Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Port Wrocław (XIX "Szanty we Wrocławiu", 27 lutego-2 marca 2008 r.)

Relacje

"Szanty we Wrocławiu" od lat należą do największych imprez tego typu w Polsce. Jednak, organizowane tydzień po krakowskich "Shanties", medialnie znajdują się nieco w cieniu "festiwalu festiwali". Nie do końca słusznie - hasło "największa zimowa impreza szantowa w Polsce" wcale ...

"Szanty we Wrocławiu" od lat należą do największych imprez tego typu w Polsce. Jednak, organizowane tydzień po krakowskich "Shanties", medialnie znajdują się nieco w cieniu "festiwalu festiwali". Nie do końca słusznie - hasło "największa zimowa impreza szantowa w Polsce" wcale nie jest przesadzone. Na pewno zaś ze świecą szukać festiwalu, który trwa aż pięć dni!

Dla mnie to wydarzenie szczególne. Nie tylko dlatego, że śledziłem je już po raz czwarty. Przed kilkunastu laty to właśnie kaseta live "Szanty we Wrocławiu'90" wprowadzała mnie w świat szant.

Rzecz jasna, z pięciu festiwalowych dni kluczowe były dwa: piątek i sobota. Koncerty środowy i czwartkowy (ten drugi połączony z konkursem) ze zrozumiałych względów adresowane były głównie do publiczności miejscowej, choć przyjezdnych, zwłaszcza w czwartek, także nie brakowało. Niejako osobnym wydarzeniem jest także co roku koncert folkowy.

XIX "Szanty we Wrocławiu" znowu przyniosły przetasowania w programie imprezy - widać ciągłe poszukiwanie optymalnej formuły. Rok temu to koncert folkowy odbywał się w czwartek, zaś konkurs w niedzielę. O ile folkowa niedziela raczej nie wywołała krytyki, to pomysł zorganizowania konkursu już w drugim dniu festiwalu wzbudził...

 

...spore kontrowersje.

 

Wprawdzie atrakcyjna nagroda główna sprawiła, że mimo niefortunnego terminu w szranki stanęło aż 11 podmiotów wykonawczych, ale zauważalny był brak kilku czołowych ekip (choćby Nagielbanku). Nie to było jednak najgorsze. Rozumiem, że dla właścicieli lokalu pękający w szwach "Łykend" jest wartością wielce pożądaną, ale czasem aż żal było patrzeć na to, w jakich warunkach przyszło śpiewać konkursowiczom. Hałas (prośby prowadzącego Bartka "Wypłosza" Kiszczaka przynosiły tylko częściowy skutek), zaduch, dym papierosowy na pewno nie sprzyjają graniu i śpiewaniu. Gdyby rywalizację przenieść na przykład na sobotę na 10:00 rano, z pewnością miałaby większy sens.

Sam konkurs można podsumować prosto - zmiana warty, a może raczej wachty. Występy konkursowe zakończyli bowiem ci, którzy rządzili i dzielili w konkursach zeszłorocznych: Mohadick, Betty Blue i Morże Być. Trudno więc obecnie mówić o tzw. murowanych faworytach, mogących szybko dołączyć do krajowej czołówki. Mimo tego (a może właśnie dlatego?) konkurs wrocławski należał do ciekawych.

Było trochę niezłej muzyki, kilka nowych twarzy i w sumie sprawiedliwy werdykt jury. Zwycięstwo Znienacka zasłużone. Po prostu - najlepiej, najczytelniej, najbardziej różnorodnie i stylowo. Nie da się tego powiedzieć o ZKM (także Wrocław), którego muzyka, jak to często w klubach bywa, została przytłumiona łomotem perkusji. Poprawnie, aczkolwiek bez większych rewelacji, zaprezentowały się ekipy Własnego Portu z Bydgoszczy, Lego z Lidzbarka Warmińskiego oraz - dowodząca żywotności i bogactwa form wrocławskiego muzykowania - formacja Placek i Przyjaciele. Sporo pracy czeka (również miejscową!) Kapelę Szuwarowo-Bagienną (nazwa zupełnie nieadekwatna do repertuaru), ale widać było chęć i radość śpiewania, a to chyba powinno być najważniejsze...

Mały pojedynek stoczyły ze sobą młodzieżowe grupy ze Śląska, kierowane przez znane z "dorosłej" sceny postacie. Dość niespodziewanie drugie miejsce zajął zespół Happy Crew Ani Góreckiej (Passat), chyba lepiej radząc sobie z atmosferą zadymionej tawerny niż Indygo Dominiki Płonki (Sąsiedzi), które chyba jednak zasłużyło przynajmniej na wyróżnienie. Między nimi uplasowała się jeszcze debiutująca ekipa Dziewczyn z St. Johns. Robert Kolebuk (Pod Masztem) postanowił zasiać szantowe ziarno w miejscu swojej pracy (Gimnazjum im. Macieja Rataja w Żmigrodzie), a efekt jest wielce obiecujący.

Trzecie miejsce dla Lewiatana. Bardzo cieszy mnie powrót do śpiewania sympatycznych chłopaków z Polic, bo tradycyjnego stylu a cappella ostatnio na naszych scenach jak na lekarstwo.

Alfabet Morsa z Płocka to temat na osobną opowieść. Kompletna nieznajomość gatunku, nawiązywanie do najbardziej prymitywnych wzorców rodem z wiejskich zabaw w remizie zaowocowały widowiskiem budzącym co najwyżej uśmiech politowania.

 

Wyniki konkursu XIX "Szant we Wrocławiu":

I - Znienacka (Wrocław)

II - Happy Crew (Bytom)

III - Lewiatan (Police)

Wyróżnienia - Dziewczyny z St. Johns (Żmigród), Własny Port (Bydgoszcz).

 

Po konkursie barwny występ dał zespół Za Horyzontem. Pierwszy raz na większej imprezie pokazała się Jadwiga Tomczyńska, która zastąpiła Maję Lewicką. Sąsiedzi pokazali dopiero przedsmak tego, co miało nastąpić w ich wykonaniu w kolejnych dniach. Zapadła w pamięć heroiczna walka Dominiki Płonki z niedyspozycją głosową, okazało się jednak, że zespół jest już przygotowany na takie przeciwności losu. Było więc sporo instrumentalnego folku, a byłoby jeszcze więcej, gdyby dotarł zapowiadany również na ten wieczór Drake. Po występach był czas na wspólne śpiewy przy stolikach. Najbardziej zdeterminowani wytrwali do "wczesnych godzin rannych" - tak było w "Łykendzie" również przez kolejne dni.

 

Wytwórnia Dźwięków Szantowych

 

Wytwórnia Filmów Fabularnych powitała w piątkowe popołudnie klimatem znanym od lat. W kuluarach punkty gastronomiczne, stały gość imprezy - Darek Gołębiewski i jego koralikowe rękodzieło, stoiska Fundacji "Hals" i Fundacji "Kultura Morska", Andrzej "Bebik" Bernat z wytworami makramy, wreszcie stolik "Joter-Music". - To jedna z lepszych imprez pod względem sprzedaży płyt - przyznał Jerzy Rogacki.

Kuluary oczywiście "żyły" cały czas - spotkaniami dawno niewidzianych znajomych, komentowaniem płytowych premier, a nawet... przeprowadzaniem ankiet na potrzeby pisania pracy licencjackiej. Wielka hala zapełniała się w miarę trwania koncertu. "Na pierwszy ogień" poszły zespoły miejscowe: Pod Masztem oraz Betty Blue.

Opromienieni blaskiem ciepłego jeszcze krakowskiego Grand Prix Sąsiedzi oczywiście nie mogli nie wykonać "Johnny I Hardly Knew Ya". Było trochę wspomnień z pierwszej płyty, była szczypta utworów a cappella, jakby na zapowiedź występu nazajutrz.

Nie po raz pierwszy atrakcją samą w sobie była para konferansjerów w osobach Ireneusza i Michała Wójcickich. Ojciec z synem stanowią doprawdy wdzięczny duet, aż żal patrzeć, jak mały Michał rośnie... Wygląda na to, że idzie w ślady ojca, bowiem przy akompaniamencie gitary "wujka Alexa" (Paweł Aleksanderek - Orkiestra Samanta) pokazał, że śpiewać też potrafi. Podobnie jak Drake, który zaprezentował m.in. premierowy "Docelowy port".

Imprezy tak duże jak wrocławska dowodzą znanej od lat prawidłowości (zauważył ją nawet

na łamach "Szantymaniaka" Mirosław Kowalewski). Otóż powyżej pewnej liczby osób na widowni koncert nie jest już tylko imprezą przeznaczoną dla wielbicieli szanty, muzyki spod znaku wiatru i wody. Staje się okazją do beztroskiej rozrywki, poskakania pod sceną w rytm znanych od lat przebojów dla całkiem licznej grupy ludzi nie mających zapewne z żeglarstwem i szantami wiele wspólnego,
swoistym substytutem dyskoteki czy koncertu rockowego. Pokazały to dobitnie występy EKT Gdynia i Orkiestry Samanta. Kapele grające piosenkę żeglarską z dość konwencjonalnymi elementami rocka lub też skoczną odmianę folku przyciągnęły dużo więcej ludzi niż zdobywcy prestiżowych laurów - Sąsiedzi, a nawet największe legendy szanty klasycznej dzień później. Im bliżej mainstreamu, tym zainteresowanie większe - i nie ma sensu zawracanie kijem Wisły, wypada tylko zauważyć, że czasem więcej może znaczyć wymowna cisza wśród publiczności podczas poruszającej ballady czy szanty, niż wielominutowa owacja i bisy przy znanych hitach (a propos tych ostatnich - EKT zagrał nową piosenkę!)...

Nie ma potrzeby tłumaczenia tego organizatorom "Szant we Wrocławiu", bo także i tegoroczny program całości był zróżnicowany, z pewnością dla każdego znalazło się coś miłego. Dla mnie jednym z najbardziej oczekiwanych zespołów na całym festiwalu był rewelacyjny

Hambawenah. Ubiegły rok był ich wielkim triumfem: znakomita debiutancka płyta, koncerty w Anglii i w Niemczech, kapitalne występy w finale The Tall Ships' Races w Szczecinie... i tylko jakoś reszta kraju nie zauważa jeszcze (lub zauważa powoli) z jakim fenomenem ma do cz
ynienia. Charyzma Grzegorza, coraz dojrzalszy wokal (i prezencja sceniczna!) Judyty, klasa muzyczna Kasi, nieszablonowa, pełna "bajerów" gra "Żwirka" i Krzysia (np. techniką slide - patrz zdjęcie). Niespodzianką była zmiana perkusisty, zamiast Rafała Wodza zagrał Szymon Piotrowski. - Szymon jest z nami gościnnie i w momencie kiedy Rafał upora się ze swymi obowiązkami będzie z nami czasem pogrywał na takim pokaźnym zestawie przeszkadzajek - wyjaśnił Grzegorz Świtalski. Oprócz znanych utworów z płyty "Turururu" usłyszeliśmy "Za Bugam", motyw znany już z nagrania "Hej, ty Wisło" Marka Szurawskiego. Kapitalny utwór! W finałowej "Lipce" gościnnie zaśpiewał Marek Kaim z zespołu Varsovia Manta.

Nie od dziś trudno coś nowego napisać o Mechanikach Shanty. Wielokrotnie wspominano o ich klasie, scenicznej swobodzie, niejeden zachwycał się "N
izinami Virginii Lowlands"
, które i we mnie zawsze wzbudzają nie lada emocje. Może więc coś skrytykować? Przecież to oczywiste, że od lat nie nagrali nic nowego, że od czasu krążka "W granicach folku" zaprezentowali bodaj cztery nowe utwory (w tym bardzo znane kawałki folkowe "The Fox" i "Shady Grove" po polsku). We Wrocławiu nie było nawet ubiegłorocznego pomysłu, czyli odświeżenia kilku utworów sprzed lat - było po prostu "ciągle to samo, w tej samej kolejności". Niestety.

Mietek Folk w nowych pirackich strojach zako

ńczył wieczór w Wytwórni, ja jednak wcześniej ewakuowałem się do "Łykendu". Tam było jak zwykle tłoczno, gwarno i wesoło, a na scenie różnorodnie. Drobnym zgrzytem był dla mnie fakt, że gwiazda tego wieczoru, Hambawenah, musiała czekać na wejście na scenę niemal do godziny 3:00 w nocy. Można było chyba nieco skrócić występy poprzedników. Do tej pory dotrwali tylko najwytrwalsi, ale mieli powody do satysfakcji, bo "Hamba" zagrała tak, jak należało - profesjonalnie, z werwą, choć zdecydowanie "na luzie". Moim prywatnym sukcesem było zaś to, że po dwóch dniach imprezy jeszcze nie straciłem głosu...

 

Gorączka sobotniego popołudnia (i nocy!)

 

"Koncert szanty klasycznej" - hasło przez wielu organizatorów nadużywane, we Wrocławiu okazało się nadspodziewanie adekwatnym określeniem koncertu, który rozpoczął się o godzinie 15:00. Zdecydowanie spokojniejsza atmosfera, brak wczorajszego tłoku i szaleństwa i oto... przed państwem Cztery Refy!

To nie był ich wybitny występ, ale na miano dobrego z pewnością zasłużył. Był obszerny przegląd nowości ostatniego roku, począwszy od pokazanej pierwszy raz rok temu we Wrocławiu bitewnej pieśni "Hej, dzielni morscy bracia" (czyli "Warlike Seamen"), przez "Morskie buty", aż do "Wśród morskich fal" (polska wersja "Wave over Wave" Jima Payne'a, spopularyzowana m.in. przez Great Big Sea). Niespodzianką dla fanów była dawno ze sceny niesłyszana pieśń "Campanéro".

Sąsiedzi zaskoczyli. Do pewnego czasu w kręgu ich zainteresowań znajdowały się raczej utwory "okołofolkowe". Odkąd do zespołu dołączył Marek Wikliński pojawiło się w repertuarze grupy wiele szant i pieśni a cappella. Takie utwory jak "Fluckey Alley", "Zachodzi słońce" czy "Yellow Gals" (ze wstawką "płyną ścieki w dół rzeki", czyli "Szantą ekologiczną") śpiewał wiele lat temu w zespole Watersztagi.

Wręcz zaszokowała mnie duńska pieśń "Sigurd". Dziwnie grająca gitara (niemal jak sitar), bodhran, drumla, a do tego Dominika na sipsi (turecki instrument dęty) plus moc płynąca z chóralnego śpiewu - rewelacja!

Stare Dzwony okazały się... duetem Marka Szurawskiego i Ryszarda Muzaja. Panowie zabrzmieli bardzo szantowo, zagrali całą masę standardów, aż żal bierze, że tak rzadko pokazują się w duecie. Lekką przesadą było jednak umieszczenie nazwy całego zespołu w programie imprezy. Wielu widzów poczuło się wprowadzonych w błąd.

Banana Boat i Ryczące Dwudziestki swoje występy dzieliły między koncert szanty klasycznej a koncert nocny. Banany w tym pierwszym pokazały, że mają w repertuarze co nieco klasyki (m.in. "Roller-Bowler", "Mobile Bay"). W drugim była spora porcja nowości ("Stavanger", "Moby Dick", "Wachta wśród gwiazd"), ale też rzadko śpiewana na koncertach "Arktyka". Z nowych rzeczy najbardziej podoba się chyba "Stavanger", autorska piosenka z elementami
szantowymi, nagrodzona na ostatnim "Shanties". Tu ważna uwaga - Paweł Jędrzejko, lead vocal w tym utworze, raczej nie ma głosu Johnny'ego Collinsa, przy tak rozbudowanym podkładzie wokalnym musi śpiewać głośno, prosto do mikrofonu, albo być "wyciągnięty" przez akustyka, bo w wielkiej hali WFF nie był najlepiej słyszalny. Gdy na scenę wyszły Ryczące, spodziewałem się przynajmniej 4-5 nowych utworów ze świeżutkiej płyty "Acappella". A tu... "Hiszpańskie dziewczyny", "The Matthew", "Tri Martolod"  - bez sensu! Taka kapela naprawdę nie musi się podpierać "hiciorami"! Ogromny zawód.

Zapewne chodziło o aplauz publiczności... a pod względem jej liczebności to właśnie sobotni koncert o 20:00 dzierży prym. Mimo tego, że rok temu to koncert piątkowy był zdecydowanie ciekawszy, a w tym - ciekawy nie mniej. Zadanie rozruszania widowni powierzono Yank Shippers, z czym oczywiście zespół problemów nie miał. Tuż po wykonaniu "Irlandii brzegu" Bartek Konopka pozwolił sobie na porównanie imprezy wrocławskiej do krakowskiej. - Byłem tam, jestem tu - i tu jest fajniej! - stwierdził ze sceny.

Występ Ryszarda Muzaja krótki i raczej bezbarwny. Barwnie dla oka było jak zwykle, gdy na scenie pojawiła się grupa Za Horyzontem. To nadal nie jest muzyka, która mogłaby mnie porwać, ale przyznam, że z biegiem czasu coraz częściej nadstawiam ucha, zwłaszcza gdy na pierwszy plan wysuwają się skrzypce. Mordewind prezentuje w gruncie rzeczy w miarę ciekawe, folk-rockowe granie (na szczęście tu były kawałki z nowej płyty "Defaac'to", jak choćby "Portowy burde
l"
), ale jednak idąc na koncert "szantowy" nastawiam się na nieco inny rodzaj muzyki... Choćby taki, jaki wykonuje Gdańska Formacja Szantowa. Podobnego występu należałoby wymagać od każdego z doświadczonych zespołów: były nowości z płyty "Ulubione" Waldka Mieczkowskiego, był gościnny udział gitarzysty Mariusza Kampera, a nawet niespodzianka w postaci Izy Puklewicz śpiewającej "Planetę Ziemia"Zejman i Garkumpel ro
zpoczął od trzęsienia ziemi ("Samantha"), a potem napięcie bynajmniej nie spadało... podsycone nowościami oraz typową dla "Kowala" żartobliwością (aczkolwiek tu mała uwaga - niektóre z jego "patentów" powtarzane wielokrotnie przez lata na wielu imprezach już nie mają odpowiedniej siły rażenia...). Wreszcie Perły i Łotry - tu oczywiście uwagę przykuwała niedawna premiera, "Panny z St. Malo", typowy dla PiŁ utwór o francuskim rodowodzie, w oryginale... satyra na biurokrację.

Podsumowując sobotę - koncert szanty klasycznej bardzo dobry, koncert nocny niezły, ale dość nierówny, miał momenty lepsze i gorsze - do tych lepszych należało na pewno końcowe all hands  z "Zęzą" w roli "Pożegnania Liverpoolu".

 

Msza szantowa

 

Takiego wydarzenia na "Szantach we Wrocławiu" się nie spodziewałem. W niedzielne popołudnie w kościele św. Macieja odprawiona została żeglarska msza święta.

Oprawa muzyczna mszy była dziełem Pereł i Łotrów. Nie była ona ograniczona wyłącznie do repertuaru zawartego na płycie "Missa", usłyszeliśmy bowiem także "Stary ląd", "Czas", a nawet (i to podczas

komunii świętej!) "Chwyć za handszpak". Tradycyjna, pełnokrwista szanta klasyczna podczas mszy! Wprawdzie pieśń padła ofiarą autocenzury i w wersie "wesołe panienki żegnały nas tam" znalazły się "przepiękne okręty", ale i tak już dawno nie śpiewałem w kościele z takim zapałem.

Wyjątkowe było kazanie księdza Michała Muszyńskiego. Ukazał w nim nieskończoność morza jako metaforę nieskończoności Boskiej. Nie zabrakło też akcentów humorystycznych. - Morze kochają mężczyźni. Panie też kochają morze - być może ze względu na mężczyzn - stwierdził kapłan. - Życie ma swój smak, kiedy się zmagamy. A łatwiej konfrontować się z żywiołem, niż z kobietą - dodał, wzbudzając uśmiech wiernych.

Po mszy krótki koncert (po 3-4 utwory) dały Gdańska Formacja Szantowa, Perły i Łotry oraz Drake. Słowo wiążące należało do Marka Szurawskiego, który recytował również stosowne fragmenty poezji, m.in. księdza Jana Twardowskiego. Z pewnością ci, którzy nigdy nie byli na "Rubinie" czy "Szantkach" mogli poczuć się mile zaskoczeni.

 

Folkowy finał

 

Koncert folkowy (od zeszłego roku noszący nazwę "Touch of Ireland") to w pewnym sensie "państwo w państwie" wrocławskiego festiwalu. Inny rodzaj muzyki, w dużej mierze inna publiczność, osobne "zielone" plakaty rozwieszone na mieście i jedna niezmienna cecha - czy to czwartek, sobota (jak w poprzednich latach), czy niedziela, frekwencja zawsze dopisuje.

Sam pomysł na "przyklejenie" takiego koncertu do festiwalu szantowego uważam za znakomity. Wszak szanty to tylko mały podzbiór folkowego bogactwa, będącego źródłem i inspiracją żeglarskich pieśni pracy. Sam podział na grupy ściśle "folkowe" oraz "szantowe" również jest dosyć nieostry. Festiwal wrocławski, czyli "spotkania z piosenką żeglarską i muzyką folk" po prostu nazywa rzecz po imieniu i chwała mu za to.

Koncert, mimo że dosyć "standardowy" pod względem składu wykonawców, był interesujący. Rozpoczęli walijscy nastolatkowie (trzech z nich to już roczniki 90.!) z One String Loose, którzy zdaniem prowadzącego koncert Grzegorza Chudego (Beltaine) co roku są coraz lepsi. To kolejna, po ubiegłorocznym "Zamku" w Będzinie ich wizyta w Polsce.

Beltaine to ścisła czołówka polskiego folku. Świetnie się czują na wielkich scenach, co udowodnili we Wrocławiu. Wyjątkowo efektownie wyglądał "Celtic Motion Project", czyli kooperacja z zespołem tańca irlandzkiego Comhlan. Pomiędzy koncertami irlandzkie tańce prezentował również "kwiat wrocławskiej młodzieży" z zespołu Ellorien.

Tym razem, w przeciwieństwie do roku ubiegłego, na koncert z Carrantuohill dotarł Paweł Kukiz, bezsprzecznie najbardziej znana ogółowi społeczeństwa postać tego festiwalu.

Postanowiłem zadać mu kilka pytań.

 

Czy zetknął się Pan kiedyś z szantami? Co Pan o nich sądzi?

Paweł Kukiz: O samych szantach, hmm... Jeżeli pomagają... Ja miałem kiedyś takie plany, by żeglować. To było bardzo dawno temu, jeszcze w czasach ZHP chodziłem na kurs na żeglarza. Nie dotrwałem do końca, bo musiałem dojeżdżać 25 km w jedną stronę. W końcówce lat 70. było to dosyć uciążliwe.

A czy słyszał Pan szanty, był choć przez chwilę na szantowym festiwalu?

Oczywiście, że słyszałem. Nie potrafię skojarzyć miejsca, ale biorąc udział w przeróżnych wydarzeniach styka się z różnymi stylami.

Krótko - szanty: muzyka dobra czy zła?

O.K. ... Są w znacznej mierze oparte na muzyce irlandzkiej. Ja tu nie gram dla pieniędzy - choć oczywiście nie za darmo. Przede wszystkim zespół Carrantuohill i mnie łączy przyjaźń, to jest podstawowa sprawa. Druga sprawa: w tej muzyce jest energia. A szanty mają wiele wspólnego z tą stylistyką.

 

Tak było we Wrocławiu

 

Każde podsumowanie "Szant we Wrocławiu" musi przede wszystkim uwzględniać jedno: to jedna z największych i najważniejszych szantowych imprez w Polsce. Taka skala, rozmach, taka liczba zespołów to nadal zjawisko wyjątkowe. "Shanties" w "Rotundzie" nie mają już dawnych rozmiarów, a "Szanty w Giżycku", "Keja" czy letni "Port Pieśni Pracy" to już "inna bajka" (plener, sezon wakacyjny, czasem darmowy wstęp).

Na plus należy zapisać organizatorom kilka rzeczy. W przypadku Sąsiadów, którzy grali aż trzykrotnie, wykazali się sporym wyczuciem. Kto mógł przewidzieć, że zdobędą chyba najważniejszą nagrodę szantową w Polsce? Na pewno więc dobrze było posłuchać ich muzyki w większym wymiarze. Strzałem w "10" było też zaproszenie Hambawenah. Obok "powtórek z rozrywki" konieczne jest zapraszanie "świeżych" wykonawców. Szczególnie tak dobrych.

Sprawdza się pomysł osobnego koncertu szanty klasycznej - temu gatunkowi nie są potrzebne tłumy i tańce pod sceną. W tym roku jego poziom był wysoki. Do ideału brakowało na pewno jakiegoś wykonawcy zagranicznego, który pokazałby publiczności, jak się śpiewa szanty w prawdziwie morskich krajach.

Było wydarzenie specjalne w postaci mszy żeglarskiej. Wyjątkowo mało jest festiwali, które obok "standardowego" programu organizują coś szczególnego. Mam nadzieję, że w przyszłych latach organizatorzy znowu nas czymś zaskoczą.

Przy wszystkich pochwałach mam też garść uwag krytycznych. O terminie i warunkach konkursu w "Łykendzie" już wspominałem. Pewne zastrzeżenia mam też do składu grających tam zespołów. Po wizytach w tawernach festiwalowych "Kubryku" i "Szanta Claus Festiwal" uważam, że klubowe koncerty są wręcz stworzone do śpiewów a cappella, najlepiej razem z widownią. Niestety, wprawdzie w klubie gościli członkowie Pereł i Bananów, ale nie celem występów na scenie... Częściowo postulat ten spełnili jedynie Sąsiedzi.

Z kolei Hambawenah to chyba jedyny zespół wnoszący duży powiew świeżości. Mało tego - spośród zespołów, o których było ostatnio najgłośniej (głównie za sprawą nowych płyt), we Wrocławiu wystąpili nieliczni. Flash Creep, Leje na Pokład, North Wind, Pchnąć w Tę Łódź Jeża, Qftry (może nawet... Strefa Mocnych Wiatrów?) - 2-3 zespoły z tej listy w programie i na pewno byłoby jeszcze bardziej "świeżo". Może również wypadałoby zaprosić kogoś z debiutantów? Warto by przerwać zaklęty krąg sprawiający, że młodzi wykonawcy mogą się pokazać na dużej scenie głównie w swoim mieście.

W porównaniu z ubiegłym rokiem rzucały się w oczy droższe bilety, brak telebimu, a także brak na scenie WFF wydarzenia na miarę ubiegłorocznego koncertu poświęconego Józkowi Kanieckiemu, z pamiętnym recitalem pięciu skrzypków. Nie było też zespołu Józka, Smugglers, który dał wtedy świetny koncert. Niestety, trójmiejskie formacje (bo przecież i Atlantyda) należą do poddawanych "większej rotacji" niż inne. Ale to akurat kwestia gustu i jak ktoś Smugglersów nie lubi, narzekał nie będzie. Ja lubię.

Kto wie, być może organizatorzy przygotowując XIX edycję myśleli już o przyszłorocznym jubileuszu? Jeżeli tak, to już rezerwuję bilety. Wszak wciąż mam w pamięci wspomnienie z Wrocławia - festiwalu bardzo dobrego, dającego niezły przegląd tego, co na naszej szantowo-folkowej scenie się dzieje.

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Michał NOWAK, Paweł NOWAK

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 22:57, 16 marzec 2008, wyświetlono: 847 razy

Pawel 'Synchro' Jędrzejko

wysłano: 2:48,19 marzec 2008

Michaś, Pawełku - dziękuję pięknie za relację i za zabawę wokółestradową! Żałuję, że tak szybko musiałem wracać - z Wrocławia przez wannę do pracy... Uściski, Paweł
Odpowiedz na ten komentarz
KAMiL

wysłano: 21:56,25 marzec 2008

tu: http://www.sasiedzi.art.pl/galeria/32 i tu: http://www.sasiedzi.art.pl/galeria/31
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI