą Korycką (polski tekst do tej, jak i pozostałych piosenek, napisała Monika Szwaja).
Spektakl ten to magiczna podróż do mitycznego świata, przedstawionego za pomocą mistrzowskiego połączenia tanecznej precyzji, porywającej muzyki, artystycznej gry świateł i efektów pirotechnicznych. Kolejne wątki są przeplatane eterycznymi balladami śpiewanymi przez wokalistkę i instrumentalną "jazdą" w wykonaniu dwóch skrzypaczek. Nie było chyba widza, który po obejrzeniu musicalu opuściłby salę koncertową, nie będąc poruszonym do głębi. Momentami ma się wrażenie, że tancerze lewitują nad sceną, albo że zaraz poszatkują parkiet na wióry w energetycznym stepie. Dlatego kto jeszcze nie widział "Lord of the Dance", ma czego żałować. A kto widział... z pewnością nie przepuści kolejnej okazji, żeby znów nie dać się porwać na Planet Ireland.
Zobacz też:
Fot. Magdalena "Świstak" Bogacka
Informację wprowadził(a): Joanna "Makenzen" Morawska - godz. 15:44, 14 kwiecień 2009, wyświetlono: 529 razy
| Connor |
wysłano: 21:32,14 kwiecień 2009
Po sukcesie The Lord of The Dance, Michael Fatley stworzył rozszeżoną, trwającą około 25 minut dłużej wersję, której nadał tytuł Feet of flames, czyli tłumacząc na polski - Płonące stopy. Następnie bodajże w 2004 ( ale tutaj mogę się mylić ) powstał najnowszy spektakl Michaela Fatleya - CELTIC TIGER - opowiadający o powstan iu narodu irlandzkiego od czasów najdawniejszych, aż po wsółczesność.
Po za tym drobnym niedopatrzeniem, tekst bardzo ciekawy;) gratulacje koleżanko Makenziu z przypieczonym jajkiem sadzonym na twarzy;)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| sunnypol |
wysłano: 13:2,15 kwiecień 2009
Dobiegło końca polskie tournee słynnej irlandzkiej grupy tanecznej założonej przez Michaela Flatleya. Spektakl "Lord of the Dance" bije nad Wisłą rekordy popularności, czego dowodem są wypełnione po brzegi sale koncertowe i zapotrzebowanie na dodatkowe występy....
Witam, byłam w Warszawie i jakoś nie widziałam tych tłumów, a nawet powiem, że byłam w szoku bo Sala Kongresowa świeciła pustkami. Było zajętych może 2/3 o ile nie 1/2 miejsc. Ponadto występ jednak rozczarowywał. Brakowało tej magii którą widziałam w TV i na CD. Wystrój też słaby, tylko metalowa konstrukcja i gdyby nie gra świateł to już całkiem nie byłoby co podziwiać. Tancerze świetni ale brakowało tego czegoś, może pasji i zaangażowania, moim zdaniem tylko tańczyli a nie odgrywali spektakl, gdzie walczy dobro ze złem... Niestety ten występ mnie nie zachwycił, spodziewałam się czegoś lepszego. O braku zachwytu ze strony większości gości w Sali Kongresowej może świadczyć także kiepski aplauz, nawet trochę wymuszany przez tancerzy bo niestety mało kto klaskał sam z siebie, niestety...
Ogólnie dobrze że bilety dostaliśmy, bo inaczej żałowalibyśmy tych 400 zł, bo kwota dużo za duża.
Pozdrawiam
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Felix |
wysłano: 14:53,15 kwiecień 2009
Szkoda, że nie bylo występów tej grupy w naszym wojewodztwie.Przecież jesteśmy największą aglomeracją miejską w Polsce.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Makenzen |
wysłano: 17:1,15 kwiecień 2009 |
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Connor |
wysłano: 17:32,15 kwiecień 2009
Towarzyszko Makenziu...potwierdzam słowa Sunnypol. Ja i Ewa byliśmy w czwartek i o ile się nie mylę to Ona z mężem byli właśnie wtedy. Przynajmniej wydawało mi się że Ich widziałem. W czwartek naprawdę Kongresowa świeciła pustkami.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Gr0m |
wysłano: 19:16,15 kwiecień 2009
Poszliśmy w piątek do Kongresowej. Miejsca świetne, w drugim i trzecim rzędzie. Oprócz symetrycznych układów widocznych tylko z góry widziałem wszystko - być może za wiele. Pan Tańca nie specjalnie potrafił zgrać się z playbackiem, jaki słychać było zamiast prawdziwego stepowania, Dziewczyny Pana Tańca (dwie główne) faktycznie bardzo się starały, ale brakowało im dużo wdzięku w porównaniu do oryginału. Skrzypaczki były chyba skacowane, jedna na pewno ;) ale tu nie ma co się czepiać, Polska. Wokalistka śpiewała playback bardzo sprawnie, tu nie mam nic do zarzucenia - oprócz tego, że był to playback. Nie było mnichów! Chórów! A kusicielka brzydka, nie dałbym się skusić ;P Zgarnęli sporo kasy, jestem pewien że stać ich na nagłośnienie podłogi do stepowania. A tam był na scenie gumolit! A łupało jak o marmur. Zresztą nie do końca równo z ruchami tancerzy. Ja wiem, że granie z playbacku jest bardzo trudne do wykonania tak, aby było wiarygodne, bywa nawet trudniejsze od grania/śpiewania na żywo. Dlaczego więc zostało to tak spartaczone?
Podsumowanie:
Zapłaciłem 200zł i zobaczyłem przedstawienie oparte na muzyce i stepie irlandzkim i tylko oklaski publiczności nie były z playbacku. Czy jestem zadowolony? Nie. Czy poszedł bym jeszcze raz? Tak, ale za 30 zł, bo fajnie tańczyli, tylko że było to sztuczne.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Makenzen |
wysłano: 19:23,15 kwiecień 2009
...Spoko. Nie upieram się, że nie macie racji - ja po prostu nie wiem, jak było w czwartek, bo byłam w sobotę, a w tygodniu zasadniczo na imprezach masowych jest mniej ludzi niż w weekendy... No i gdyby to był jedyny warszawski występ LotD, to by pewnie sala była pełna. A że ludzie mieli alternatywę - albo czwartek, albo sobota... (być może były i inne dni, ale nie pamiętam) to większość wybrała sobotę, aż się sami organizatorzy zakałapućkali, skoro potrafili sprzedać trzem osobom bilet na to samo miejsce ;-)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Grzywa |
wysłano: 8:29,16 kwiecień 2009
Czy idąc na to przedstawienie naprawdę nie wiedziałeś, że to będzie playback?
Pozdrawiam.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Makenzen |
wysłano: 10:28,16 kwiecień 2009
Step był z playbacku jak w mordę strzelił. Sama się dziwi łam, jak to możliwe, że kiedy tancerz "wisi" w powietrzu, nagłe słychać: "ŁUP!" ;-)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Gr0m |
wysłano: 18:58,16 kwiecień 2009
Makenzen, właśnie to to to.
Darku, otóż wiedziałem, ze nie pojawi się kapela z Ronanem Hardimanem na czele i nie zacznie grać sountracku na żywo. Natomiast spodziewałem się nagłośnionej podłogi i tańca ze stepem na żywo. To jest fundament tego przedstawienia i za to płaciłem. Reszta spoko, niech sobie playbackuje, ale przez to czuję się oszukany.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |