Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

"Pisanie o tym rejsie jest jak tańczenie o architekturze" - XVII Szkoła Pod Żaglami

Reportaże z wypraw żeglarskich

Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt. Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas

Rozpoczął się rejs
Po długiej podróży autobusem
...

Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt. Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas

Rozpoczął się rejs
Po długiej podróży autobusem dojechaliśmy do portu w Livorno. Po przerzuceniu rzeczy z autobusu na Pogorię odbył się krótki apel, podczas którego zostaliśmy podzieleni na wachty i rozdzieleni do kabin. Od momentu przyjazdu, przez cały dzień, mieliśmy krótkie szkolenia o zachowaniu na jachcie, bezpieczeństwie, o linach i żaglach. Większość uczestników czekała z niecierpliwością na wejście na maszt. Moja wachta obsługuje dziób Pogorii, dlatego musieliśmy trochę poczekać. W międzyczasie uczyliśmy się stawiać nasze sztaksle oraz brasować reje. Wieczorem doczekaliśmy się wejścia na maszt. Przeżycie niesamowite, tym bardziej, że w porcie ludzie przez cały czas obserwowali naszą łódkę. Pod wieczór po kolacji dostaliśmy czas wolny, a że pogoda była bardzo ładna, chyba każdy uczestnik skorzystał z możliwości pochodzenia po Livorno. Od 2000 do 2400 moja wachta pilnowała statku (wachta trapowa) i jako że było to pierwsze "pilnowanie", sporo osób "pilnowało" razem z nami.Rano obudził nas dzwonek. Po zjedzonym śniadaniu rozległ się sygnał do opuszczenia statku. Wszyscy wybiegli z kamizelkami ratunkowymi na pokład - były to tylko ćwiczenia. Po ćwiczeniach wypłynęliśmy z portu w kierunku Monte Carlo. Pierwsze manewry dostarczyły wielu emocji, każdy z uwagą słuchał poleceń swojego oficera. Rozpoczął się rejs.

Bujanie.
Coś się dzieje mimo wszystko. Pozorna monotonia rejsu nie daje się we znaki. Choroba morska też już pożegnała pokład naszego żaglowca, więc i humor wszyscy mają lepszy. Kucharz pewnie się cieszy, bo na posiłki popyt jest wielki. Co z tego, że połowa przewidzianego pokarmu trafia na stół i antypoślizgową białą siatkę. Każdy przewrócony kubek czy porcja surówki na spodniach to powód do szczerej wesołości. Tylko biednym kambuźnikom nie jest do śmiechu. Starcie stołu, niby nic, ale po myciu tłustej brytfanki i wyszorowaniu sterty garów, każdy bonus jest irytujący. Poważna kadra stara się zapanować nad posiłkowym chaosem. Nawołują, ba, straszą: Nie krzyczcie bo będzie bujało! Śmiech na sali, ale załoga cichnie kryjąc pod swą wesołością zakłopotanie po zruganiu przez naszego kierownika. Rzecz się dzieje niesłychana, morze jakby także poczuło się w obowiązku posłuchania zaleceń Mikołaja i milknie na kilka chwil. Jednak, tak jak i załoga, szybko zapomina, że zostało zbesztane i dalej hulać zaczyna ze zdwojoną siłą. Lewo, prawo, aż przez bulaje widać morskie tonie. Współmiernie do upływu dni, pierwotna wesołość przeistacza się w znużenie.

Dzwonek na lekcje. Lekcje coś nowego. Cóż się będzie działo? Dziwna sprawa, buja we wszystkie możliwe strony, a nam każą kuć. Okazuje się, że nie taki diabeł straszny... Odyseusz spędzał upojne noce przez osiem lat z nimfą Kalipso, Newton wymyślił sekstant, a Diogenes żałował, że nie tak łatwo zaspokoić głód jak inne ludzkie popędy. Porównując ten czas z godzinami przesiedzianymi w szkolnej ławie jest całkiem interesująco. Tu i tam da się zauważyć błędny wzrok uczniów, opadające bezwiednie powieki. Tylko jedna myśl kołacze im się w głowie: Spać!

Słodki smak świtu
Monako pożegnało nas słońcem. Za nami Monte Carlo, miasto kasyn rzucone na nadmorskie skały, ze swoim jasnym portem luksusowych łodzi. Przed nami otwarte morze, 5 dni ciągłej żeglugi w stronę Sycylii i słony smak morskiej przygody na naszej wysłużonej brygantynie. Życie staje się powoli taktem wybijanym przez okręt. Wachta zmienia się w naszych towarzyszy, oficer w przyjaciela i autorytet, Pogoria w dom. Każdy dzień płynie swoim niezmiennym rytmem, przy którym gubi się czas. Który dziś dzień? Jakie to ma tutaj znaczenie. Szczęśliwi czasu nie liczą. Niech tylko drogi czytelnik nie pomyśli, że to rutyna. Nic bardziej mylnego. Pomimo tego rytmu (niosącego w sobie niezniszczalną pewność jutra) każdy kolejny dzień jest przygodą. I z każdym kolejnym dniem znikają kolejne problemy. O chorobie morskiej nie pamięta już nikt. Po 2 dniach kołysanie przestało przeszkadzać w codziennych czynnościach. Po 3 dniach stało się czymś normalnym. Gdy po 5 dniach postawiliśmy stopę na stałym lądzie pewnie poczuliśmy się dopiero z powrotem na okręcie. Wiem, że powinienem zdać w tym miejscu relację z postępów w rejsie ale... prawda dla jest taka, że tutaj po prostu trzeba być by zrozumieć. Pisanie o tym rejsie jest jak tańczenie o architekturze. Bo, drogi czytelniku, pióro nigdy nie odda tego co tu zobaczyliśmy i przeżyliśmy chociażby podczas tych 5 dni. Tutaj co dzień chciało by się krzyczeć: Trwaj chwilo! Trwaj! Gdy wrócimy będziemy mówić o tym etapie podróży. O rytmie dnia, o wspólnej walce z morzem i wspólnych zwycięstwach, o spracowanych dłoniach. Snute będą opowieści o klarowaniu żagli wysoko na rejach masztu, o delfinach idących w zawody z Pogorią, o wybrzeżach Sardynii zasnutych mgłą i wspinaczce na wulkan na wyspach Liparyjskich, o tych 5 dniach morskiego życia. Ale prawda i tak pozostanie taka sama. To wszystko tak naprawdę zrozumieją tylko ci, którzy są tutaj teraz ze mną. Ci którzy przeżyli to samo. Bo jak, jak nam pisać o tym, jak słodko po ciężkiej nocy smakuje świt koło Korsyki?

Oddech historii

Jest pierwszy wiek naszej ery. Nad Pompejami wstaje nowy dzień. Mieszkańcy budzą się do życia i wyruszają do pracy. Dzień jak każdy inny. Na targu sprzedawane są owoce, korale, gliniane naczynia, w knajpach przesiadują młodzieńcy podjadając drugie śniadanie, a dzieci biegają wokół ludzi bawiąc się w berka. Nagle ziemia zadrżała. Wszyscy skierowali oczy w stronę nieba myśląc, że pewnie ktoś rozgniewał bogów. Jednak to nie bogowie zesłali na Pompeje swój gniew. To Wezuwiusz, który uważany był za wielką górę, rozbudził się po wielu latach snu i postanowił pokazać swoją moc. To były ułamki sekund. Nagle niebo zasnuła wielka czarna chmura, z której sypał się gęsty pył. Wezuwiusz pluł lawą. Jego zbocza paliły się. Potężny jęzor żaru pochłaniał wszystko co miał na swojej drodze. Mieszkańcy Pompejów przerażeni zaczęli uciekać. Szukali swoich rodzin i biegli ile sił jak najdalej od zbliżającej się katastrofy. Pył osadzał się na ziemi i utrudniał ucieczkę. Niektórzy klękali i błagali bogów o przebaczenie. Jednak nie byli oni w stanie powstrzymać potwora przed atakiem na niewinnych ludzi. Byli bezradni, a Wezuwiusz ścigał swoimi gorącymi ramionami wszystkich.
Tragedia ta rozegrała się prawie dwa tysiące lat temu, a my dzisiaj odwiedzamy ruiny Pompejów i oglądamy dokonania Wezuwiusza. Miasto musiało być niegdyś malowniczym miejscem, a Pompejanie zapewne wysoko rozwiniętym narodem. Domy budowane były z płaskich cegieł zamiast z kamieni, dwu lub trzypiętrowe z wieloma pokojami, kuchnią, toaletą, bawialnią i ogrodem. Ulice były wąskie i wymagające od obcokrajowców odpowiedniego rozstawienia kół w wozach (co jakiś czas ustawiony był na środku ulicy okrągły kamień przypominający nasze współczesny pasy dla pieszych), a chodniki wysoko usytuowane, aby ścieki wpadały do podziemnej kanalizacji. Monumentalne termy były bardzo rozbudowanymi placówkami. Składały się one z kilku pomieszczeń, które odpowiednio oczyszczały ciało i umysł. Przechadzając się ulicami starożytnego miasta dotarliśmy do dzielnicy Różowych Latarni. Tam kobiety oddawały się mężczyznom o każdej porze dnia i nocy. Co ciekawe były one utrzymywane z budżetu miasta, ale ową informację w przewodniku znaleźli tylko chłopcy :). Pompeje pełniły równie
ż funkcję kulturową. Przykładem tego są dwa amfiteatry oraz wielki stadion, na którym rozgrywały się bitwy gladiatorów. W starożytnym teatrze Melisa, Kasia oraz Balonik pokazały nam swoje talenty. Była gra na gitarze, piosenka Marylin Monroe oraz pokaz akrobatyczny. Talentem wykazał się również dyrektor naszej szkoły - Miki wygłaszając wiersz Andrzeja Waligórskiego pt. "Upiór". Na stadionie nasi chłopcy postanowili odzwierciedlić walki starożytnych gladiatorów. Wybiegli z przeciwnych stron i rzucili się do walki. Ofiar niestety nie było, ale i tak było ciekawie. Gdzieniegdzie polała się krew z łokcia Piotrka, którą nasz lekarz zdołał szybko zatamować . Na koniec chłopcy popisali się swoimi kształtnymi klatkami piersiowymi ustawionymi w równym rzędzie. Zaskoczył nas również "Fikuśny" Maciej, który pokazał nam swe zdolności iluzjonistyczne. W sztuczce wykazał się chwilowym brakiem kości w rękach wyginając je w przedziwny sposób. Nadal nie wiadomo, jak on to robi! Wycieczkę zakończyliśmy miłym spacerkiem wśród starożytnych domów w Pompejach. Następnego dnia z samego rana wyjechaliśmy na wycieczkę do Herculanum. Tu również zwiedziliśmy starożytne miasto zasypane pyłem wulkanicznym. W wielkiej kotlinie materiału wulkanicznego wyżłobionej przez włoskich archeologów mieliśmy okazję zobaczyć najbogatsze starożytne miasto przypominające drogie kurorty. Mieszkali w nich najważniejsi przedstawiciele Imperium Rzymskiego. Miasto jest bardzo podobne do Pompejów z tą różnicą, że Herculanum posiadało więcej ośrodków sportowych, m.in. basen i bieżnię oraz znajdowało się tuż nad morzem, gdy Pompeje były położone wysoko na zboczu Wezuwiusza. Miasto to również było przepiękne. Zaprowadził nas do niego sam konsul, od którego dostaliśmy różne ulotki i mapy miasta zarówno starożytnego jak i współczesnego, które rozciąga się teraz leniwie na wybrzeżu. Wycieczkę zakończyliśmy czasem wolnym w Castellamare di Stabia przeznaczając go na drobne zakupy, podziwianie widoków morza z promenady oraz degustacją włoskich specjałów, czyli spaghetti i pizzy. Wieczorem po przepysznej kolacji przygotowanej przez naszego wesolutkiego kuka Maćka pod pokładem usłyszeliśmy alarm manewrowy. Każdy chwycił swoje szelki i wybiegł na pokład na swoje stanowisko. Silnik zapalony, cumy oddane, odbijacze schowane, żagle rozwinięte i obieramy kurs na Rzym. Wiatr delikatny, więc żegluga spokojna. Pozdrawiamy wszystkich, którzy uważnie śledzą losy dzielnych marynarzy z pokładu pięknej Pogorii.

 

Autorzy: Wojtek Niedzielski - wachta I, Maciej Rotowski - wachta IV, Mateusz Cytrowski - wachta IV, Aleksandra Hasny-Nena - wachta I

Tekst nadesłała: Magdalena Czerwińska-Matysiak


Więcej o Szkole pod Żaglami na www.epz.pl
Fot: Dominik Bac (www.epz.pl)

Informację wprowadził(a): Jolanta "Skrzypaczka" Gacka - godz. 9:45, 6 luty 2009, wyświetlono: 707 razy

Simon

wysłano: 10:58,6 luty 2009

Tańczenie o architekturze... :) No to mamy na portalu kolejny cytat z Zappy;) Jolu gratuluję tekstu!
Odpowiedz na ten komentarz
ojerzy

wysłano: 12:41,6 luty 2009

Pierwsze zdanie... Uff! "Pogoria" nie jest okrętem - po paru dniach rejsu na niej, warto choć tyle wiedzieć... Dla przeciętnego czytelnika "gazety" może to być bez znaczenia, ale na tym portalu - razi. A Jola - którą serdecznie pozdrawiam - nie ma (jeśli dobrze widzę) nic wspólnego z autorstwem tego tekstu. Serdeczności. Jurek O.
Odpowiedz na ten komentarz
SKRZYPACZKA

wysłano: 12:45,6 luty 2009

Simonku doczytaj do końca - to nie ja jestem autorem - ja ten tekst tylko wprowadziłam :) (jak to słusznie zauważył Jurek O.) To są przeżycia uczestników XVII SPŻ... Jak ja im zazdroszczę... :)
Odpowiedz na ten komentarz
Marek

wysłano: 13:53,6 luty 2009

Przerwałem po informacji, że "Newton wymyslił sekstant". Mam nadzięję, że mówiono o tym, iż jest pewna różnica między Johna Hadleya a Newtonem. "Okręt" przeżyłe po uprzedzeniu w komentarzu przez Jurka.
Odpowiedz na ten komentarz
Antek Stalich

wysłano: 0:33,7 luty 2009

Naprawdę się czepiasz. Zasadę działania sekstansu wynalazł właśnie Newton (jako oktant), znaleziono to opracowanie w jego pismach po śmierci tego wielkiego filozofa naturalnego. Panowie Hadley i Godfrey wynaleźli oktant niemal równocześnie (po śmierci Newtona), Hadley udoskonalił instrument konstruując sekstans. A zresztą... jakie jest przełożenie wynalazcy sekstansu na rejs, szczególnie w erze GPS? ;-) Co do artykułu, jest fatalnie złożony. Brak światła między większymi myślami w artykule powoduje, że czyta się go źle. Czy jest tu jakiś Redaktor? Pozdrawiam serdecznie wszystkich!
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI