Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

"SZANTYPODY" - Antypody Szant? Rozmowa z Grzegorzem Majewskim

Wywiady


Grzegorza Majewskiego - jednego z założycieli Pereł i Łotrów Shanghaju spotkałem po latach, na The Tall Ships' Races w Szczecinie. Spotkanie zaowocowało wspomnieniami i pytaniami o dzień dzisiejszy. Nie dane nam było długo pogadać, więc umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Wtedy
...

Grzegorza Majewskiego - jednego z założycieli Pereł i Łotrów Shanghaju spotkałem po latach, na The Tall Ships' Races w Szczecinie. Spotkanie zaowocowało wspomnieniami i pytaniami o dzień dzisiejszy. Nie dane nam było długo pogadać, więc umówiliśmy się na kolejne spotkanie. Wtedy dowiedziałem się, że wraz z częścią"pierwotnego" składu zespołu przygotowuje nową płytę. Z jubileuszowym krążkiem o wieloznacznej nazwie "Szantypody" chcą wkroczyć w nowe 15-lecie. Jakie będzie? To i inne pytania zrodziły pomysł na wywiad.

Z informacji zamieszczonych na Waszej stronie oraz na forum i portalu Szantymaniaka wynika, że jesteście na końcowym etapie przygotowywania płyty. Jaka ona będzie?


Mamy nadzieję, że zaskakująca. Choć obawiamy się, jak zostanie odebrana przez miłośników naszej dotychczasowej twórczości. Przyznajemy, że nie jest to płyta szantowa, choć szanty w wielu przypadkach są pretekstem do różnych wariacji na temat. Miłośnicy szanty klasycznej z pewnością będą rozczarowani, natomiast jest szansa, że miłośnikom ogólnie pojmowanej muzyki folkowej materiał się spodoba. Jeśli płytę wydaje znany "ortodoks" szantowy Jurek Rogacki, to chyba nie jest najgorzej (śmiech). "Szantypody" to przede wszystkim nasz album urodzinowy, nagrany na 15-lecie powstania zespołu i nosi wszelkie znamiona dobrej imprezy (śmiech). Przyjechało do studia sporo gości. Jedni są naszymi długoletnimi przyjaciółmi (jak muzycy Beltaine czy Tadek Bugiel), inni stali się nimi po tej sesji. Jak to na prawdziwych urodzinach bywa, jest trochę wspomnień, trochę nowinek i przede wszystkim dużo dobrej zabawy. I taka jest ta płyta. Odkurzamy na niej kilka naszych perełek, z których byliśmy najbardziej zadowoleni przez ostatnie 15 lat. Do tego dorzucamy zestaw premier, które zaaranżowaliśmy jak na XXI wiek przystało (śmiech). Radości i emocji z ponownego spotkania w studiu było co nie miara i choćby dlatego warto było zrealizować ten materiał. Reszta należy do naszych słuchaczy.

Wspominałeś, że członkowie zespołu mają różne zainteresowania muzyczne. Jaki wpływ ma to na charakter utworów przygotowywanych na płycie?

Ogromny. Wstyd się przyznać, ale w chwili obecnej w ogóle nie słuchamy szant.

Maras (Marek Razowski) przez kilka lat liderował dwóm zespołom o charakterze rockowo-popowym (Czterej Pazerni i Welocyped) i cieszył się współpracą z takimi asami jak Zbigniew Wodecki, Wojciech Karolak czy Jose Torres. To nie mogło pozostać bez wpływu na kształt materiału. Usłyszycie to z pewnością w wokalach prowadzących na płycie. Po raz pierwszy w historii zespołu większość piosenek śpiewa Maras, podczas gdy wcześniej ja byłem głównym głosem zespołu. To zabieg celowy, bo Maras ma absolutnie nieszantowe podejście do śpiewania i posiada niezwykłą lekkość do improwizowania. Pamiętam, jak przez wiele lat toczyłem z nim boje o to, żeby podczas koncertu śpiewał to, co jest rozpisane w aranżacji, a nie to, co aktualnie ma w głowie (śmiech). Po latach dojrzałem i zobaczyłem, że mamy nie odkryty talent w zespole, który nie tyle należy wciskać w narzucony repertuar, co dać mu szansę zinterpretować go po swojemu. Efekty usłyszycie na "Szantypodach". Zwróćcie uwagę, jak bardzo liryczny i nostalgiczny będzie Maras tam, gdzie śpiewa o życiu i rzeczach smutnych ("Życie łotra"), a tam gdzie opowiada o ziemskich uciechach ("Whisky Nancy", "Podaj mi banjo") będzie zwyczajnym "sprośnym zwierzęciem knajpianym" (śmiech). W obu tych, jakże różnych, rolach brzmi rasowo i autentycznie, a to wielki dar.

Banjor (Grzegorz Pachla), nasz nowy Perłotr, jest dyplomowanym gitarzystą klasycznym. Kiedy się poznaliśmy, o banjo wiedział jedynie tyle, że jest to instrument z grupy strunowych, szarpanych. Któregoś dnia pożyczyłem mu swoje banjo, zaaplikowałem zestaw obowiązkowych płyt z Belą Fleckiem na czele i zaproponowałem zaprzyjaźnienie się z instrumentem. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Po dwóch tygodniach była to rasowa odwzajemniona miłość, która płomiennie przerodziła się z wieloletniej, jak się okazało, miłości platonicznej do tego instrumentu. Banjor bowiem przyznał, że od dłuższego czasu marzył, by spróbować, ale nie miał możliwości. Przez następne kilka miesięcy regularnie mnie zaskakiwał, nie tylko swoimi postępami w technice grania, ale przede wszystkim tym, co ma w głowie. Posłuchajcie na "Szantypodach", co zrobił z popularną pieśnią "Chiński żeglarz", grając do niej wstęp.

Dżozef (Konrad Irzyk) może najmniej udziela się w zespole od strony koncepcyjnej, ale jego mocny jak dzwon głos, o charakterystycznej barwie, był od lat wizytówką zespołu.

Ja coraz bardziej eksperymentuję z jazzem. Dążę do tego, aby w przyszłości skonfigurować jakieś drobne combo jazzowe i poimprowizować trochę. Mam nadzieję, że moje fascynacje tym gatunkiem będą słyszalne w naszych premierowych nagraniach na płycie.


Płyta jest płytą jubileuszową. Zespół reaktywował swoją działalność z okazji 15-lecia powstania zespołu. Czy mógłbyś przybliżyć nam moment powstania zespołu?

Po historię zespołu zapraszam na stronę www.szantypody.pl, gdzie opisujemy w zarysie nasze losy po kronikarsku. Tu może opowiem kilka słów od strony towarzyskiej. Zanim poznałem Marasa, słyszałem o nim od wielu naszych wspólnych znajomych. Zaskakująca była zawsze powtarzająca się ich opinia, iż jak to możliwe, że jeszcze się nie znamy, skoro podobnie emocjonalnie traktujemy muzykę. W tamtym czasie, ponad 15 lat temu, Maras miał u siebie w pokoju prawdziwe organy Hammonda, zestaw bębnów oraz gitary, a o muzyczno-towarzyskich imprezach u niego krążyły nie przesadzone legendy. Na tych salonach po prostu warto było bywać (śmiech).

Poznałbym Marasa prędzej czy później, ale stało się to błyskawicznie dzięki temu, że zostałem zaproszony do pewnego liceum w Katowicach jako juror na szkolnym konkursie piosenki żeglarskiej. Grał tam zespół Stare Dobre Małże, czy jakoś tak, któremu liderował Maras i który jednogłośnie zdeklasował rywali. Po konkursie wymieniliśmy pomiędzy sobą rutynowe grzeczności i... na tym się skończyło. Pół roku później przypadkowo "zderzyliśmy się" w bramie prowadzącej do ZOO w Chorzowie (tam też warto bywać!) i jeszcze tego samego dnia umówiliśmy się na niezobowiązującą pogawędkę o muzyce u niego w domu. Pogawędka po 15 minutach skończyła się spontanicznym wyjściem na klatkę schodową o nieprzeciętnej akustyce i ponad trzygodzinnym śpiewaniem, a działo się to 01.10.1992. Po tym już nic nie było takie samo (śmiech). Miesiąc później wystąpiliśmy jako debiutujące Perły i Łotry Shanghaju na festiwalu "Tratwa 1992", wraz ze Sławkiem Olko, Piotrem Wierzbikiem i Konradem Irzykiem (który obecny był jedynie duchem, bo tego dnia akurat nie mógł wystąpić).

Wszystkich pozostałych chłopaków, których zaprosiłem do udziału w zespole, znałem z poprzednich muzycznych i okołomuzycznych przygód. Sławka Olko znałem z jego wcześniejszego zespołu Małe Co Nieco, do występu z którym zostałem kiedyś zaproszony. Zdobyliśmy wtedy 3 miejsce na "Tratwie 1990" (to dlatego zresztą zostałem zaproszony później jako juror do liceum Marasa). Z pozostałymi chłopakami znałem się poprzez ogłoszenie, które znalazłem kiedyś w sklepie muzycznym w Katowicach (poszukiwano wokalisty do zespołu szantowego). Nic z tego nie wyszło, ale znajomość pozostała. W tej grupie znajomych był zresztą Banjor, który jest teraz świeżo upieczonym Perłotrem.

Jakie były dalsze losy zespołu?

Nagroda w debiucie na "Tratwie" i nominowanie po pierwszym występie na festiwal "Shanties" dodały nam niesamowitych skrzydeł. Zaczęliśmy intensywnie pracować nad tym, co do tej chwili było jedynie spontanicznym wybrykiem żądnych przygód młodzików. Pech chciał, że największą wiedzą muzyczną dysponował w tym czasie Piotr Wierzbik, a on pożegnał nasz zespół krótko po debiucie na "Tratwie" (w tym czasie udzielał się też w kilku kapelach rockowych i najwyraźniej to go interesowało bardziej). Co było robić, zakasaliśmy rękawy i drobnymi kroczkami zgłębialiśmy tajniki zarówno wiedzy szantowej, jak i przede wszystkim muzycznej.

Dzisiaj mamy ogromną satysfakcję z tego, że etapy naszego rozwoju zostały udokumentowane na kolejnych płytach, na których słychać wszystko. Pierwsza płyta "Sail Ho" jest dla nas dzisiaj bardziej dokumentem pokazującym przewagę emocji nad doświadczeniem, niż materiałem dźwiękowym, który mógłby być naszą wizytówką, ale jesteśmy z niego dumni. Włożyliśmy w tę płytę rok pracy w studio i kiedy przystępowaliśmy do nagrań nie wiedzieliśmy nic. Kiedy ją skończyliśmy, wiedzieliśmy jak nagramy następną. Każda zaś późniejsza płyta była kolejnym odkrywaniem "nieznanych lądów". Na naszym tegorocznym albumie zestawiliśmy nagranie "Whisky Nancy" z pierwszej płyty z 1995 roku z tą samą piosenką, ale nagraną już w tym roku. To przepaść w realizacji i świadomości muzycznej, ale ile wspomnień i sentymentów.

Pomiędzy płytami była oczywiście duża liczba najpierw konkursów i nagród, a później już koncertów w charakterze gości. Gdzieś od 1995 roku nie musieliśmy już grać w konkursach i staliśmy się regularną kapelą festiwalową. Na przełomie 1998/1999 zespół zmienił skład i jest to niestety najgorsza karta w jego historii. Pod koniec 2000 roku, pomimo iż nagraliśmy dobrze przyjętą płytę "Kanał lewy, kanał prawy", byłem zmuszony ze względów zdrowotnych (parotygodniowa rehabilitacja) opuścić zespół na kilka miesięcy. Kiedy parę miesięcy później, w lutym 2001, byłem gotowy do kontynuowania działalności scenicznej, nowi członkowie grupy odmówili mi możliwości powrotu do zespołu. W tej sytuacji podjąłem decyzję o jego rozwiązaniu.

W styczniu tego roku sporym zaskoczeniem było dla mnie otrzymanie zaproszenia na 15. urodziny naszego zespołu. Szczególnie, że był to blisko roczny falstart. Gdyby główni bohaterowie tej uroczystości lepiej znali naszą historię, na przykład uczestnicząc w niej, to wiedzieliby, że zespół powstał 10 miesięcy później i że zakładało go pięć osób, a nie cztery (piątym założycielem był Piotr Wierzbik, którego udział całkowicie pominięto). Ponadto wiedzieliby, że utwór "Stary ląd" z tzw. urodzinowej "Płyty dla przyjaciół" posiada dwóch autorów: Piotra Wierzbika i mnie i wypada tego typu informację umieścić na okładce.

Pomimo tych wszystkich przykrości jestem przekonany, że przywrócimy pozytywne wspomnienia, a naszym słuchaczom zapewnimy dobre emocje naszą nową płytą "Szantypody".

Część członków zespołu uczestniczyła we wspólnym projekcie z Tomem Lewisem i Qftrami. Jaka była idea projektu?

Tom Lewis zrobił na mnie ogromne wrażenie kiedy po raz pierwszy usłyszałem go na żywo na festiwalu w Iławie w 1999 roku. Ten głos!!! Traf chciał, że tuż po tej imprezie graliśmy z Tomem tygodniowe tournee po Finlandii i mogliśmy się bliżej zapoznać. To wtedy pomyślałem, że warto byłoby zrobić projekt łączący surowe brzmienie szantowego naturszczyka z harmonicznym wielogłosowym chórem, typowym dla polskich wykonawców. Miałem świadomość, że nie byliśmy pionierami w tej dziedzinie, bo wcześniej robiły to już np. Cztery Refy czy Marek Szurawski, ale byłem przekonany, że mam inny pomysł na taką współpracę. Wiedziałem, że muszę postawić na wyeksponowanie dwóch światów śpiewania szant (tradycyjnego i nowoczesnego), ale w taki sposób, aby każdy z nich zachował swoją tożsamość, a jednocześnie zespoliły się tworząc nową jakość.

Kiedy pół roku później zawiesiłem działalność Pereł, stając się wolnym strzelcem, mogłem swobodnie rozglądać się za współpracownikami (śmiech). Wiedziałem, że do tego projektu należy zaangażować najlepszych z najlepszych, więc wybór bez zastanowienia padł na Qftry. Darzę chłopaków ogromnym szacunkiem za to jak śpiewają, jak grają i jakimi są ludźmi. To moim zdaniem najlepszy zespół wokalny w tym kraju, szkoda tylko, że częściej przekonuje się o tym publiczność za granicą. Drugi telefon wykonałem do Marasa, mojego przyjaciela i współpracownika z Pereł, i zespół był gotowy. Ruszyła ponadroczna produkcja.

Przecieraliście szlaki na rynku szantowym, jeśli chodzi o "wirtualne" tworzenie nagrań. Wszystko poszło bez problemu?

Rzeczywiście, wszystkie prace dotyczące uzgodnień repertuaru, nagrań, rozwiązań aranżacyjnych koordynowaliśmy z Tomem przez Internet. Najciekawsze jest to, że uczestnicy projektu poznali się osobiście dopiero rok po ukazaniu się płyty na rynku. Zostaliśmy zaproszeni na koncerty do USA, gdzie dopiero na miejscu Tom Lewis i Qftry mogli sobie po raz pierwszy uścisnąć dłonie. Nie obyło się bez nerwów, bo jak się można spodziewać, jedyne próby, jakie zrealizowaliśmy przed pierwszym wspólnym występem, to były próby na miejscu w Chicago, ale wszystko poszło idealnie.

Jeśli chodzi o nagrania, to oczywiście także nie obyło się bez problemów. Np. kiedy Tom przesłał nam swoją część nagrań zrealizowanych w Calgary, w których grał na ukulele, okazało się, że ukulele nie stroi do akordeonu Bartka z Qftrów. Akordeon ten bowiem sam z siebie był lekko "poza tonacją". Musieliśmy Tomowi dosłać próbki jego dźwięków, żeby do nich dostroił ukulele i powtórzył nagranie. Na szczęście technika mp3 i Internet znacznie przyśpieszyły komunikację. Nie wyobrażam sobie zrealizowania tego wszystkiego bez Internetu.

Projekt miał także spore problemy finansowe. Główny sponsor, który obiecał pokryć koszty produkcji, przestał odbierać telefony w momencie, kiedy przyszło do zapłaty pierwszych pieniędzy, a ja wycofać się z zobowiązań już nie mogłem. Musiałem zdrowo nakombinować, czego konsekwencje ponosiłem jeszcze długo później. Straciłem kilkoro przyjaciół, ale za to, dzięki pracy nad płytą w Szczecinie i dzięki Qftrom, poznałem swoją żonę.

Skoro wspominamy wydarzenia z przeszłości - z czym kojarzy Ci się: beczułka piwa, samochód i kryształowy wazon oraz skrzypek w białych spodniach, nie na dachu a na drzewie o 5 rano w...?

(śmiech) Oczywiście, że pamiętam wyczyny mojej ulubionej skrzypaczki (Iza Puklewicz - skrzypaczka Czterech Refów i Flash Creep). Nie wiem jednak czy przystoi opowiadać, jak bawiła się brać wykonawców szantowych na bankietach w Wiśniowej Górze, corocznie odbywających się po "Kubryku" w Łodzi. Wolałbym abyśmy wszyscy zgodnym głosem utrzymywali, że śpiewanie szant to przede wszystkim ciężka praca, ale ktoś to musi robić (śmiech).

Iza rzeczywiście podczas jednego z takich bankietów "zainstalowała się" na jednym z drzew (wybacz, ale nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego właśnie tam i może to wcale nie było w Łodzi, a w Tarnowie) i uraczyła nas wykwintnym recitalem skrzypcowym zawierającym takie niekwestionowane klasyki piosenki żeglarskiej, jak "Skrzypek na dachu". Miód dla serca i dla ucha. Cały problem był w tym, że Iza wystąpiła w regularnym uniformie scenicznym Czterech Refów (białe spodnie, granatowa bluza), który, łagodnie rzecz ujmując, po zejściu z drzewa nie nadawał się do pokazania na koncercie w dniu następnym (śmiech).

A co do beczki i wazonu - to na jednym z "Kubryków" Iza Puklewicz otrzymała nagrodę w postaci pięciolitrowej beczułki piwa bez... "pipy". W promieniu kilku kilometrów nie można było znaleźć pipy, a pragnienie narastało. W końcu starymi harcerskimi sposobami dobraliśmy się do beczki przy pomocy gwoździ, drutu i podstawki pod żelazko (śmiech), odkrywając przed naszymi gardłami to, co w beczce najcenniejsze. Niestety, próba zmuszenia beczki do bycia jednocześnie naczyniem konsumpcyjnym skończyła się zaimpregnowaniem naszych ubrań nieprzyjazną dawką "chmielu" w aerozolu. Ktoś ze współbiesiadników i nie dałbym głowy czy nie autor tego wywiadu, zaproponował przelanie zawartości beczki do największego kufla, jaki był w okolicy, czyli miejscowego wazonu na kwiaty. Tak oto po raz pierwszy byłem świadkiem sytuacji, w której grupa kilkunastu współbiesiadników jest w stanie zaspokoić swoje pragnienia zawartością jednego "kufla" (śmiech).

Wiesz, że do dziś mamy wszyscy wielki sentyment do Łodzi i "Kubryku". Doceniamy fakt, iż organizatorzy "Kubryku" z dużą pieczołowitością dbają o to, aby wykonawcom było dobrze pod każdym względem (cokolwiek to oznacza ;-)). A bankiety w Wiśniowej Górze to historia, do której zawsze wracamy z sentymentem. Zresztą przygody łódzkie nie oszczędzały nas także i poza tymi bankietami. Zespół wszedł kiedyś w poważny konflikt z łódzką policją, która nakryła go, jak nocował na dziko w jednym z łódzkich parków. Ale to historia na osobne spotkanie. Przy piwie.

Jakie są plany zespołu na przyszłość?

Bardzo chcielibyśmy, aby Perły i Łotry Shanghaju kontynuowały swoją działalność sceniczną i zrobimy wszystko żeby tak było. Niebawem spróbujemy zrealizować pewien zaskakujący scenariusz, którego powodzenie jednak nie zależy w 100% od nas. Poczekajmy, zobaczymy, a na razie możemy zapowiedzieć premierę płyty "Szantypody" już w grudniu bieżącego roku.

Z Grzegorzem Majewskim rozmawiał Mariusz Bartosik

Zdjęcia 1,3 - Mariusz Bartosik, 2,4 - z archiwum zespołu




Informację wprowadził(a): Mariusz Bartosik - godz. 21:14, 2 grudzień 2007, wyświetlono: 930 razy

miodek

wysłano: 23:14,3 grudzień 2007

niezłe gość się rehabilitował a później jak go nie chcieli z powrotem to rozwiązał zespół:)) rozumiem że to własność prywatna:P
Odpowiedz na ten komentarz
toopi

wysłano: 22:9,14 grudzień 2007

Przed momentem miałem okazję wysłuchac "Szantypod'ów". Cała płyta zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Jest to materiał inny od mojej ulubionej płyty (wtajeminczeni wiedzą dlaczego;-) "Piesni po pracy" od strony szantowej, niemniej muzyka jest dojrzała i pokazuje spojrzenie na ten rodzaj twórczości z dużym dystansem - widac chłopaki świetnie bawili się w studiu. Polecam każdemu kto chce posłuchać paru nader fajnych dzwięków w nowych, nierzadko odjechanych, interpretacjach. Teraz wypada mi poczekać na to, co Mayasty miał na myśli w wywiadzie, mówiąc że chciałby by "Perły" kontynuowały działalność sceniczną. Życzę powodzenia! Tomasz "Topi" Nocoń
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI