Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Przywróćmy szanty Mazurom!

Felietony

Sezon żeglarski rozpoczął się na dobre. Jak co roku, żeglarze tłumnie ciągną na Mazury. Nikogo nie trzeba przekonywać o znaczeniu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich dla polskiego żeglarstwa. A dla polskich szant? Tu sprawa się komplikuje.

Tak jak góry są mekką piosenki

...

Sezon żeglarski rozpoczął się na dobre. Jak co roku, żeglarze tłumnie ciągną na Mazury. Nikogo nie trzeba przekonywać o znaczeniu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich dla polskiego żeglarstwa. A dla polskich szant? Tu sprawa się komplikuje.

Tak jak góry są mekką piosenki turystycznej, tak Mazury powinny być naturalnym środowiskiem rozwoju żeglarskiego śpiewania. I bez wątpienia są. Trudno spędzić więcej niż kilka dni na Mazurach i nie usłyszeć gdzieś szanty czy piosenki żeglarskiej. Na pokładach jachtów, przy ogniskach, w tawernach, w sklepach żeglarskich, na festiwalach - o dobiegających zewsząd charakterystycznych dźwiękach informują nawet przewodniki Pascala. Słowem - idylla. Czy naprawdę?

Milowym krokiem dla żeglarskiego śpiewania na Mazurach (także ważnym, choć chyba niedocenianym wydarzeniem w historii "polskiego ruchu szantowego") była Mazurska Operacja Żagiel, która odbyła się po raz pierwszy w 1979 r. Pomysł Adama Jassera, a także całokształt inspirowanych wówczas przez PZŻ działań - w tym organizowanie wiosek (Mikołajki, Sztynort), stanic (Stare Sady) i tawern żeglarskich ("Lady Mary", "Zęza") - stwarzał niespotykaną w historii szansę na upowszechnienie kultury marynistycznej, w tym szant.

Niestety, kryzys lat 80. ubiegłego wieku sprawił, że szczytna idea MOŻ "rozpłynęła się". Pozostał mikołajski festiwal, efekt ewolucji i "profesjonalizacji" spontanicznych śpiewów uczestników imprezy (odsyłam tu do artykułu Jerzego Rogackiego). Na przełomie lat 80. i 90. był jednym z najważniejszych polskich festiwali. Mało kto pamięta, że to właśnie w Mikołajkach po raz pierwszy w Polsce zaśpiewał (w 1991 r.) światowej sławy szantymen angielski Jim Mageean. Z dzisiejszej perspektywy trudno uwierzyć, że mogli tam występować The King Stones, którzy na stałe zaszczepili na polskiej scenie szanty francuskie i muzykę bretońską. Nie brakowało tam też oczywiście muzyki bardziej rozrywkowej, ale wszystko miało swoje proporcje.

Do dziś pamiętam, gdy kilkanaście lat temu w Mikołajkach spotkałem ludzi z rodzinnego miasta, jadących ponad 700 km pociągiem specjalnie na festiwal, a po zakończeniu koncertów razem z dziesiątkami innych przyjezdnych śpiących na karimatach gdzie tylko się dało. Mikołajska Wioska Żeglarska usłana śpiącymi ludźmi po dziś dzień pozostaje dla mnie jednym z najbardziej pamiętnych szantowych wspomnień.

 

* * *

 

Zmienił się w Polsce ustrój, a z nim - niemal wszystko. Gwałtowne zmiany zaczęły się także na Mazurach. Emocje wzbudzał austriacki biznesmen w Sztynorcie, inwazja wielkich motorówek, później też "Nowe Mikołajki", giżycka Yellow Marina z osławionym galeonem, jeszcze później - absurdalne projekty zabudowy Czarciego Ostrowa czy estakady drogowej nad Tałtami. Dyskusja o przyszłości Mazur trwa. Dyskutują politycy, stowarzyszenia kulturalne ("Wspólnota Mazurska", "Borussia"), ekologiczne ("Sadyba"), pisarze, publicyści (polecam zwłaszcza cykl felietonów "Na Fali" Wojciecha M. Darskiego, a także jego książkę o Giżycku pt. "Goniąc kormorany"). Dyskutuje środowisko żeglarskie. W 2006 r. poważną dyskusję o obecności szant na Mazurach rozpoczął (co symboliczne - ze sceny "Szant w Mikołajkach") niezmordowany inicjator wielu festiwali, debat i reform szantowych - Maciek Jędrzejko.

 

* * *

 

Gwałtowny rozwój turystyki mazurskiej, który nastąpił w poprzedniej dekadzie, wymusił na miejscowych samorządach aktywną postawę w rynkowej grze o turystę, w tym żeglarza-fana szant (w owym czasie między tymi pojęciami zachodziła niemal tożsamość). Do będących długo samotnym graczem w branży Mikołajek w 1993 r. dołączyło Giżycko. "Szanty w Giżycku" miały prawdziwe "wejście smoka", w ciągu 2-3 lat stając się największym festiwalem w Polsce (mówiono wtedy, że także na świecie). Liczby padały różne: 20 tys. widzów na całym, trzydniowym festiwalu, 8 tys. na jednym koncercie... Bez wątpienia był to wielki fenomen, a zarazem symboliczne podsumowanie i zamknięcie "złotego wieku polskiej szanty", który rozpoczął się w 1982 r. w Krakowie.

Większa część historii giżyckiego festiwalu związana jest z trzema osobami, pełniącymi funkcję dyrektora Giżyckiego Centrum Kultury, a zarazem "Szant w Giżycku". Elżbieta Lenczyk powołała festiwal do życia, dowodziła nim w okresie największego rozkwitu (co ciekawe: tak frekwencyjnego, jak i artystycznego). Do Giżycka przyjeżdżały wówczas takie gwiazdy jak Bob Walser, Geoff Kaufman, Rick Spencer, Simon Spalding, a także właściwie wszystkie czołowe zespoły polskie, te "nowoczesne" i te "tradycyjne". Festiwal miał znakomitą promocję: reportaż jemu poświęcony emitowano w TVP nawet w czasie najwyższej oglądalności.

Mirosław Błudzień (dyrektor w latach 1998-2006) uznał, że na dużej, plenerowej imprezie najlepiej sprawdzają się zespoły dynamiczne, widowiskowe i... głośne. Zniknęli więc w końcu wykonawcy zagraniczni, przestano zapraszać Cztery Refy (inni przedstawiciele "tradycji" też nie byli priorytetem przy układaniu programu). Wielką gwiazdą "Szant w Giżycku" stał się w tym czasie zespół spoza szantowej branży - Orkiestra Dni Naszych. Profesjonalni muzycy, którzy po przygodzie z tzw. "muzyką środka" postanowili spróbować sił w tzw. "szantach", idealnie wyczuli gusta masowej "szantowej" publiczności. Grali skocznie, głośno, a przede wszystkim dobrze - warsztatem muzyczno-wokalnym mogli zawstydzić na tej scenie wielu. Obok nich pojawiało się wiele kapel, które grały równie głośno i skocznie, ale o ich poziomie nie dało się już tyle dobrego powiedzieć. Festiwal nie bił już rekordów frekwencji z połowy lat 90., choć nadal jego publiczność liczona była w tysiącach. To wszystko mimo "proilościowych" zmian w programie - przełom tysiącleci przyniósł powolny spadek zainteresowania żeglarską muzyką, nałożył się na to także spadający wyraźnie w niektórych latach ruch turystyczny na Mazurach.

Niemniej jednak gdy stery festiwalu w 2007 r. przejęła Dorota Łabuz, nadal był on imprezą ogromną. Nowa dyrektor wprowadziła spore zmiany. Czwartkowy, inauguracyjny koncert miał być koncertem ballad żeglarskich. Po kilku latach przerwy pojawiły się Cztery Refy, wystąpił North Wind, byli Sąsiedzi, byli laureaci konkursu z roku poprzedniego. Mało tego - w 2008 r. nie zaproszono Orkiestry Dni Naszych! Było to dla wielu tak szokujące, że zespół zamieścił nawet na swojej stronie internetowej oficjalne oświadczenie. Nie było jednak powrotu do czasów początku festiwalu i obecności gości zagranicznych. - Nasze szanty są specyficzne, publiczność woli jednak polskie zespoły - tłumaczyła dyrektor Łabuz "Gazecie Wyborczej".

Opowieść o "Szantach w Giżycku" kończę niedługo przez XVII festiwalem. Niestety, okrojonym do dwóch dni. O niezbyt ciekawym programie: kiedyś można było w Twierdzy Boyen zobaczyć koncerty unikalne, tegorocznych wykonawców można zobaczyć na wielu innych festiwalach.

Trudno jednak mówić o upadku: żeglarze na Mazurach będą zawsze i (chyba?) zawsze choć pewna ich część będzie zainteresowana żeglarskim śpiewaniem rozmaitego gatunku. Artystycznie jednak Giżycko nie może już marzyć o detronizacji - wcale przecież nie idealnych - festiwali w Krakowie czy Wrocławiu. A kiedyś mogło.

 

* * *

 

Szanta szuwarowo-bagienna to, obok różnego rodzaju rockowych i pseudorockowych brzmień, kwintesencja mazurskiej odmiany pojęcia "szanty". Obiekt wielu burzliwych sporów, złośliwie nazywany wręcz "szanto polo". I jednocześnie klucz do masowej popularności dwóch zespołów: Zejman i Garkumpel oraz Spinakery.

Oba zespoły uznały, że typowy mazurski żeglarz niekoniecznie musi odnajdywać się w opisywanym przez szanty świecie dalekich mórz i oceanów, dziwnych nazw lin, z którymi nigdy nie będzie miał do czynienia np. na pokładzie poczciwego Oriona. Oba wystartowały niemal równocześnie i w podobnym okresie zdobyły popularność. O ile jednak Zejman utrzymuje swą pozycję od ponad 20 lat, o tyle era Spinakerów potrwała lat kilka. Niebywały sukces pierwszej kasety (już nigdy później nie spotkałem się na tej scenie z oznakami tak wielkiej popularności jakiegokolwiek zespołu) zapewnił grupie trwałe miejsce w historii. Zespół rozpadł się pod koniec lat 90. Nazwa pozostała przy jego założycielu, Michale "Lucjuszu" Kowalczyku, który z nowym składem muzyków pokazywał się jeszcze sporadycznie na niektórych festiwalach. Niedawno zapowiadał nawet nowy materiał, ale poważne problemy ze zdrowiem pokrzyżowały te plany.

Muzyka obu zespołów na przestrzeni lat ewoluowała. Zejman i Garkumpel przez kilka lat czasem nawiązywał do muzyki tradycyjnej, choć osią jego twórczości pozostawała piosenka autorska. Od kameralnych form, charakterystycznych dla duetu z początków działalności, poprzez proste piosenki dziecięce, nieco muzyki biesiadnej, ballad, a przede wszystkim piosenek pop. Tak bowiem postrzegam obecną muzykę Zejmana: jak bym nie zżymał się na jej komercyjność, schlebianie masowym gustom, tak podziwiam umiejętność trafiania do owych mas (wielu próbuje, niewielu się to udaje). Przy wielu piosenkach Zejmana nogi rwą mi się do tańca, a buzia śpiewa sama.

Spinakery to radosne, żywiołowe, "podwórkowe" granie, gdzie obok siebie pobrzmiewają dźwięki folkowe, szantowe i... chodnikowe. Tak zostało do końca, mimo nieudanego eksperymentu z rockiem na drugiej kasecie. Muzyka Spinakerów to temat na osobną opowieść. Porównując ją z wieloma prymitywnymi naśladowcami uważam, że zespół "Lucjusza" świadomie i na ogół udanie flirtował z "niską" estetyką i ją przetwarzał, podczas gdy ci pierwsi najczęściej dawali się jej całkowicie owładnąć, co dawało żałosne efekty artystyczne.

Mazury były ważnym elementem twórczości obu zespołów. Były to odwołania bezpośrednie, wprost nawiązujące do konkretnych miast, jezior, lokali (Spinakery: Hej, Mazury, Na Mazury!, Do Mikołajek, W górę szkło!, Zejman i Garkumpel: Mazurscy Kolumbowie, Mazury nocą, Mikołajki), jak i pośrednie, dotyczące charakterystycznych składników życia i obyczajowości mazurskich żeglarzy (Spinakery: Ognisko, Żeglarze portowi, Zejman i Garkumpel: Na jachcie, Do czego służą baby).

Szanta szuwarowo-bagienna to już przebrzmiała melodia. "Koval" z zespołem swobodnie żegluje po różnych nurtach muzyki popularnej. Próba nawiązania do tej estetyki w wykonaniu olsztyńskiej grupy Shantaż jakoś nie przebiła się poza Polskę północno-wschodnią. Królem własnego podwórka pozostaje Kazik i Przyjaciele z Mikołajek. Nazwy innych podobnych kapel znane są w jeszcze mniejszych gronach słuchaczy.

Jednakże trwały ślad pozostał. Wiele imprez mazurskich, festiwali, koncertów w tawernach, nie może obejść się bez muzyki "lekkiej, łatwej i przyjemnej". Dawną rolę Spinakerów przejęły kapele w rodzaju EKT Gdynia i, co gorsza, również cały zastęp anonimowych coverbandów. Muzyka ambitniejsza nie jest w stanie się przebić. Udaje się to kilku kapelom o walorach "estradowych", udało się wreszcie np. Sąsiadom, ale już Qftry, Cztery Refy, Flash Creep, Pchnąć w Tę Łódź Jeża, nawet miejscowy w większości North Wind występują na Mazurach raczej rzadko lub wcale.

 

* * *

 

Mazury nie mogą się obecnie poszczycić znanym zespołem. Za największą mazurską gwiazdę na przestrzeni lat można chyba uznać Kochanków Sally Brown. Był moment, gdy wydawało się, że na stałe dołączą do czołówki. Świetna debiutancka płyta, zdobywanie doświadczeń we Francji, udane łączenie brzmień szantowych z żywiołowym folkiem, wspólne występy z Jerzym Ozaistem (który śpiewał z KSB podczas kilkuletniego "urlopu" od Czterech Refów) - niewiele z tego wszystkiego zostało. Jacek Apanasewicz i Grzegorz Lewtak opuścili zespół, by grać nieco inną muzykę w North Wind. KSB rzadko pojawiali się z dala od Mazur. Mi udało się zobaczyć ich nowe oblicze dwa lata temu w Węgorzewie. Ani nie zaskoczyli niczym nowym, ani nie zbliżyli się do poziomu zaprezentowanego na płycie. Obecny lider, Sylwester Karnafel, coraz częściej koncertuje solo lub w duecie. Jest niewątpliwie zdolnym wokalistą.

Kazik i Przyjaciele, których słyszałem parę razy w Mikołajkach i uciekałem co sił w nogach, to raczej antyreklama piosenki żeglarskiej. Przelotny kontakt miałem z Załogą Dr. Bryga z Giżycka, nic szczególnego w ucho mi nie wpadło. Zwyciężczyni konkursu giżyckiego z 2007 r., Małgorzata Mioskowska i jej zespół Trójnoga Kotka, nie są wykonawcami na stałe śpiewającymi piosenki żeglarskie.

North Wind, który ze sporym szumem pojawił się na scenie szantowej, na Mazurach wystąpił raptem dwa razy (rok temu w Giżycku i - na imprezie folkowej - w Rynie). Grupa ta, mimo że w 3/5 mazurska (dwóch członków mieszka w Węgorzewie, jeden w Giżycku), najprawdopodobniej nie pasuje profilem muzycznym do znakomitej większości mazurskich imprez pod hasłem "szanty".

Trudno też powiedzieć, że mazurskie zespoły grają główne role na mazurskich festiwalach. Podobnie grupy ościenne - olsztyńskie Wodny Patrol czy Shantaż, białostocki The Pioruners. Ambicję promowania lokalnych zespołów zgłosiły dwa lata temu "Węgoszanty". Od tego czasu zaproszeni zostali Załoga Dr. Bryga, Kochankowie Sally Brown i Wodny Patrol.

 

* * *

 

Nowa era w historii Mikołajek, związana z inwestycjami firmy Inter Commerce, odbiła się negatywnie na festiwalu szantowym. Impreza przetrwała w formie niemal szczątkowej; uznano, że trzy-cztery zespoły wystarczą na dwa-trzy dni festiwalu. Koncerty przeniosły się z pływającej sceny w Wiosce Żeglarskiej do nowo wyremontowanego amfiteatru przy kei miejskiej.

Renesans festiwalu nastąpił w 2006 r. Władze Mikołajek i kolejni dzierżawcy Wioski Żeglarskiej uznali, że duże wydarzenie artystyczne przyczyni się do podniesienia atrakcyjności portu i jego tawern dla turystów, także tych lądowych, których coraz więcej spacerowało po kei. Wróciła pływająca scena, zaproszono kilka niewątpliwych gwiazd. W kolejnych latach nie spuszczano z tonu: festiwal odbywał się na kilku scenach, grano na statku, w amfiteatrze, na Rynku, były kabaretowe przerywniki, sztuczne ognie. Wprawdzie irytowała mnie numeracja edycji (w tym roku - XXXI, czyżby nienotowany przez szantowych historyków najstarszy festiwal w Polsce?), a także, raczej niespotykane w tym środowisku, wpuszczenie sponsora do nazwy imprezy (Chevrolet Shanty Festival), niemniej jednak nareszcie Mikołajki miały znowu duży festiwal. Patrząc jednak okiem ortodoksa... ma on wszystkie zalety i wady imprez mazurskich. Dużo zabawy, ale mało klasyki, mało kameralnych klimatów, brak gwiazd zagranicznych, brak specjalnych artystycznych wydarzeń.

Po Giżycku kwestią czasu było powstanie kolejnego festiwalu na Mazurach. Węgorzewo przez moment miało aż dwa: organizowane przez wojsko "Szuwary" oraz "Węgoszanty", dzieło Węgorzewskiego Centrum Kultury. Żołnierze z czasem postawili na festiwal rockowy, który dziś, pod nazwą "Eko Union of Rock", należy do najważniejszych w Polsce. Temat szant chwilowo "odpuściło" także miasto; był moment, że jedyne koncerty odbywały się przy tawernie "Keja". Trzeba tu koniecznie o nich wspomnieć: przy tawernie powstała specjalna plenerowa scena, zapraszani są różnorodni wykonawcy, w tym największe gwiazdy, również nagłośnienie jest bardzo przyzwoite. "Węgoszanty" powróciły w 2007 r., obecnie dowodzi nimi Mirosław Błudzień, który zamienił posadę dyrektora GCK na identyczną w WCK. Nie jest więc niespodzianką, że stałym gościem imprezy jest Orkiestra Dni Naszych. Na razie składa się ona z jednego koncertu, plany powiększenia imprezy póki co zostały odłożone. Może w przyszłym roku? Mimo tego Węgorzewo, po kłopotach Rucianego-Nidy, usadowiło się ostatnio na trzeciej pozycji w szantowej rywalizacji miast w Krainie Wielkich Jezior.

Gdyby jednak do konkursu włączyć wsie, rywalizacja byłaby nadal otwarta. I to w dodatku w obrębie jednego powiatu. Otóż szantami zaczął rozbrzmiewać Sztynort pod rządami firmy T.I.G.A. Yacht. Ta zaś szantowe kompetencje swego imperium delegowała na Marka Remiszewskiego, który zorganizował cykl koncertów w sztynorckim amfiteatrze pod nazwą "Szantowe Czwartki". Potem do czwartków dołączyły wtorki, a od tego sezonu także występy solistów w tawernie "Zęza" (która jedynie nazwą nawiązuje do atmosfery legendarnego lokalu położonego w budynku przypałacowym).

Preferencje "Remika" w doborze zespołów są znane od lat - przede wszystkim EKT Gdynia, któremu menedżeruje, a także inni popularni wykonawcy, im dalsi od surowej klasyki, tym lepiej. W tym kierunku zachowuje niemal żelazną konsekwencję. Są zatem zespoły gdzie indziej uznawane za niezbędne i topowe, które w Sztynorcie nigdy nie grały, są też takie, które grają tam przez lata, czasem nawet częściej niż raz w roku. Nie udał się nawet eksperyment z Flash Creep, grupą od lat rozchwytywaną przez tawerny w całym kraju. Nigdy nie kryłem, że jeśli chodzi o poglądy na scenę szantową stoję na przeciwnym do "Remika" biegunie, ale jednak na kilku koncertach sztynorckich, na których byłem, bawiłem się świetnie. Często nawet specjalnie w tym celu zawijałem do Sztynortu.

Nie ma szczęścia do szant Ruciane-Nida. Przez lata niewiele się tutaj w tym temacie działo, by w 2006 r. nastąpił szantowy boom w amfiteatrze "Kapiodoro". Najpierw festiwal "Green Horn", pomyślany przez pomysłodawczynie, Izabelę Ejtel i Monikę (wówczas) Makarewicz jako "macierzysty" festiwal ich ulubionej grupy, Mechaników Shanty (stąd nazwa), potem "Szanty w Rucianem", inicjatywa "Lucjusza" ze Spinakerów. Obie imprezy trwały dwa dni i wypadły udanie. Niestety, rok później odbył się już tylko "Green Horn", a dwa lata później nie było już żadnego festiwalu. Chodzą słuchy, że w 2009 r. w Rucianem ma powstać kolejna impreza.

Inne miejscowości mazurskie niewiele mają do zaoferowania w temacie, choć w niektórych tawernach czy przystaniach odbywają się pojedyncze koncerty.

 

* * *

 

Wystarczy spędzić jeden wieczór w Mikołajkach, aby pokochać - lub znienawidzić szanty - piszą autorki przewodnika "Kraina Wielkich Jezior" (wydawnictwo Pascal). Ja bym powiedział, że nie tylko w Mikołajkach. Całe Mazury to wielkie "okno wystawowe" szant i piosenki żeglarskiej, szansa na promocję wśród wielkiej rzeszy ludzi. Myślę, że nie każdy w naszej branży to docenia. Zdarzało mi się słyszeć głosy, że tak naprawdę liczy się Śląsk, Warszawa, Wrocław, Kraków, Łódź, a Mazury to margines. To myślenie głęboko niesłuszne: nawet krakowianie czy wrocławianie wakacje spędzają często na Mazurach. Dla bardzo wielu innych turystów to jedyna szansa w roku na kontakt z muzyką żeglarską. Nie każdy ma festiwal w swoim mieście. A i miejscowych lekceważyć nie wolno, choć region to słabo zaludniony.

Wydaje się jednak, że od jakiegoś czasu cytowana opinia traci na aktualności. Otóż w mikołajskich tawernach nie uświadczysz szant. Z głośników sączy się radiowa papka, a żeglarze z gitarą coraz częściej postrzegani są jako anachronizm. Trzeba raczej przystanąć przy stoisku z płytami i żeglarskimi gadżetami albo trafić na muzykalną ekipę na sąsiedniej łódce...

Tzw. szanty funkcjonują na Mazurach na zasadzie "eventu". Ma się coś dziać, przyciągać wzrok turystów, mediów. Skoczne i proste dźwięki nadają się do tego najlepiej. Za gwiazdy trzeba też swoje zapłacić, a masowy turysta i tak nie skojarzy, czy gra artysta, czy chałturnik. Wymowna jest tu likwidacja "Jeziorak Shanties Meeting" w położonej u mazurskich wrót Iławie. Władze miasta zamiast międzynarodowego festiwalu z plejadą zagranicznych gwiazd wolały lokalną imprezkę, jakich dziesiątki odbywa się w całym kraju.

Jestem przekonany, że na dłuższą metę takie działanie nie ma racji bytu. Wiedzą o tym w dużych miastach. We Wrocławiu okres letni nie jest przeszkodą do organizowania tak ambitnych imprez jak Brave Festival czy Nowe Horyzonty. Poznaniacy lato witają kapitalnym Ethno Portem. Kilka imprez mazurskich też trudno uznać za sztampę, przede wszystkim folklorystyczne: Nicz na Iwana Kupała w Kruklankach, Międzynarodowy Jarmark Folkloru w Węgorzewie, przez lata w Dowspudzie odbywał się znakomity festiwal folku celtyckiego, na który przybywali fani z całego kraju. Dlaczego na Mazurach nie może odbywać się choć jeden "inny" festiwal szantowy?

Traktowanie mazurskiego turysty wyłącznie jako konsumenta kultury masowej już teraz powoduje efekt antypromocji. Widać to wyraźnie w wielu internetowych dyskusjach. Zniechęceni hałasem turyści, rozczarowani zamienianiem Mazur w wielką dyskotekę, drażnieni atakującą uszy szantopolową breją zmieszaną z dźwiękami automatów do boksowania i kopania, wcześniej czy później przestaną tu przyjeżdżać, o ile już nie podjęli takiego postanowienia. W powstających portach coraz częściej obowiązkowym elementem jest tawerna, czasem nawet plenerowa scena. Jaka muzyka zagości nad brzegami Rosia, w powstających właśnie "Wrotach Mazur"? Czy równie ambitna, jak projektowana inwestycja?

Chcielibyśmy bardzo, aby mazurski cud natury był wizytówką Polski w świecie, a nie przynoszącym wstyd turystycznym skansenem, pełnym toy-toyek i ogródków piwnych - napisał w ostatnich "Żaglach" Waldemar Heflich, komentując drugą pozycję Wielkich Jezior Mazurskich w internetowym rankingu "Nowych Cudów Natury". Dziś Mazury już prowadzą. Warto, by do cudu natury dołączył cud kultury. A za taki uznam choć jeden niszowy, niekomercyjny festiwal szantowy w Krainie Wielkich Jezior.

 

Pierwszy odcinek cyklu "Okrutnym Okiem Ortodoksa"

 

 

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Michał NOWAK, rocznik 1981, absolwent I Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Kędzierzynie-Koźlu. Ukończył prawo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dziennikarz, publicysta, redaktor portalu Szantymaniak.pl. Szantami zainteresował się około 1990 r. Pisał o nich do prasy ("Szantymaniak", "Żagle", "Gadki z Chatki", "Nowa Trybuna Opolska", "Gazeta Lokalna"), mówił w radio (Merkury, Afera, Emaus - Poznań, Leliwa - Tarnobrzeg) i w telewizji (WTK Poznań). Odwiedził ponad 40 festiwali szantowych w Polsce. Członek komitetu organizacyjnego Szanta Claus Festiwal w Poznaniu, juror konkursów piosenki żeglarskiej ("Szantki" - 2007-09, Szanta Claus Festiwal - 2008). Uczestnik warsztatów szantowych prowadzonych przez Johnny'ego Collinsa, Jima Mageeana i Pata Sheridana.

Żeguje od 7 roku życia. Na koncie ponad 20 rejsów po Mazurach i jeden rejs morski. Łącznie na jachcie spędził niemal 11 miesięcy życia. Żeglarz jachtowy.

Zainteresowania: literatura piękna, szeroko pojęta kultura, współczesna myśl humanistyczna, historia, sport (poza żeglarstwem - narciarstwo, rower, piłka nożna, piłka siatkowa).

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Foto: Tomasz GOLIŃSKI (1-4), Grzegorz LIS (6), Michał NOWAK (5).

1, 2 - publiczność "Szant w Giżycku" w 2006 r.

3 - Kochankowie Sally Brown, najbardziej znany zespół szantowy z Mazur

4 - Kazik Bębenek, lider grupy Kazik i Przyjaciele

5 - pływająca scena w Mikołajkach

6 - Orkiestra Dni Naszych na "Węgoszantach" w 2007 r.

 

Oglądaj także:

"Szanty w Giżycku" 1995:

- Bluska i Jerzy Porębski - Radio Szczecin 1

- Mechanicy Shanty - Green Horn, Herzogin Cecilie, Co się zdarzyło jeden raz, Dziki włóczęga

- Tonam i Synowie - Pretty Woman/The Lion Sleeps Tonight

- Cztery Refy - Old Maiden's Song

"Szanty w Giżycku" 1997:

- Geoff Kaufman, Rick Spencer, Bob Walser - Fire Maringo, The Boatman Dance, Day-O (The Banana Boat Song), John Cherokee

- Przejazdem - Szesnaście ton, Paddy West

- Con Brio - wiązanka

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 11:44, 6 lipiec 2009, wyświetlono: 2509 razy

jachu

wysłano: 8:25,7 lipiec 2009

Ciekawy przegląd mazurskich wydarzeń żeglarsko-muzycznych, szczególnie tych nieco zapomnianych jak Mazurska Operacja Żagiel. Szkoda, że nie dane mi było w niej uczestniczyć. Warto poczytać dla przypomnienia albo też i dla lepszej orientacji. Dzięki Michał.
Odpowiedz na ten komentarz
Taclem

wysłano: 7:46,8 lipiec 2009

Michale, zawarłeś w tym tekście sporo treści, choć obawiam się niestety, że nie ruszy to bryły z posad. Najlepiej byłoby, gdyby Twój felieton doprowadził do dyskusji, choć podejrzewam, że tak się nie stanie. Niestety.
Odpowiedz na ten komentarz
Przemek M.

wysłano: 12:56,8 lipiec 2009

Mieszkam w Mrągowie i juz od dawna obserwuję tę okrutną przemianę jaka ma miejsce na mazurach. Właściciele sceny w wiosce w Mikołajkach z roku na rok tną koszty i poziom artystyczny koncertów granych chyba codziennie spdada coraz bardziej. Cięzko jest znaleźć miejsce gdzie zagra/zaśpiewa dobra kapela, no może koncerty w Sztynorcie. O festiwalu w Giżycku szkoda pisać... . Źle się dzieje...
Odpowiedz na ten komentarz
aguella

wysłano: 16:31,14 lipiec 2009

3 lipca tawerna, Węgorzewo - dyskoteka i karaoke 4 lipca mała keja S na jeziorze M, relikt, gdzie grono zapaleńców śpiewa szanty i piosenki żeglarskie przy ognisku w klasycznej aranżacji, bez perkusji bo nie zmieściłaby sie na jacht 6 lipca LOK w Giżycku, dyskoteka w porcie po drugiej stronie kanału 7 lipca Niegocin plaża słyszalna dyskoteka w porcie tym co poprzedniego dnia 8 lipca zimny kąt ortodoksi śpiewają przy ognisku klasyczny repertuar 9 lipca Sztynort perkusja Orkiestry Samanty 10 lipca Wegorzewo grają BORY - cover band, który miał tego dnia na tapecie znane wodne kawałki w zmodyfikowanej aranżacji noc 10/11 lipca magnetofon kilka jachtów dalej z szantą szuwarowo-bagienną do utraty cierpliwości. Istnieje duża dysproporcja pomiędzy tym co oferują KO w miastach portowych a tym co robią pozbawieni, o zgrozo, kontroli żeglarze. Czekam z niecierpliwością kiedy będzie się nas traktować poważnie przestając nas karmić masową papką w stylu niedzieli w galerii handlowej.
Odpowiedz na ten komentarz
fizbina

wysłano: 4:16,26 lipiec 2009

Moi drodzy, te wszystkie daty to tylko moje wspomnienia, kiedy spiewalam w Wegorzewskiej tawernie albo jeszcze wczesniej na wszelkich festiwalach szantowych. To byly czasy kiedy kochalo sie szanty dla samych szant klimatu i miejsc. Teraz nasze ukochane szanty niestety slyszy sie niestety tylko z odbiornikow w sklepach, tawernach i na straganach. Nie dalej niz miesiac temu zawitalam do mojego ukochanego rodzinnego Gizycka. W sobotnia noc szukalam miejsca gdzie mozna posluchac szant na zywo. Niestety, na miejskiej plazy krolowalo disco z TVN, w Czarnej Perle byla potancowka i nawet w porcie ludzie siedzac na jachtach sluchali disco z plastikowych bezdusznych odbiornikow. Mazury wciaz sa i nawet lepsze i piekniejsze , tylko jakby bardziej bezduszne i bardziej komercyjane , za bardzo.
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI