Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Popłyńmy na szanty (sierpniowe koncerty na Mazurach - Mikołajki, Sztynort, Ruciane-Nida)

Relacje

 

I co z tego, że Polska południowa szantową potęgą jest, skoro i tak najbardziej naturalnym miejscem dla szantowej muzyki są okolice morskiego wybrzeża oraz mazurskich jezior... Nie zawsze przekłada się to na ilość (i jakość!) organizowanych tam szantowych koncertów i

...

 

I co z tego, że Polska południowa szantową potęgą jest, skoro i tak najbardziej naturalnym miejscem dla szantowej muzyki są okolice morskiego wybrzeża oraz mazurskich jezior... Nie zawsze przekłada się to na ilość (i jakość!) organizowanych tam szantowych koncertów i festiwali, znający i śpiewający szanty żeglarze giną już w dwumilionowej (podobno) żeglującej masie, zaś porty i mariny coraz bardziej stawiają na ludzi oglądających jeziora z lądu - stąd biorą się tak dziwaczne zjawiska, jak dyskoteki w żeglarskich tawernach (sic!). Sprzeciw wobec takiego stanu rzeczy narasta (wśród prawdziwych wilków morskich i jeziorowych), czego wyrazem jest m.in. hasło Maćka Jędrzejki (Banana Boat): "Przywróćmy szanty Mazurom!".

 

        Jak to dawniej bywało

 

A przecież szantowanie na Mazurach rozpoczęło się ponad ćwierć wieku temu. Mało kto zapewne pamięta Mazurską Operację Żagiel w Mikołajkach (okolice 1980 roku - mnie na świecie nawet wtedy nie było), gdzie rodziła się sława Jerzego Porębskiego. Od tego czasu setki i tysiące żeglarzy śpiewało o morzu i jeziorach przy ogniskach, na biwakach, w tawernach (największe legendy to sztynorcka "Zęza" oraz mikołajskie "Lady Mary" i "Pod Złamanym Pagajem"), słowem - całe Mazury nagle zaczęły rozbrzmiewać szantami. Szczytowym okresem był chyba początek lat 90., kiedy repertuar ogniskowych i tawernianych grajków powiększył się o całą kolekcję tzw. szant szuwarowo-bagiennych. O Mazurach i urokach mazurskiego żeglarstwa śpiewały zespoły Zejman i Garkumpel oraz (zwłaszcza) Spinakery. To właśnie "Lucjuszowi" i spółce Mazury zawdzięczają swój największy megahit ("Na Mazury!"), a sama grupa lwią część niegdysiejszej swej popularności.

W przeciwieństwie do pozostałych części kraju, Mazury długo nie miały szczęścia do poważnych szantowych imprez. Sztandarowe dziś "Szanty w Giżycku" po raz pierwszy zorganizowano dopiero w 1993 r. Festiwal w Twierdzy Boyen początkowo funkcjonował jako wakacyjna alternatywa dla krakowskich "Shanties". Występowały na nim zespoły z różnych nurtów żeglarskiej muzyki (nie wyłączając zagranicznych gwiazd, jak choćby znakomitego szantymena amerykańskiego Boba Walsera). Po kilku latach z natury rzeczy (skala przedsięwzięcia, profil publiczności) stało się tak, że miłośnicy spokojniejszych, zbliżonych do tradycyjnych klimatów raczej nie mają czego w Giżycku szukać. Szanty rozbrzmiewały także w Mikołajkach, Węgorzewie ("Węgoszanty"), sporadycznie także w innych miejscowościach na szlaku Wielkich Jezior Mazurskich.

Od paru już lat coroczne mazurskie rejsy planuję z listą koncertów szantowych w dłoni (zapewne nie tylko ja, stąd waga takich przedsięwzięć, jak www.szanty.pl i www.szantymaniak.pl). W tym roku podczas sierpniowego rejsu mogłem zobaczyć aż trzy spośród licznych w tym sezonie imprez.


        Szanty w Mikołajkach - dzień trzeci


        Do Mikołajek przypłynąłem trzeciego dnia "Szant w Mikołajkach" (6 sierpnia, niedziela). Imprezę o tej nazwie pamiętałem sprzed kilkunastu lat. Koncerty na zacumowanym w Wiosce Żeglarskiej statku może nie były doskonałe organizacyjnie ani technicznie, ale na pewno miały swój klimat. Czasem przerywał je deszcz, scena nie miała bowiem nawet zadaszenia. Wielu widzów przyjeżdżało do Mikołajek specjalnie na ten koncert, a potem spało w porcie gdzie popadnie, na karimatach bądź gołej ziemi (!). Przez kolejne lata impreza jakoś tak sobie wegetowała, aż wreszcie w tym roku nowe kierownictwo portu zdecydowało się poddać ją liftingowi (i - mniej przyjemne - podnieść opłaty portowe). Znowu był statek (tym razem jednak z zadaszoną i nieźle nagłośnioną sceną), znowu padał deszcz (który skutecznie odsiewał przypadkowe osoby z widowni), znowu królowały szanty szuwarowo-bagienne (zagrały i Spinakery, i Zejman). Tym razem jednak grano nie tylko w porcie, także w amfiteatrze, na Rynku i pod hotelem "Gołębiewski". Spośród grających na mniejszych scenach wykonawców (m.in. Kliper, Grogers) widziałem jedynie nieznany mi dotąd zespół Okaw Sztorm - specjalnie nie ma tu o czym pisać.

Co innego Banana Boat. Wiem, że to bardzo dziwne, ale ich również zobaczyłem po raz pierwszy. No i cóż mogę powiedzieć - dali znakomity show, byli zdecydowanie numerem jeden tego koncertu. Chrypka Maćka czasem była widoczna, choć wcale nie psuła specjalnie odbioru. Muszę przyznać, że bardzo ładnie wychodzą Bananom "prawdziwe" szanty (choć oczywiste jest, że są to interpretacje "niestylowe" albo, jak kto woli, "dalekie od oryginału"). Największa temperatura na widowni panowała jednak (nie dosłownie, bo deszcz nie dawał spokoju) podczas sztandarowych bananowych hitów, zwłaszcza "Zęzy", "Day-oh!", "A może tak, a może nie...", "Arktyki", "Les Filles des Forges". Sporym zaskoczeniem (choć nie dla wiernych fanów) był również "Englishman in New York", z cudownym akcentem odśpiewany przez Pawła. Z pozamuzycznych rzeczy na uwagę zasługiwała opowieść Maćka o koncercie zespołu w Skarżysku-Kamiennej (zagrali tam bodaj na techno-party jako... Banana Boys) oraz rzucony przezeń pomysł dotarcia do sceny... wpław, który oczywiście został zrealizowany przez pewnego sympatycznego człowieka (patrz foto).

Pozostali wykonawcy to różne style szanty rockowej. Zejman i Garkumpel, Orkiestra Dni Naszych - ich widziałem już kilkunasty raz, stąd trudno było o zaskoczenie. Co do Zejmana dwie uwagi. Po pierwsze - zespół jest coraz bogatszy w instrumenty (dwie gitary, bas, skrzypce, instrumenty perkusyjne i "normalna" perkusja), co sprawia, że jego brzmienie wydaje mi się coraz mniej spójne. Po drugie - "Kowal" i spółka w ostatnich latach zdecydowanie zarzucili związki z szantami (a kiedyś bardzo ciekawie grali np. "Brankę" <"Press gang">), stawiając na melodyjne i wpadające w ucho utwory autorskie. Fajnie się przy nich tańczy, ale trudno o jakąś specjalnie głęboką refleksję, słuchając refrenów typu "łamda-dej" czy "łeja-hej" (choć utwór z tym ostatnim zaśpiewem w refrenie to akurat niezaprzeczalny "hicior"). Z kolei ODN cały czas jest sprawnie funkcjonującą folk-rockową maszyną. Niewiele nowego zespół wprowadza do swojego koncertowego programu (zeszłoroczny "Kurs na Giżycko", a z ostatniej płyty - nota bene w ogóle nie mającej nic wspólnego z żeglarstwem - Orkiestra gra tylko "Chorą wyobraźnię" i "Damy radę cz. 2 - Run Away"). Rok temu mój kolega po występie ODN w Giżycku stwierdził, że choć cały koncert bardzo mu się podobał, to jednak najbardziej "transowe" improwizacje na skrzypce i gitarę, poprzedzające właściwe granie. W tym roku do tego zestawu dołączyła perkusja, no i cóż - chyba kolega miał rację. Bardzo byłbym rad, gdybym zamiast kolejnych pastiszów disco-polo (oprócz "Bachy" ODN zagrała też fragment discopolowej klasyki - "Jesteś szalona") mógł usłyszeć coś bardziej ambitnego, awangardowego (coś jak z płyty "Skalary, mieczyki, neonki" Myslovitz), bo wiem, że Orkiestrę na to stać. Ciekawe, czy tę opinię podziela ktoś oprócz mnie:). Najśmieszniejszym akcentem tego koncertu był z kolei inny "zakręcony" człowiek, który przed jego rozpoczęciem chodził wśród widowni i zapewniał każdego z osobna, że za chwilę usłyszą coś absolutnie niesamowitego.

Orkiestra Samanta i Mordewind to kolejne zespoły płynące raczej "z prądem" szantowych (szantopodobnych?) mód i trendów. Ciekawsi wydali mi się warszawiacy, którzy zaskoczyli mnie zwłaszcza własną wersją klasycznego "Chwyć za handszpak". Póki co jednak czekam raczej na to, co zespoły te zaprezentują w przyszłości.

 

Perły i Łotry w Sztynorcie

 

      Sztynort to od 1989 roku, kiedy zawitałem do niego po raz pierwszy, jedno z moich ulubionych miejsc na Mazurach. Losy miejscowości i portu w ostatnich latach (PGR, Interster Yachting, biznesmen z Austrii, wreszcie T.I.G.A. Yacht) same w sobie byłyby tematem na osobną opowieść, nie mówiąc już o dawniejszej historii wsi i pięknego, acz niszczejącego pałacu (ród Lehndorffów, Krasicki, Ribbentrop...).

Wypada jednak rozpocząć od absolutnie skandalicznego wydarzenia, jakim jest przeprowadzka "Zęzy", najsłynniejszej chyba w Polsce żeglarskiej tawerny (archiwalne foto po prawej), co wieczór wypełnionej rozśpiewanym towarzystwem. W zajmowanych przez nią dotychczas piwnicach przypałacowego budynku urządzono ekskluzywną (sic!) winiarnię, nad ni

ą równie ekskluzywną restaurację, a żeglarzy "eksmitowano" do budynku portowego hangaru, nad którym umieszczono napis "Zenza" (po trzykroć - sic!). Żeglarze nadal śpiewają, ale każdą piosenkę przerywają toasty: "Za starą Zęzę!". Nie do wiary, jak łatwo burzy się wieloletnią tradycję i niepowtarzalny nastrój tylu kultowych niegdyś miejsc...

Koncerty w Sztynorcie jednak lubię. Zawsze były bardzo swojskie, kameralne. Po powstaniu sztynorckiego amfiteatru może się to nieco zmieniło (dlaczego ławki są tak oddalone od sceny?!), ale jednak wciąż fajnie jest posłuchać konkretnego zespołu nieco dłużej niż np. godzinę. Umożliwiają to właśnie "Szantowe czwartki w Sztynorcie". Stąd nie ma chyba sensu wymieniać, co zaśpiewały Perły i Łotry w czwartkowy wieczór (10 sierpnia), bo było to niemal wszystko, co znane i lubiane. Zwracała uwagę spora ilość coverów (choćby moje ukochane "Johnson Girls" Mechaników Shanty, też "Stary Malarkey", śpiewany przez Ryczące Dwudziestki jeszcze ze "Szkotem" w składzie). A ze śmieszniejszych rzeczy - zgubiony śpiewnik, z którego "Doktor" odczytywał takie perełki, jak: "Widziałam orła cień..." lub "O Peggy Brown, kto ciebie ukochać będzie umiał..." :).

 

        Szanty w Rucianem - dzień pierwszy

Ruciane-Nida do niedawna było sympatyczną, nieco senną miejscowością turystyczną. Szanty serwowane były sporadycznie w okolicach portu, ponadto chyba non-stop puszczano je w portowej tawernie (królowały tu Spinakery i EKT-Gdynia). Niestety, dźwięki dochodzące z tawernianych głośników były nie bardziej różnorodne (te same kasety odtwarzane po wielokroć) niż nieustanne zapowiedzi przez megafon "rejsów statkiem Faryj". Na szczęście w powstałym na tyłach lokalu "Kapiodoro" amfiteatrze pojawiły się w tym roku wreszcie szanty w większej ilości. Najpierw festiwal "Green Horn", przywieziony przez Mechaników Shanty w towarzystwie dwóch cudownych fanek, a potem po prostu "Szanty w Rucianem" - zorganizowane przez grupę Spinakery, biuro turystyki "Kliwer" i stanicę wodną w Kietlicach (nad jeziorem Mamry).

Impreza trwała dwa dni (18-19 sierpnia), ja byłem tylko na pierwszym koncercie, a szkoda - wielkimi atrakcjami drugiego były m.in. Cztery Refy, Spinakery i Mechanicy Shanty. Ponadto tłok na śluzie Guzianka sprawił, że spóźniłem się również na solowy koncert Henryka "Szkota" Czekały. Rozpowszechniła się moda na solowe śpiewanie w szantowym światku (solowo grają i śpiewają przecież też wszystkie cztery "Dzwony", także Waldemar Mieczkowski, Grzegorz Tyszkiewicz...), a czy to dobrze (solowe koncerty mają zupełnie inny nastrój niż granie z zespołem), czy źle (czyżby był to objaw wewnętrznego rozkładu macierzystych grup?), to pewnie każdy oceni po swojemu. Co do "Szkota", to poza sławnymi hitami świetnie zabrzmiały w jego wykonaniu kawałki Marka Szurawskiego, zawsze uwielbiałem zwłaszcza "Brzegi Peru". Ale nawet poczciwe "Hiszpańskie dziewczyny"  w tym układzie zabrzmiały dziwnie świeżo.

Nie mam nawet zamiaru kryć mojej słabości do Smugglersów - trwającej już 16 lat. Jestem wielkim fanem rocka, choć akurat w szantach niekoniecznie, ale Guru, Stłukla, Jachu i reszta udowadniają, że można łączyć ogień z wodą. Jednak nie ma co ukrywać, że brak Józka Kanieckiego to wielka muzyczna luka w zespole. W Rucianem starał się ją wypełnić Jacek Jakubowski, ale... nie wypełnił. Głównie przez to, że jego akordeon był niemal niesłyszalny dla publiczności, coś docierało do nas tylko wtedy, gdy milkły pozostałe instrumenty. Repertuar był dosyć standardowy: "Hieland Laddie", "Łowy", "Pod Jodłą", "Poor Old Horse", "Przemyślenia", "Hej stary!"... Nowym dla mnie był pochodzący z USA zgrabny utwór "Jongle Moi". Całość zakończyły "Mazury nocą".

Potem poziom imprezy nieco spadł. O ile przyzwoicie wypadł Mordewind, to dla odmiany zespół EKT-Gdynia nigdy mnie nie porywał. Obecna biesiadno-jarmarczna stylistyka znacznej części repertuaru EKT zwyczajnie mi się nie podoba, prędzej już akceptowałem klimaty turystyczne. Choć oczywiście muzyka ta doskonale nadaje się do tańczenia pod sceną, co wykorzystała duża część widowni.

Strefy Mocnych Wiatrów słuchałem już z pokładu jachtu, który nazajutrz rano miałem opuścić po skończonym rejsie. Zaiste, kołysanką do snu to granie nie było. Nie wiem, czy ktoś wyróżnił już w polskim szantograniu punk-szantę (albo metal-szantę), ale takie były moje pierwsze skojarzenia, gdy usłyszałem wściekle łomoczącą perkusję i ryczący wokal, a w to wszystko wpisane całkiem ładne i nierzadko klasyczne utwory ("Na Mazury!", "Jasnowłosa", "Pożegnanie Liverpoolu"). No cóż, tak to teraz jest (w tzw. "szantach" zwłaszcza), że już nie styl grania, ale treść utworów decyduje o przypisaniu do konkretnej muzycznej szufladki (co jednakże jest dosyć absurdalne). SMW bez specjalnej tremy mogłaby zagrać pewnie nawet i w Jarocinie, ale ja jestem chyba człowiekiem zbyt mało "nowoczesnym", by przekonać się do takiego grania na szantowych scenach.

 

Przywróćmy szanty Mazurom!

 

Tak jak nie wrócą Mazury z przełomu lat 80. i 90., które tak dobrze pamiętam i z sentymentem wspominam, tak trudno uwierzyć, by wspomniane przeze mnie na wstępie dziwne mazurskie tendencje nagle się odwróciły. Mikołajki stały się kombinatem turystycznym, tamtejszy port pełni głównie funkcję deptaka i ciekawostki dla tłumów turystów, a portowe tawerny są już nimi tylko z nazwy. W Sztynorcie ważniejsi stają się koneserzy wina i francuskich serów od soli tej krainy - żeglarzy. Z kolei w Węgorzewie muszą oni dzielić "Keję" z różnego rodzaju "ziomalami" podczas organizowanych tam (bodaj dwa razy w tygodniu) dyskotek. Cóż, czyżby skończył się fenomen jedynej w Polsce krainy, gdzie szantowy klimat występował nie tylko przy okazji festiwali, ale podczas całego sezonu? A może się mylę?

Na szczęście samych imprez i koncertów z szantami jest coraz więcej, choć nie ma róży bez kolców. Owszem, doceniam odnowiony festiwal mikołajski, szantowy boom Rucianego, cykliczne koncerty w Sztynorcie i Węgorzewie. Ale i w wielu spośród tych miejsc na pierwszym planie stoi komercja, chęć zorganizowania kolejnej wakacyjnej atrakcji, a nie spójnego artystycznie projektu. Zauważalne było też to, że stosunkowo rzadko pojawiały się na Mazurach w tym sezonie "Dzwony" i "Refy" - a to już jest co najmniej spore niedopatrzenie. Fajnie natomiast, że często grały Spinakery (choć ja jak zwykle się z nimi rozmijałem), bo obecne Mazury z pewnością czekają na kolejną ironiczną piosenkę spod ręki "Lucjusza" (pamiętacie "Żeglarzy portowych"? - może nadszedł czas na "dyskotekowych"?). No i jeszcze miłe akcenty w graniu amatorskim - dwa razy usłyszałem na szlaku wykraczający poza standard repertuar. Na Tałtowisku z mijającej mnie łódki dobiegły mnie dźwięki pieśni "Pijmy za chłopców, co wyszli na połów", zaś nocą na Bełdanach śpiewany w oryginale (!) dziewczęcym głosem "Trimartolod". I to cieszy.

Nawet jednak pewne krytyczne uwagi nie zmieniają jednak jednej prawdy naczelnej. Jeśli tylko będę mógł, i tak będę nadal tu przyjeżdżał, bo w końcu "ukochane me Mazury to mój drugi dom" :). A dobry szantowy koncert jest świetnym dodatkiem do żeglarskiego rejsu.

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 21:59, 22 sierpień 2006, wyświetlono: 3893 razy

Doktor

wysłano: 10:4,23 sierpień 2006

Michał, szczere gratulacje. Bardzo piękny artykuł - zarówno od strony merytorycznej jak i z punktu widzenia rzemiosła dziennikarskiego. Czapki z głów!
Odpowiedz na ten komentarz
Grzywa

wysłano: 10:19,23 sierpień 2006

Witam Wszystkich i serdecznie pozdrawiam:)) Już od samego początku powstania S.M.W. słyszę i czytam o naszym "łomotaniu" przeróżne (złe i dobre) relacje. Zeby było jasne: lubię posluchać szanty klasycznej (pierwszy kontakt z tą muzyką mialem jakieś ćwierć wieku temu), lubię twórczość zespołu "Smugglers" (pozdrowienia), lubię jak gra "Zejman&Garkumpel" (niech nam grają 100 lat!) i doceniam dorobek Banana Boat:)). W zasadzie nie posiadam "czarnej listy" zespolów, których bym nie lubił, bo takich zespołów w moim pojęciu po prostu nie ma. Myslę, że moje podejście do tego tematu wynika z tego, że z natury kocham ludzi, a jeśli robią coś z pasją, charyzmą i konsekwencją, to kocham i szanuję ich podwójnie:)) Rzeczywiście, w naszej muzyce jest ogromny ładunek energii (słuszne skojarzenia z punkiem i heayy metalem), ale tacy właśnie jesteśmy i nie zamierzamy tego zmieniać. Być może wywołam teraz burzę, ale przyszło mi na myśl takie skojarzenie: szanta klasyczna - seks klasyczny (czyt. pozycja). Doskonała, wygodna, niesamowite doznania, ale ile mozna? Czy pozycja "od tyłu" jest gorsza? A seks oralny? Pozycja "na jeźdźca" też ma swoich oddanych fanów!!! Jeśli obydwojgu partnerom sprawia to przyjemnośc, to niech się kochają jak chcą. S.M.W. ma swoich Odbiorców, którym pasuje taki styl grania i dla Nich właśnie jesteśmy. Przeciez tego co gramy nie nazywamy szantą klasyczną! To jest rock-szanta. Muzyka ma wiele odcieni i przez to jest piękna. Poza tym znam bardzo wielu ludzi, którzy swoją przygodę z szantami rozpoczęli właśnie od naszych koncertów i wierzcie mi, oni na pewno siegną do klasyki gatunku! Pozdrawiam, Dariusz "Grzywa" Wołosewicz PS. Z góry przepraszam, jesli kogoś urazilem:))
Odpowiedz na ten komentarz
Radek Wójtowicz

wysłano: 10:24,23 sierpień 2006

Najbardziej zazdroszczę przeżycia tych dwóch pięknych chwil: "Pijmy za chłopców, co wyszli na połów" z drugiej łódki i tego dziewczęcego "Trimartolod" o zmroku... To jak znależć prawdziwy bursztyn na plaży szarych kamieni.
Odpowiedz na ten komentarz
Radek Wójtowicz

wysłano: 10:41,23 sierpień 2006

Grzywa napisał: Poza tym znam bardzo wielu ludzi, którzy swoją przygodę z szantami rozpoczęli właśnie od naszych koncertów i wierzcie mi, oni na pewno siegną do klasyki gatunku! Pozdrawiam, Dariusz "Grzywa" Wołosewicz PS. Z góry przepraszam, jesli kogoś urazilem:)) Wybiórczo sie zgadzam. Owszem siegną oni do klasyki gatunku, ale ze względu na swoje pierwsze doznania "szantowe" (Wasze nie szantowe mocne rytmy) pewnie w nim nie zasmakują toż i nie poznają. Bo i trudno chyba, żeby ktoś, kto wychowa się na metalowym wykonaniu piosenki "Gdzie ta keja" zachwycił się pełną nostalgii wersją samego wielkiego Poręby... Szanuję poglądy innych i ich wybory, choć nie zawsze się z nimi zgadzam. Dobrze więc, że w doborze zespołów na tegoroczne Mikołajki każdy mógł znależć coś dla siebie. Mieli niektórzy swoją Strefę Mocnych Wiatrów, a niektórzy (w tym ja) swoich Mechaników. I tak trzymać!:) Pozdrawiam - RAdziu
Odpowiedz na ten komentarz
Wiktor

wysłano: 11:29,23 sierpień 2006

Kierunek szant, muzyki żeglarskiej jest bardzo pojemnym i otwartym kierunkiem. piosenki ogólnie zwizane z woda, morzem mozna grac na różne sposby. no i potworzyły się nam nowe terminy jak rock szanty chociazby. a ja się zastanawiam dlaczego nie ma zjawiska odwrotnego. że np rock zaczyna byc grany w taki sposób jak sa wykonywane szanty. to jest chyba nie możliwe. dlatego mysle że twórcy nowych trendów w piosence zeglarskiej to po prostu wykonawcy, którym nie bardzo powiodło się w kierunkach muzyki którą chcieli by wykonywać. niemniej jednak i taka interpretacja piosenki zeglarskiej może znajdywac wielu amatorów.
Odpowiedz na ten komentarz
kobyła

wysłano: 11:45,23 sierpień 2006

Witajcie! Nareszcie chwila wolnego, więc korzystam i skrobię kilka zdań komentarza. Przede wszystkim dzięki za obiektywne spojrzenie. Cenie sobie opinie, które dają do myślenia. cyt: Niewiele nowego zespół wprowadza do swojego koncertowego programu (zeszłoroczny "Kurs na Giżycko", a z ostatniej płyty - nota bene w ogóle nie mającej nic wspólnego z żeglarstwem - Orkiestra gra tylko "Chorą wyobraźnię" i "Damy radę cz. 2 - Run Away"). Słuszna uwaga. Nowości mamy sporo...aczkolwiek nie na tego typu imprezy. Aktualnie pracuję nad nowy projektem. Inna bajka, inna nazwa, taka moja poboczna działalność. Ale do klimatów z "Odkryć" czy "Folk&rolla" powrócimy w swoim czasie. Nie da się robić wszystkiego na raz. Natomiast tak się jakoś utarło, że organizatorzy tego typu składanek oraz duża część świadomej publiczności wie czego się spodziewać po ODN i nie ma nam tego za złe, że treści żeglarskie nie są jedyne oględnie mówiąc. Cyt: Rok temu mój kolega po występie ODN w Giżycku stwierdził, że choć cały koncert bardzo mu się podobał, to jednak najbardziej "transowe" improwizacje na skrzypce i gitarę, poprzedzające właściwe granie. W tym roku do tego zestawu dołączyła perkusja, Hmmm...z garami gramy już ponad 4 lata...Słowo. Cyt: Bardzo byłbym rad, gdybym zamiast kolejnych pastiszów disco-polo (oprócz "Bachy" ODN zagrała też fragment discopolowej klasyki - "Jesteś szalona") mógł usłyszeć coś bardziej ambitnego, Nie muszę chyba tego pisać. Przecież to oczywisty żart. Mądry zrozumie, na innych nam nie zależy. Filozofia jest prosta: bawimy się muzyką. Od nabożeństw są inni, lepsi. cyt: awangardowego (coś jak z płyty "Skalary, mieczyki, neonki" Myslovitz), bo wiem, że Orkiestrę na to stać. Dzięki za miłe słowa. ale swoją drogą patrzcie jak to jest: robimy sobie jaja z "Jesteś szalona" (fragnent ok. 70 sekund) i odbija się szerokim echem, a o np "Syrence" nikt nie napisze... cyt: Najśmieszniejszym akcentem tego koncertu był z kolei inny "zakręcony" człowiek, który przed jego rozpoczęciem chodził wśród widowni i zapewniał każdego z osobna, że za chwilę usłyszą coś absolutnie niesamowitego. He he...to raczej nikt od nas. Pozdrowienia i do następnego! Kobyła
Odpowiedz na ten komentarz
kobyła

wysłano: 11:57,23 sierpień 2006

dlatego mysle że twórcy nowych trendów w piosence zeglarskiej to po prostu wykonawcy, którym nie bardzo powiodło się w kierunkach muzyki którą chcieli by wykonywać. Masz rację. zawsze marzyłem, żeby zatańczyć Jezioro Łabędzie wspólnie z Gooroo, Kowalem i Grzywą. Kobyła
Odpowiedz na ten komentarz
Grzywa

wysłano: 12:22,23 sierpień 2006

Wiktorze, to nie jest tak. Ludzi, którym nie powiodło się w muzyce rockowej (czy innej) są tysiące! Wielu z nich zaznało smaku porażki oraz niemocy w walce z polskimi mediami (radio i TV), że wspomnę jeszcze o "układach i ukladzikach" panujących w branży szeroko pojętej muzyki rozrywkowej. Mnie na szczęście to wszystko ominęło, bo po prostu nie wchodziłem do tej "rzeki". Nie jest żadną tajemnicą, że w 2000 roku na Targach Intermedia na Torwarze w Warszawie wręczono mi Złotą Płytę (przyp. sprzedanych 50 000 tys. egz.) za skomponowanie pewnej piosenki, a więc nie nazywałbym tego porazką:) Dlaczego nie kontynuowalem "kariery"? Ano właśnie dlatego, że nie widzę dla siebie miejsca w mętnej wodzie polskiego szołbiznesu Jednym slowem, gdzie duże pieniądze, tam dużo zawiści i nienawiści. A ja, jak wspomnialem we wcześniejszym komentarzu, kocham ludzi i moja "mlodzieńcza" naiwność (jak mawia Agatka - moja życiowa partnerka) nie pasuje zupełnie do świata pełnego wszelkiej masci "przekrętaczy", znawców biznesu i "rekinów" polskiej fonografii. Być może masz rację, że niektórzy muzycy rockowi zawitali w szantowym nurcie z powodu jakiś frustracji i niepowodzeń, ale ja i muzycy Strefy Mocnych Wiatrów z pewnoscią do takich nie należymy. Pozdrawiam, Dariusz "Grzywa" Wołosewicz. PS. A czy w zespołach szantowych o dużym stażu scenicznym nie spotkałeś nikogo nikogo z "rogatą" (czyt. rockową) duszą? Bo ja kilku takich poznałem:)) A więc nie dotyczy to tylko zespołów "nowofalowych". Jeszcze raz pozdrawiam.
Odpowiedz na ten komentarz
Grzywa

wysłano: 12:32,23 sierpień 2006

Konkluzja Wszechczasów bardzo mi się podoba - od września zaczynamy próby:)) Pozdrawiam, "Grzywa".
Odpowiedz na ten komentarz
kobyła

wysłano: 12:56,23 sierpień 2006

zaczynamy próby - OK! Ale jak ogolisz nogi. Kobyła
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI