Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Pochwała pracy - muzyczne credo Stłukli

Felietony

Darek Ślewa nie był osobą wylewną. Zwykle małomówny, jednak w gronie przyjaciół potrafił snuć fascynujące opowieści.

7 grudnia 2008 r. w trakcie internetowej dyskusji na temat sex-opery "Shenandoah", zwracając się do Jerzego Ozaista, ...

Darek Ślewa nie był osobą wylewną. Zwykle małomówny, jednak w gronie przyjaciół potrafił snuć fascynujące opowieści.

7 grudnia 2008 r. w trakcie internetowej dyskusji na temat sex-opery "Shenandoah", zwracając się do Jerzego Ozaista, Stłukla napisał post niezwykły. Nie tylko rozmiarem (zwykł był pisać głównie posty jednozdaniowe), ale przede wszystkim treścią. Zawarł w nim bowiem swoje credo twórcze oraz frapująco opowiedział o swojej szantowej fascynacji.

Przeczytajcie...

 

* * *

 

Jurku! Zapytałeś mnie, gdzie byłem, jak rodziła się opera - odpowiadam: byłem tam, gdzie trzeba - na praktykach na morzu.

Czy widziałem efekt końcowy - owszem, widziałem i, ostrożnie pisząc, nie byłem zachwycony.

Otóż szanty czy muzyka spod żagla według mnie nie potrzebują form typu opera, wodewil itp., bo i tak są dla mnie fascynujące i przy dobrze wykonanych mam "ciary". Te rozdmuchane formy są dla mnie niestrawne i prowadzą do efektu typu: cyganki tańczące kankana lub Indianie w sandałach czy też trampkach. Podczas finału któregoś z festiwali gdyńskich miałem odśpiewać dramatycznym tenorem frazę o jakiejś puszce z morszczukiem itd. - Radomiński wygonił mnie z posady i śpiewał to Zbychu Zakrzewski. Przyjąłem to z ulgą, bo śpiewam zwyczajnie, a nie jak na festiwalu piosenki aktorskiej. Pisanie oper to próby uatrakcyjnienia tego, co i tak jest fascynujące i atrakcyjne.

 

Dalsza część tego elaboratu ma tytuł:

POCHWAŁA PRACY

 

Otóż u podstaw mojej fascynacji szantami i pieśniami spod żagla czy z pokładu zasadza się znajomość i podziw dla ludzkiej pracy na morzu. Z tą znajomością to bym raczej uważał, bo zawsze można wiedzieć więcej, ale jednak liznąłem co nieco.

Jak słucham Nica Jonesa śpiewającego "Where the winter blizzards blow..." to przypomina mi się grudniowa wachta w porcie gdyńskim. Pracowałem wtedy w porcie jako marynarz i odesłano mnie z grupą takich jak ja marynarzy na magazyn pływający MP8. Był to stary jak świat liberciak, bez maszyny, ze szczątkową załogą, a służył jako magazyn tlenku glinu. Ten MP8 stał kilkanaście metrów od nabrzeża, oddzielony od niego elewatorem pływającym. Wiało tak, że podano z "ósemki" na brzeg dwadzieścia cztery liny, wszystko, co było. Do północy padał deszcz, a po przejściu frontu w ciągu dwóch godzin temperatura spadła od 0 do -15 stopni. Do dziewiątej rano zdejmowaliśmy grube jak udo faceta, pozamarzane na polerach stare liny z włókien naturalnych (manila). Tworzyły te liny tak dziwne kształty, że nie dało się ich obkładać na winczkop. Niektórzy z pracujących mieli po trzy pary rękawic roboczych, jedne na drugie. Wchodziliśmy do nadbudówki tylko po to, żeby napić się gorącej herbaty, którą parzono non stop. Byłem w trampkach, bo nie miałem butów zimowych i przestawałem powoli czuć stopy. Pokład i osprzęt "ósemki" były tak pordzewiałe, że jak się tupnęło, to noga właziła przez warstwy rdzy, a polery i winczkopy groziły pozrywaniem przy większych obciążeniach. Rozładowana "ósemka" była jak żaglowiec - 2,5 tysiąca metrów kwadratowych wolnej burty - działy się cuda. Na elewatorze patrzyli na nas jak na samobójców i zapamiętali dobrze (później oglądałem u nich w sylwestrową wachtę film "Żądło").

Są to dla mnie wydarzenia niezapomniane i wyjątkowo ciekawe. Podałem je tylko jako przykład: ludzie pracują na morzu, żeby przeżyć, żeby nie zwariować, a dopiero na końcu żeby zarobić - ta praca jest jak narkotyk, przeklina się ją dzień w dzień, po czym robi się to samo. W tej pracy wykuwają się przyjaźnie o jakich nie śniło się gdzie indziej, bo tam nadstawia się łba za tych, którzy stoją z tobą na linie.

Wiem, że ludzie postrzegają mnie jako oschłego dziwaka, co to "misia" nie przyklepie itd. - nie umiem jednak wymieniać największych serdeczności z ludźmi, których ledwo znam i nie wiem, co tak naprawdę są warci.

Pieśni, które wykonujemy mają u podstaw POCHWAŁĘ PRACY. Pokaż, co jesteś wart, jak zapamiętają cię ludzie - wtedy dopiero portowe uciechy zaczynają smakować. To dlatego są te pieśni pełne pasji i rwą za tyłek - bo traktują o ludzkim życiu, pracy, która to praca potrafi być tak fascynująca. Buchheim w książce "Okręt" opisał, a właściwie pokazał na ile magnetyczna może być okrętowa nuda. Ciężko wymyślić coś bardziej frapującego - fascynująca nuda.

Żeby to wszystko przeżywać niepotrzebna mi opera, a niektórzy wręcz zauważą, że pasuje tu ta opera jak garbaty do ściany. Był to dla mnie niewiele wart wygłup.

A że świetnie się bawiliście i był to zespół kapitalnych ludzi, w to oczywiście wierzę. Dobrze, że mnie to ominęło, bo nie nadawałbym się nawet jako wigwam czy tipi, a mógłbym coś chlapnąć ozorem i "twórca" by się nastroszył.

 

Tekst: Dariusz ŚLEWA

Foto: Tomasz GOLIŃSKI

 

Przeczytaj całą dyskusję na forum Szanty & Folk.

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 2:6, 16 marzec 2009, wyświetlono: 2248 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI