Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

"Acappella": opus magnum Ryczących Dwudziestek

Recenzje

Czy to nie fascynujące, że rzeczy najprostsze stanowią dla nas, ludzi XXI wieku, największe wyzwanie? Osiemnaście razy zabierałem się za pierwsze zdanie tego tekstu, osiemnaście razy z niego rezygnowałem. Kolejne próby wydawały mi się albo zbyt pompatyczne - albo zbyt naiwne. Nie

...

Czy to nie fascynujące, że rzeczy najprostsze stanowią dla nas, ludzi XXI wieku, największe wyzwanie? Osiemnaście razy zabierałem się za pierwsze zdanie tego tekstu, osiemnaście razy z niego rezygnowałem. Kolejne próby wydawały mi się albo zbyt pompatyczne - albo zbyt naiwne. Nie dziwię się zresztą własnej nieumiejętności: gdyby to było proste, z pewnością tęższe ode mnie umysły już dawno napisałyby wnikliwą recenzję tej najpiękniejszej i najdziwniejszej ze wszystkich płyt Ryczących Dwudziestek: Acappella. Minęło już wiele miesięcy - a o dziełku w szantowym światku cichutko. Czy to znaczy, że płyta przeszła bez echa? Z pewnością nie. Ale to album, który onieśmiela - i to chyba najistotniejszy powód, dla którego tak wiele miesięcy dojrzewał we mnie ten prościutki przecież zbiorek refleksji. I sądzę, że nie popełnię błędu podejrzewając, że także inni wielbiciele muzyki morza borykają się z tym samym problemem.

Najłatwiej byłoby postąpić w ślad mojego ulubionego Hermana Melville'a i zadziałać tak, jak on, kiedy podjął się recenzji kolejnej reedycji Czerwonego korsarza autorstwa Jamesa Fenimore'a Coopera. Melville stwierdził wprost, że geniusz Coopera znają już wszyscy, więc niestosowne byłoby wymądrzanie się na temat treści jego powieści, bo taka recenzja musiała by być albo napuszona, albo banalna. Twórca Moby Dicka uznał więc, że jedynym rozsądnym rozwiązaniem będzie położenie nacisku na relację, jaka zachodzi między okładkami powieści a tym, co między nimi - i w ten sposób osiągnął znakomicie cel, którego innym recenzentom nie udało się osiągnąć.

Otóż okładka Acappella woła o pomstę do nieba: banalna graficzka na taniutkim papierku mogłaby być dziełem kompletnego programistycznego wypadku, choć przy pewnej dozie wyobraźni da się ją interpretować jako elektroniczną, matematyczną falę, jednocześnie morską i dźwiękową, jako harmonijną siateczkę wzajemnych odniesień i relacji, miękką i leciutką jak gaza, jednak gaza o nieprzypadkowo splecionych nitkach - a jednak nie. Mimo wieloletniej przyjaźni, jaka łączy mnie z Dwudziestkami, mimo ogromnego podziwu dla ich talentu - moja wyobraźnia jest zdecydowanie niewydolna: nie umiem przypisać tej okładce jakiejkolwiek artystycznej wartości. Jej geometryczny chłód i biało-niebiesko-bordowa kolorystyka irytuje mnie tak samo, jak pisownia terminu a cappella: i jedno, i drugie to błędy wynikające z pośpiechu, z niedbałości, z braku refleksji nad tym, że album muzyczny to złożone dziełko sztuki. Ono bowiem składa się z okładek - i tego, co między okładkami: gdyby ktoś nie znający kunsztu Ryczących Dwudziestek zobaczyłby ten album na półce obok płyty Szanty karaoke - wybrałby tę drugą, jako atrakcyjniejszą i lepiej dopracowaną. W tym miejscu jednak wypala się mój krytykancki zapał: zasób uwag krytycznych niniejszym wyczerpałem. I wracam do punktu wyjścia: jak pisać o tej niezwykłej płycie?

Jeżeli nie sposób o czymś mówić, niekoniecznie należy o tym milczeć: można uciec się do niedoskonałej metafory licząc na to, że Czytelnik, człowiek wrażliwy, będzie zdolny do tego, by przełączyć się na odczuwanie, raczej niż rozumienie. Oto "Temeraire" - okręt-weteran bitwy pod Trafalgarem, później (ogołocony z masztów i   nadbudówek) okręt-więzienie, a w końcu żałosny kadłub, rozebrany ostatecznie na części przy którymś z londyńskich nabrzeży. W nostalgicznej, przepełnionej ciepłem głosu Wojtka Dudzińskiego pieśni - okręt jest jednak nadal wspaniałym żaglowcem, upostaciowieniem piękna i romantycznym ideałem, który musi odejść do lamusa historii. Nic nie trwa wiecznie: w nieunikniony sposób nadciąga era małych, niezgrabnych, lecz niezależnych od wiatru i dlatego śmiertelnie ekonomicznych parowców. Zaczyna się doba industrialna, zaczyna się toczyć wielkie koło gospodarki wczesnokapitalistycznej, zaczyna się era sprawnego holownika, który doprowadzi onieśmielający swoją potęgą rejowiec tam, skąd nie ma już powrotu. Pieśń Dwudziestek, jak dzieło Williama Turnera z 1838 roku, staje się metaforą przemijania: tak jak dzieło Turnera przedstawia "Walczącego Temeraire'a" jako Wielkiego Pokonanego przez Czas, a nie - jak odnotowali to skrupulatni historycy - sterany wichrami historii, nikomu niepotrzebny wrak. Pieśń to swoiste "ubi sunt" - lecz także pytanie o ciągłość tradycji i przewrotność historii. Przede wszystkim jednak - stanowi przepiękny wstęp do całego albumu, który to wyraz w kontekście tak zarysowanym nabiera nieco szerszego znaczenia.

Ryczące Dwudziestki to piękni czterdziestoletni. Spoglądają ciepło w przeszłość, do której sami nabrali już dystansu. Z uśmiechem przyglądają się młodszym kolegom i koleżankom zafascynowanym ich muzyką, udzielają rad, podsycają ich młodzieńczy zapał, uczą miłości do muzyki morza - i sami przeżywają ją głęboko. Nie muszą już "po marynarsku" wykrzykiwać komend; nie odczuwają potrzeby, by swoje pieśni stylizować na proste żeglarskie przyśpiewki, nie ma w nich "ciąg" i "pchaj", "roluj" i "pompuj". Mówią o swoim słuchaniu czasu, o życiu i śmierci, o trwaniu i przemijaniu, o tym, jak sami się zmienili i o nieustannej walce z przeciwnościami losu, która nieuchronnie staje się codziennym udziałem dorosłego człowieka.

"Kołysanie rykiem burzy wypełnione - twoje życie" - to nie tylko żeglarska metafora. To także niepokojąca wizja ludzkiej jaźni, która roztapia się w płynnym żywiole, zatraca się w zapamiętaniu walki, niknie bez pamięci w palącym "tu i teraz", kiedy niegdyś jasne, klarownie zdefiniowane cele zapadły w otchłanie niepamięci. Oto wizja człowieka-tułacza, wiecznego żeglarza, który w swej szalonej gonitwie wokół globu, w pościgu za nieustannie umykającą "ułudą życia", w dążeniu do czegoś nieuchwytnego - dostrzega, że stał się obcy sobie samemu: już nie pamięta swojego imienia, już nie zatęskni do życia, które było życiem kogoś, kim sam już nie jest, do ludzi, którzy byli mu niegdyś bliscy. Oprócz morza - płynnego, sfalowanego, nieskończonego - w jego świecie nic już nie ma: to przerażająca próżnia niedefiniowalnego bytu, w którym można - jak bohaterowie Melville'a - zniknąć, lub który można oswoić zawieszając wątpienie, zaprzestając sztormowania, poszukując portu, gdzie da się zbudować lokalny, przyjazny świat wbrew nieustannej chwiejności, płynności, niepewności milczącego, nieludzkiego kosmosu. To właśnie miejsce, do którego tęskni podmiot liryczny "Pieśni znad Frisco Bay" - tylko tam, śpiewa Andrzej Grzela, "jest moje serce i mój czas". Świat - barwny, pełen wyzwań, podniet i niebezpieczeństw - nabiera sensu wtedy, kiedy istnieje jakiś punkt odniesienia: miejsce stałe, gdzie niezmiennie obowiązują te same, zrozumiałe zasady, które pozwalają człowiekowi poczuć się "na miejscu" w miejscu, gdzie "nie ma miejsca" na chwiejność oceanu i nieprzewidywalnej rzeczywistości. Tam też "jest mój zgon": oto marzenie, by wielką wędrówkę zamknąć w punkcie wyjścia, pętlę ziemskiej wędrówki zapiąć tam, gdzie świat jest ciepły, bezpieczny, domowy. Lecz to marzenie niemożliwe do spełnienia: nie można przecież wejść dwa razy do tej samej rzeki. Wracając do  domu - wracamy doń inni, inaczej go postrzegamy, innym językiem rozmawiamy z tymi, których znaliśmy niegdyś, a których musimy poznać na nowo. To, co niegdyś wydawało nam się wielkie i rozległe - zaskakuje nas swoją małością; to co niegdyś nie posiadało wartości - staje się bezcennym skarbem, a "wielki świat" objawia się jako nużące, codzienne obciążenie.

Jedno jednak jest pewne: do domu - tego wymarzonego, czy tego namacalnego - wrócić może tylko ten, kto nie zaprzestał w głębi serca hodować nadziei. Przejmująca swoją surowością, podkreśloną jeszcze niepokojącym rytmem wokalnej perkusji Janusza Olszówki (w wykonaniu Kuby, syna Bogdana Kuśki) "Opowieść przy kielichu" to apoteoza męskości, nieugiętej woli i żelaznej wytrzymałości: tego wymaga nie znająca litości, skuta lodem, nieludzka Północ. Ktoś, kto przetrwał wielorybniczą wyprawę jest silniejszy, sprawniejszy i mądrzejszy od innych, ale też rozmawiać o swoich doświadczeniach będzie jedynie z tymi, którzy zechcą dotrzymać mu pola w swoistych "alkoholowych zapasach": wielorybnik żyje zawsze "na krawędzi" - wszystko, co robi jest ekstremalne. Nie każdy jest jego partnerem, ale też nie wszystko można na trzeźwo z siebie wyrzucić: opowieść przy kielichu jest przecież opowieścią o tym, co niewypowiadalne: o śmierci i przetrwaniu, o starciu z umieraniem przyjaciół i z własnym lękiem, przeciwko któremu jedynym antidotum jest nadzieja, że znowu uda się przeżyć. Przedziwna ta pieśń: z jednej strony stanowi pean na cześć hartu ludzkiego ducha, z drugiej zaś -  jest aktem oczyszczenia, zakamuflowaną "spowiedzią z lęku", którego traumatyczne efekty tłumi działanie mocnego rumu. To z nim "czas się wziąć za bary", gdy po raz kolejny powróciło się na ląd z wyprawy, z której inni nie mieli szczęścia powrócić.

Wielorybnictwo i wojna - to dwie przestrzenie często ze sobą zestawiane. Statystyki wskazują, że w wieku XIX bezpieczniej było być żołnierzem niż marynarzem wielorybniczej floty - jednak "bezpieczniej" znaczy w tym kontekście jedynie "mniej niebezpiecznie". Szczególnie, że poruszająca pieśń "Sina mgła" to utwór z czasów Powstania Wielkanocnego 1916 roku  przypisywany Peadarowi Kearneyowi, a więc utwór z czasów konfliktu, jaki w świecie anglojęzycznym do dziś nosi miano Wielkiej Wojny. To pieśń wzywająca irlandzkich patriotów do walki o własną ojczyznę, wtedy gdy kwiat irlandzkiej młodzieży oddawał życie za sprawę walczącej na frontach I wojny światowej Wielkiej Brytanii. Utwór, wpisujący się w skomplikowaną i bolesną historię irlandzko-brytyjskich relacji, które od czasów New Model Army Cromwella i wczesnej kolonizacji aż do współczesnych starć w Ulsterze nie uległy jeszcze stabilizacji - w podtekstach swoich rysuje ludzkie losy odmiennie, niż wielorybnicza opowieść: dzieci giną "za sprawę"; dorośli "z wyboru". "Sina mgła", bolesny wyrzut sumienia, patriotyczne wezwanie i jednocześnie protest-song, staje się w dwudziestkowej opowieści szczególnym probierzem dojrzałości świadomej. Śmierć i ideologia często idą w parze, lecz pytanie o to, czy walkę o własną ojczyznę, walkę, w której zginą dzieci, można jednoznacznie zredukować do efektów zbrodniczej ideologii, jeżeli alternatywą dla tej walki jest życie w upodleniu i niewoli - w żadnej mierze nie jest pytaniem prostym, wobec czego żadna odpowiedź nie może być oczywista.

Od okrucieństwa wojny, od śmierci i walki o przetrwanie, od pytań, które nieuchronnie pojawiają się na drodze każdego dorosłego człowieka - szczęśliwie odrywa słuchacza lekka, ślicznie zaśpiewana piosenka o marzeniu, miłości, wspomnieniach, planach... i niewinnej alkoholowej terapii przeciw Weltschmerzowi, aplikowanej nam przez Doktora Gina, który na chwilę pozwala zapomnieć o szarówce za drzwiami i powoduje, że uśmiechamy się wbrew wszystkiemu. Dlatego w zdecydowanie mniej poważnym nastroju wstępujemy w dynamiczny świat jazzującej szanty zatytułowanej "Łowy", gdzie Dwudziestki w przepięknej a cappellowej aranżacji odświeżają swój przebój, znany nam z projektu "Ryczące-Shannon". Stylizowane na dawną pieśń "Łowy" to wezwanie do walki i kolejny pean na cześć wielorybniczego hartu i morskiego braterstwa, jednak w odróżnieniu od "Opowieści przy kielichu" jest to pieśń w znacznie większym stopniu oparta na stereotypowej romantyzującej retoryce, jaką operują żeglarze XX i XXI wieku: "Łowy" - są łowami poetyckimi, połyskującymi srebrem i zielenią. Na takie łowy każdy młody zapaleniec wybrałby się z radością: ja sam kierowałem się niegdyś taką właśnie wizją "męskiej, morskiej przygody" i aż do chwili, kiedy życie i poważny wypadek nie zweryfikowały tej wizji - głęboko jej ufałem. To jednak nieistotne: ostatecznie pieśń nie ma obowiązku ukazywać wszystkich stron rzeczywistości ani dbać o realizm szczegółów. Prawda pieśni żyje swoim własnym życiem, a ci, którzy jej słuchają - i tak usłyszą w niej to, co im samym gra w duszy. Dzięki temu niejeden szesnastoletni "wielorybnik" z Warszawy, Kielc, czy Chorzowa pokocha żeglarstwo i posiądzie mądrość, która - jak Dwudziestkom - pozwoli mu kiedyś żyć odważnie i cieszyć się drobnostkami, przy jednoczesnym szacunku dla spraw wielkich i płynnych jak ocean, którego nie sposób pokonać. Dlatego znakomitą decyzją kompozycyjną wydaje się sąsiedztwo "Łowów" i najciekawszej moim zdaniem i najbardziej intrygującej pieśni tego albumu - "Opowiadaj, opowiadaj". Piękna, nostalgiczna, subtelna i ciepła "pieśń doświadczenia" stanowi kapitalny kontrapunkt dla brawurowych, "chłopięcych" trochę "Łowów" - ale oprócz tego dotyka istoty współczesnej pieśni morza: nasze śpiewanie to w znacznej mierze opowieść, gawęda, to coś, co w języku angielskim określa się jako "yarn spinning". W naszych pieśniach splata się tysiąc historii jak tysiąc wątków na rozpiętej osnowie; nie chcemy, żeby pieśń się kończyła - pragniemy jej słuchać zachwyceni i zauroczeni, bo w pieśni żyjemy: ona wyjaśnia nam świat i nasze w nim miejsce; ona tłumaczy nam dlaczego navigare necesse est i dlaczego nieustannie coś nas gna w stronę otwartego widnokręgu. Ta pieśń pozwala nam naturalnie dostrzec i po wielokroć na nowo interpretować własne miejsce w historii, której ciągłość zaznaczają dwie kolejne pieśni - tradycyjna szanta "Hog Eye Man" i bretońska opowieść o trzech marynarzach "Tri Martolod", z której Ryczące Dwudziestki uczyniły poezję znacznie bardziej zaawansowaną niż prościutki tekst oryginału. Przekład bretońskiej piosenki mógłby brzmieć następująco:

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Za rufą ląd, gdy powiał wiatr, pozostał ich rodzinny

Na horyzoncie Nowy Świat, Świat całkowicie inny

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Wpłynęli w rzekę, kotwa w dół, na wodę łódź spuścili

W zatoce młyn, młynarza tu o nocleg poprosili.

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Tam suto zastawiony stół, służąca była miła

I nim wieczoru przeszło pół ich serca w mig zdobyła

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Hej dziewczę! Czym nie spotkał Cię już kiedyś w pięknym Nantes?

Wszak pierścień com ci niegdyś dał, wciąż błyszczy na Twym palcu!

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Rozpoznał żeglarz miłość swą i ona go poznała

Choć mysz kościelna więcej ma - od razu się pobrali!

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

I tu historię kończyć czas, choć nie dobiegła końca

Kto ciąg zna dalszy niech da znać a pieśni się połączą...

 

REF:

Żeglarzy młodych trzech (la la lala lala la)

Żeglarzy młodych trzech

Wypłynęło w długi rejs

 

Album zamykają trzy (literalne i metaforyczne) pieśni powrotu: "Zielona wyspa", "Wrak" i "Walhalla". Wszystkie trzy - delikatne, nostalgiczne, stanowią idealną klamrę dla całego projektu. "Zielona wyspa" - jeden z najpiękniejszych utworów Ryczących Dwudziestek, porywa swoją surową metaforyką i kompozycyjną perfekcją: choć irytuje mnie nieco dosyć sztampowe odwołanie do "wytęsknionej" w tysiącu polskich piosenek Irlandii, do namacalnej rzeczywistości przywołuje mnie "tylko wiatr", który słono chłoszcze mnie po twarzy: poddaję się nastrojowi bez walki i miękko przechodzę do dobrze znanej wielbicielom twórczości RO20 pieśni "Wrak", która pięknie nawiązuje do "Temeraire'a" z początku płyty. Jednak faktycznym ukoronowaniem całego artystycznego zamysłu "Acappella" jest przesłanie pieśni "Walhalla". "Walhalla" to refleksja dojrzałego człowieka, który świadom konieczności dokonywania decyzji ma jednocześnie "pewność niepewności" wszelkich ludzkich działań. Trudno oprzeć się wrażeniu, że morskie dno, ów "pałac zasłużonych", gdzie ostatecznie spoczną po ciężkiej walce wszyscy polegli bohaterowie to miejsce, ku któremu w trosce i niepokoju zbliża się każdy "bohater dnia codziennego". Ta pieśń - tour de force Dwudziestek - to połączenie egzystencjalizmu spod znaku Sorge i pogodnego Carpe diem. Nie sposób nie dać się oczarować ciepłemu, pięknemu wskazaniu, że "trzeba się do syta napatrzeć, jeszcze wsłuchać się w melodię dni, to co piękne jest tylko nasze - niech się śni". Oto nieskomplikowana, oczywista dewiza, która mimo upływającego czasu znajduje zastosowanie zawsze. I tutaj album przepięknie się zamyka. Naprawdę.

(Ostatnią pieśń biorę bowiem w nawias, ponieważ jako jedyna - jest pomyłką. "Moje morze" - choć monumentalne w założeniu, ma się absolutnie nijak do potęgi oryginalnej pieśni zespołu Ljube, za którym stoi cała kolosalna wielkomocarstwowa historia Rosji, cały Tołstoj, Dostojewski, Puszkin i Lermontow, cała Wojna Ojczyźniana i cała frustracja wynikająca ze zmiany niekwestionowanej do pewnego czasu pozycji Rosji jako światowego hegemona. Nie jest możliwe nasycenie pieśni wyrastającej z prywatnej miłości do morza czymś tak potężnym i porywającym, jak to coś, co nazywamy "rosyjską duszą", która stanowi o geniuszu oryginalnej pieśni - pieśni, która porwała cały naród i w której, paradoksalnie, zakochali się także Polacy. Nie można też - bez bardzo głębokiej refleksji - napisać do tej pieśni polskiego tekstu, który płynąłby tak miękko, jak rosyjski. Dlatego - wolę uznać, że album "Acappella" zamyka pieśń "Walhalla" a  "Moje morze" to bonus track: wtedy mogę z czystym sumieniem mówić o dziele Ryczących Dwudziestek jako o ich opus magnum.)

Moje zasłuchanie w dwudziestkowe dzieło trwa nieustannie, choć minęło już wiele miesięcy, od kiedy po raz pierwszy włożyłem ich płytę w kieszeń odtwarzacza. Tkwi w nim zresztą ciągle, bo jak by mogło być inaczej? Przepiękny, liryczny, znakomity muzycznie, dopracowany aranżacyjnie i rewelacyjny wykonawczo album dorasta poziomem do płyt takich genialnych artystów jak Glad, Rockapella, House Jacks czy BR6. W moim prywatnym odbiorze - jest jednak dziełem bliższym mojej wrażliwości i doświadczeniu niż płyty wszystkich wymienionych wyżej wykonawców. Może dlatego, że z Dwudziestkami dorastałem - i z nimi dorosłem. Może dlatego, że dorastając dzieliłem z nimi ten sam świat. Może dlatego, że sam zadaję dziś te same pytania, które niepokoją Dwudziestki. A może dlatego, że dla mnie to najlepsza płyta z muzyką morza, jaka do tej pory na świecie powstała - i nie jest to płyta dla każdego. A może jeszcze z innego powodu?

 

Paweł Jędrzejko

 

Podyskutuj o płycie "Acappella" na Forum Szantymaniaka

Informację wprowadził(a): Paweł "Synchro" Jędrzejko - godz. 5:15, 18 listopad 2008, wyświetlono: 6943 razy

E.T. ;)

wysłano: 12:13,18 listopad 2008

Płytka mówi sama za siebie, ale emocje które niesie jej słuchanie muszą okrzepnąć. Widać trzeba było trochę czasu żeby właśnie tak napisać. Paweł,chapeau bas! Płytkę posiadam, słucham i będę słuchać.
Odpowiedz na ten komentarz
Bodziec

wysłano: 18:48,18 listopad 2008

Witaj Pawełku! Muszę się z Tobą nie zgodzić, w temacie pisowni terminu Acappella, który to według Ciebie jest wynikiem naszego pośpiechu, niedbałości i brakiem refleksji nad... i powodem Twojej irytacji :-) Nie będę się rozwodził nad tym, dlaczego tak się ten termin pisze i ile jego form jest dopuszczalnych, ale wystarczy wpisać tylko w przeglądarkę to hasło, a zobaczysz, że nie tylko my taką pisownię zastosowaliśmy. Wspomnę jeszcze tylko o nazwie pewnego zespołu, którego jak mniemam niejedną płyte masz na półce, a na pewno jest ikoną naszej ulubionej formy wykonawczej utworów - ACAPPELLA :-) Cieszę się bardzo, że tak niewiele jest z Twej strony uwag krytycznych (odezwała sie moja próżność), choć jednak mam nadzieję, że Twój artykuł dopiero spowoduje ich "wysyp", że Szantymaniacy dorzucą nam parę cennych uwag, które wykorzystamy w przyszłości, bo... to nie ostatnia nasza płyta :-) Pozdrawiam serdecznie B.K.
Odpowiedz na ten komentarz
Paweł 'Synchro' Jędrzejko

wysłano: 20:32,18 listopad 2008

Wiem, Bogusiu, że funkcjonują takie nieszczęsne formy - i to nie tylko w Polsce. Formuje je także Wikipedia, co wskazał mi już także Yasieq. Problem polega na tym, że nie istnieje żaden mechanizm językowy, który uzasadniałby połączenie przyimka z rzeczownikiem w jeden wyraz: to uzus, u którego podstaw leży powtarzany przez wiele osób błąd. Oczywiście - mieliście prawo "skorzystać" z wzorca niekonieniecznie podejmując językoznawczą analizę, więc wycofuję się z zarzutu :-) Uściski, Paweł P.S.: A płyta właśnie znowu u mnie leci...
Odpowiedz na ten komentarz
Tomasz Czarny

wysłano: 21:5,18 listopad 2008

Płyta genialna, bezpretensjonalna, świeża i nie trąci kiczem. To niezwykłe i zdumiewające, że można w ogóle omawiając tak niezwykłą rzecz, poruszać kwestię tak banalnego zjawiska jakim jest "poprawność", bądź "braku poprawności" pisowni tytułu płyty. Myślę, że dla takich ponadczasowych zjawisk jak ta płyta zastrzeżone są wszelkie stylizacje, nawet jeżeli będą oznaczać słowotwórstwo. Płyta jest gatunkiem samym w sobie a rzeczywistość z niej płynąca jest jedną z najpiękniejszych rzeczywistości, w której przyszło mi spędzać mój czas. Dla mnie ta płyta może mieć równie dobrze tytuł " Wyznania rosgżanego tszepaka". ok. trochę mnie poniosło.. ;-)
Odpowiedz na ten komentarz
Paweł 'Synchro' Jędrzejko

wysłano: 21:8,18 listopad 2008

Tomuś... uwielbiam Cię :-) Paweł P.S.: Tszepak mnie wyrzucił z butuf!
Odpowiedz na ten komentarz
juznieja

wysłano: 0:45,19 listopad 2008

A nawet, jeśli to nowy termin, to zawarty na płycie materiał, to też nowa kategoria. I nikomu nic do tego. Wykonawca ma prawo nazwać swoje dokonania tak, jak chce i wara! Po co ta jałowa dyskusja?
Odpowiedz na ten komentarz
E.T. ;)

wysłano: 0:48,19 listopad 2008

Bodziec napisał: , bo... to nie ostatnia nasza płyta :-) Pozdrawiam serdecznie B.K. Bardzo mnie cieszy to stwierdzenie. Będę cierpliwie na nią czekać. Kwestię pisowni tytułu pozostawiam purystom językowym, pisownia nie śpiewa, i jak dla mnie nie nie rzutuje na odbiór muzyki zawartej na płytce. Mam nadzieję że kolejna płytka przyniesie równie pozytywne emocje i ubarwi prozę życia. Przyczepię sie jedynie do tego, że zbyt mało utworów z owej płytki jest wykonywanych na koncertach. Panowie, czyżby trzeba napisać jakieś podanie w tej sprawie? Jeśli tak, to do kogo? Uprzejmie proszę o przemyślenie możliwości wykonania choćby "Sinej Mgły" o "Opowieści przy kielichu" nie wspomnę.
Odpowiedz na ten komentarz
Paweł 'Synchro' Jędrzejko

wysłano: 18:7,19 listopad 2008

juznieja napisał: A nawet, jeśli to nowy termin, to zawarty na płycie materiał, to też nowa kategoria. I nikomu nic do tego. Wykonawca ma prawo nazwać swoje dokonania tak, jak chce i wara! Po co ta jałowa dyskusja? I jeszcze proponuję potupać nóżkami i wyjść z flagą na ulicę... A wiesz, Koleżanko lub Kolego, czemu służy recenzja i po co się ją pisze? Czy jesteś do końca pewny lub pewna tego, że dyskusja jest istotnie jałowa? A może jednak wykonawcy jej potrzebują - na przykład po to, żeby planując kolejne działania mogli (choć nie muszą tego czynić) wziąć pod uwagę sugestie i wskazania, jakie z dyskusji płyną? Rozważ :-) Łączę pozdrowienia, Paweł Jędrzejko
Odpowiedz na ten komentarz
Grzywa

wysłano: 18:59,19 listopad 2008

A wszystko za sprawą trzech zawartych na niej utworów. Oto kolejność moich ulubionych: 1. SINA MGŁA 2. TRI MARTOLOD 3. TIMERAIRE Czas trwania nagrań w sam raz dla takich, jak ja.:)) Większa dawka a capella mogłaby zniechęcić ludzików podobnych do mnie. Jednym słowem płyta mnie nie znudziła. Niespełna 40 minut przełknąłem bez większych problemów.:)) Dziś na więcej słuchania a capella mnie nie stać. Może kiedyś to się zmieni...:) Może więcej takich pieśni, jak SINA MGŁA? O warsztacie Zespołu nie ma co pisać. Fachowcy i tyle. Szata graficzna to zawodowstwo w każdym calu. Realizacja - cudo. Brzmi świetnie. Gratuluję pięknie i życzę "Ryczącym Dwudziestkom" samych sukcesów. Pozdrawiam. Grzywa. "A w sztandary wplótł odwagę wiatr Gdy stanęli u Dublina bram" No nie mogę się od tego uwolnić.:)) Ps. MOJE MORZE..Pisałem już o tym w innym miejscu... A WALHALLA? Mamy teraz coś wspólnego.:)) Chodzi mi o tytuł piosenki.
Odpowiedz na ten komentarz
dana

wysłano: 22:4,19 listopad 2008

Pawełku, przeczytałam Twoją recenzję i naszła mnie nieodparta chęć podzielenia się tym, co we mnie. Jak Ty, zacznę od okładki – Nie umiem ocenić czy jest to efekt pośpiechu, ale jeśli tak – to chciałabym się śpieszyć z takim efektem. Z marketingowego punktu widzenia dla mnie dobre zagranie. Okładka nie wyrażała niczego wprost, ale ta właśnie grafika połączona z „Dwudziestkami”, z „acappella” dawała zapowiedź czegoś zaskakującego, obietnicę innego, niebanalnego. Okładka zaintrygowała, uruchomiła proces myślowy i chęć posiadania ( a przynajmniej dowiedzieć się co tam jest) z czystej ludzkiej ciekawości. Zdecydowanie wyróżniała się spośród innych. Nawet jeśli się nie podobała - zmuszała, żeby się zatrzymać i dowiedzieć co dalej. I o to chodzi. Okładkę rozumiałam coraz lepiej z każdym kolejnym utworem. Wpadałam w dźwięki, głosy, głębię brzmienia. Zrozumiałam, że każdy obraz – konkretny, zdefiniowany nie wyraziłby tego, co jest na płycie. Zrozumiałam, że ta przeplatana, trójwymiarowa sieć to liryka i emocje każdego utworu, których się nie definiuje. Budzi też proste skojarzenie z siecią rybacką – i myślę, że można to uznać w pewnym sensie za namacalne nawiązanie do morskiego charakteru ( ale to takie banalne ;-)). Utwory? Nie będę opisywać każdego z osobna. Przywołam kilka, ale bez gradacji. Bez wątpienia Dwudziestki wyszły poza ramy schematycznego myślenia. Dla mnie „acappella” to płyta tworzona ze zrozumieniem. Dwudziestki dają tu siebie jak na dłoni. Swoje emocje, zaangażowanie, oddanie, wrażliwość, umiejętności, talent, doświadczenie i wiedzę. Świetnie łączą to w każdym kolejnym utworze, surowy materiał zmieniają w koronkową robotę. Ambitnie, profesjonalnie. Wydobyli smaczki, podkreślili to co stanowi o każdym utworze. Umiejętne skierowanie akcentu na – pozornie tylko – drobiazgi, spowodowało, że nagle ten utwór stał się wielki, np. Qnia w „Sinej mgle” śpiewając „ Tak nas poznał świat i uwierzył rad, w naród co tyranii zerwał sieć” – jako tło dla Sępa –wybija się na pierwszy plan - uderza centralnie. Timeraire, Wrak- pokazują wyraźnie jak wyewoluowali przez lata, okrzepli, nabrali doświadczenia, ale przede wszystkim stali się dojrzalsi. Nie spieszą się, smakują utwory – tekst, melodię. Sięgnęli po inne brzmienie. Genialny Kuba Kuśka w Opowieści przy kielichu. Natomiast nikt inny tylko Sęp mógł to zaśpiewać. Yasieq ( poza genialnymi aranżacjami) „upolował” mnie w Hog Eye Man. Za „Zieloną Wyspę” Martinez dostaje ode mnie Oskara, albo dwa :) pierwszy za kunszt, drugi za to, że wróciły wspomnienia. To są m.in. „te smaczki”. Kontrowersyjny Dr Gin – kontrowersyjny, ale tylko na pierwszy moment. Trzeba go „poczuć”. Dopiero wtedy można go rozumieć. To pewnie dlatego ciągle jest w czołówce „Top Listy”. Wiele osób go docenia. I „Moje morze”. Czy to rzeczywiście pomyłka? Czy na prawdę tu nie pasuje? Nie oceniam. Za to zupełnie nie rozumiem Twojego argumentu. Trafia do mnie mocarstwowość Rosji i Puszkin i Lermontow i każdy następny, ale nie trafia argument, że utwór jest zbyt potężny? Dla Kogo? A po za tym co to? Lenin? Wszechpotężny? Nietykalny? Oryginał mnie zachwyca, ale nie należy moim zdaniem tworzyć z tego nietykalnego monstrum. Zresztą w ten sposób można „skaleczyć” każdy utwór. Oryginał Ljube jest absolutnie doskonały – Dwudziestki podjęły rękawicę i zmierzyły się z potęgą, z jakim efektem? No dla mnie klasa. "Acappella" niezaprzeczalnie to swego rodzaju zjawisko. Do tej pory nie było takiej płyty. Nie mogę się nasłuchać najnowszą płytą Sąsiadów, cały czas wracam do ostatniej płyty Qftrów, ale od „acappella” nic już nie jest takie same. Paradoksalnie Dwudziestki „strzeliły sobie w kolano” tą płytą. Teraz poprzeczka wisi bardzo wysoko. Każda następna będzie bezlitośnie porównywana do tej ostatniej. O pomstę do nieba woła za to sam proces promocji płyty. To kompletnie niewykorzystana szansa, grzech zaniechania. Dwudziestki o to nie zadbały – to błąd, który zasługuje na solidne lanie. Czegoś takiego jak „acappella” nie zostawia się, aby żyło życiem własnym. Może ta wielomiesięczna cisza nad płytą to także kara za to zaniedbanie? p.s. starałam się, ale krócej nie mogłam :)
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI