Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

"Żuraw" okiem internauty (IX "Szanty pod Żurawiem", 10-11 lipca 2008 r.)

Relacje

"Szanty pod Żurawiem" odbyły się już po raz dziewiąty. Jubileusz za pasem, należy zatem traktować gdański festiwal jako imprezę w pełni dojrzałą i ukształtowaną.

 Jego pozycję na szantowej mapie Polski trudno określić. Z pewnością nie jest to

...

"Szanty pod Żurawiem" odbyły się już po raz dziewiąty. Jubileusz za pasem, należy zatem traktować gdański festiwal jako imprezę w pełni dojrzałą i ukształtowaną.

 Jego pozycję na szantowej mapie Polski trudno określić. Z pewnością nie jest to festiwal typowy. Organizowany z "telewizyjnym" rozmachem, w znakomitej scenerii, proponujący świeże pomysły (szanty i jazz - pomyślałby ktoś?) i plejadę gwiazd na scenie. Z drugiej strony - bardzo odległy od tego, czym szanta była (jest?), nakierowany na masową publiczność.

- To jeden z najlepszych w Polsce festiwali szantowych - uważa Maciek Jędrzejko. - Połączenie różnych obszarów estradowych, na przykład jazzu tradycyjnego i piosenek żeglarskich, dało rewelacyjny skutek - pisał Mirek Kowalewski w swoim felietonie-relacji sprzed trzech lat.

- Było sympatycznie... pod względem towarzyskim. Bo pod innymi (a zwłaszcza artystycznym) to co najwyżej "tak sobie". Wolałbym coś bardziej... szantowego? - komentował Rafał "Taclem" Chojnacki w 2005 r. W swoim stylu żartował wtedy Jerzy Ozaist: - Jest jeszcze kilka miejsc, do których nie dociągnęli asfaltu. Pani Nina nie dojedzie! Budżet wprawdzie niski, ale po szklaneczce dla was wystarczy. - Niemal identycznie brzmiał tegoroczny komentarz Ryszarda Wąsowicza: - Ludziska, chyba nie tędy droga, albo przestańmy nazywać takie imprezy festiwalami szantowymi.

Nieprzypadkowo przytaczam te opinie. Zabieram się bowiem do pisania relacji z festiwalu z pozycji człowieka, który nigdy na nim nie był. Mało tego, nigdy nie był w Gdańsku, a Bałtyku nie widział od 16 lat... W tym roku jednak organizatorzy "Szant pod Żurawiem" sprawili szantymaniakom-internautom nie lada niespodziankę. Cały festiwal był bowiem "na żywo" transmitowany w internecie. Michałowi Juszczakiewiczowi i jego ekipie należą się ogromne brawa!

Poniższa relacja będzie więc obejmować tylko to, co było widoczne w "okienku" na ekranie komputera, począwszy od piątkowego koncertu "Szanty i jazz". Całą resztę postaram się oddać za pomocą opinii tych, co "byli i widzieli".

 

"Poręba" i jazz

 

W koncercie inauguracyjnym "Szant pod Żurawiem" (albo też Neptun Shanties Festival, tak bowiem od niedawna brzmi alternatywna nazwa imprezy) wystąpili Sąsiedzi, Klang, Mietek Folk i Banana Boat. Tylko ta czwórka miała okazję zaprezentować się "nieco" dłużej (po ok. pół godziny). Niestety, odbiór muzyki na widowni był fatalny. Kamil Piotrowski (Sąsiedzi): -

Podobno spóźniła się, i to dość sporo, ekipa ze sceną, no i stąd obsuwa i problemy. Paweł Jędrzejko (Banana Boat): - Faktycznie, pierwszego dnia wszystkie zespoły zeszły ze sceny sfrustrowane, ale już następnego dnia było świetnie, bo organizatorzy wyciągnęli wnioski.

Koncert "Szanty i jazz" to już znak firmowy gdańskiej imprezy. Pomysł odważny i - jak pokazują kolejne edycje - udany. Przemysław Dyakowski z zespołem Take It Easy (w którym moją uwagę zwróciła wokalistka Joanna Knitter) oraz Jerzy Detko i jego Detko Band gwarantują "pewien" poziom. Ich koncerty rozdzielił recital Andrzeja Koryckiego i Dominiki Żukowskiej, było trochę "evergreenów" (Cztery piwka), ale i coś po rosyjsku (w śpiewanie włączył się tu prowadzący koncert "Koval").

Gwiazdą pierwszej wielkości był jednak tego dnia Jurek Porębski. W młodości uprawiający jazz i swing (m.in. z Przemysławem Dyakowskim właśnie), od czasu do czasu wzbogacający muzykę Starych Dzwonów jazzującymi "wstawkami" na trąbce. Tutaj był w swoim żywiole - gdyby nie śpiewał piosenek żeglarskich, z pewnością odnalazłby się w składzie niejednego jazzbandu. Towarzysząc Detko Band pokazał trochę improwizacji, zaśpiewał When the Saints Go Marching In, a przede wszystkim oryginalną wersję Starego dziadka, czyli St. James Infirmary. Bawili się muzycy, bawiła publiczność, a Michał Juszczakiewicz (w kapitańskiej marynarce) pożegnał publiczność godzinę po planowanym czasie.

 

Szantowe premiery

 

Drugi dzień rozpoczął się koncertem dla dzieci (Klang oraz Zejman & Garkumpel), na którym gościły dzieci z Białorusi. Największe atrakcje czekały wieczorem - koncert "Gdańskie premiery szantowe" był jednocześnie rywalizacją o Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska w niebagatelnej wysokości 5000 zł (niewiele jest konkursów "amatorskich" na naszej scenie, gdzie stawką jest choćby połowa tej kwoty). Premiery były nie do końca premierowe, albowiem regulamin stanowił, że "nagroda przyznana może być tylko szancie (sic!), która: a. nie była poddana dotąd ocenie jury na żadnym przeglądzie czy festiwalu, b. nie była wydana na płycie, która trafiła do sprzedaży" (§ 2 regulaminu). Wiele z prezentowanych utworów miało premiery na ostatnich "Shanties", ale były i zupełne nowości. Każdy z wykonawców zagrał w sumie trzy piosenki.

Pogoda nie sprzyjała - nad Gdańskiem przeszła spora ulewa. W Poznaniu w tym momencie za oknami upał. Kto by pomyślał, że to jednak Gdańsk ostatecznie będzie miał z aurą łagodniej...

Rywalizacją nie był zainteresowany Andrzej Korycki. Jemu i Dominice towarzyszył na scenie bowiem Zamkowy Chór Kameralny z Ostródy (dyrygent - Andrzej Kowalski). Ciekawie zabrzmiał John Kanaka, pojawiła się znana już z piątku czarnomorska ballada ("O Morze Czarne, mój śnie...") - jak się okazało, autorem jej słów jest sam Andrzej Mendygrał. Występ ten spodobał się do tego stopnia, że w przyszłości do "Szant i jazzu" mają dołączyć "Szanty z chórem"...

Poza konkursem wystąpił także Zejman & Garkumpel, który jednak obok Zupy z gwiazd i Hej, obudzę falę pokazał nowość. Nie jest to może przebój na miarę Lądu przebudzenia, ale sympatyczna piosenka - z pewnością.

 

Opłyńmy razem ocean marzeń, aż się ukaże dobry ląd,

hej, rumu nalej, niech niosą fale, byle najdalej odpłynąć stąd.

("Opłyńmy razem", sł. i muz. Mirosław Kowalewski)

 

Roman Roczeń po długiej przerwie zaliczył niejako "powtórny debiut" na festiwalu. Na gitarze akompaniował mu Waldemar Lewandowski, a repertuar składał się niemal z samych "sztandarowych" piosenek Romka. Trochę nie wyszło włącz

enie publiczności do śpiewania Baby ze stali - hit Sailora znany jest jednak głównie fanom poznańskim i warszawskim.

Pierwszym wykonawcą konkursowym okazała się być dopiero Gdańska Formacja Szantowa. Miejscowe trio potraktowało występ "na własnej scenie" wyjątkowo poważnie - nowości były aż dwie. Utwór Krzysztofa Jurkiewicza tradycyjnie już miał dużo wspólnego z piosenką poetycką, zaś Jacek Jakubowski nawiązał do brzmień folkowych (a także... historii Gdańska).

 

Ty snujesz plany, choć dobrze wiesz, dobrze wiesz, że zbyt krótko zostanę.

Czy będziesz mogła wciąż kochać mnie, jeśli znowu wypłynę nad ranem.

("Jeśli znowu wypłynę", sł. i muz. Krzysztof Jurkiewicz)

 

W morze nas Pawle prowadź, jak naszych ojców, gdy dusił ich ląd.

W morze, aż na kraj świata płyńmy po ostateczny sąd.

("Kaper Paweł Beneke", sł. i muz. Jacek Jakubowski)

 

Do miejscowych realiów nawiązał również Klang.

 

Rośnie w górze larum gwiazd, niesie w niebo jasny blask,

jak by miały lśnić najpiękniej w bruku gdańskim tej nocy letniej.

("Barok gdański", sł. Łukasz Skowroński, muz. trad.)

 

W tym momencie Krzysztof Jurkiewicz, który bardzo dobrze spisywał się w roli konferansjera (sporo ciekawostek i informacji o festiwalu), poinformował, że przez internet "Szanty pod Żurawiem" śledzi 800 internautów, w tym 500 z Irlandii (?!). A na scenie EKT Gdynia i Skarb kapitana Kidda.

 

Dziś kapitan Kidd ukryje skarb, a na straży stanę ja.

Chociaż najpierw życie dam, bo chodzi o to,

że wystarczy tylko jedno słowo, wystarczy jeden szept,

by suchy piach pochłonął całe złoto.

("Skarb kapitana Kidda", sł. Ireneusz Wójcicki, muz. Janusz Nastarowicz)

 

W tym momencie zadzwoniłem do przebywającego na festiwalu Macieja Olszewskiego, szefa Szanta Claus Festiwal: - Wydaje mi się, że na publiczności jest ok. 250-300 osób, część uciekła przed deszczem. Długim Targiem spaceruje dużo turystów, część przystaje za ogrodzeniem, ale ma coś w rodzaju bariery psychicznej, nie wchodzi dalej. Zauważył to również Krzysztof Jurkiewicz: - Państwa zza płotu zapraszamy na ławeczki!

Potem rewelacyjni Sąsiedzi - hitowa Czarna Maryśka na początek, nagradzane Johnny I Hardly Knew Ya na koniec, a między nimi konkursowy Sigurd - skandynawska pieśń, chyba najlepiej spełniająca wymagania regulaminu (szanta) :-)

 

Miecze już głodne, ty wiosłuj,

wiosłuj, a smok niechaj leci.

Sigurd dzisiaj jest ponad śmiercią,

Sigurd a my razem z nim.

Wiosłuj, a smok niechaj leci.

("Sigurd", sł. Marek Wikliński, muz. trad.)

 

W tym momencie, gdy pogoda w Gdańsku znacznie się poprawiła, nad Poznaniem przeszła gwałtowna burza. Najważniejszy tegoroczny koncert w Poznaniu - występ Nelly Furtado - został

przerwany po kilkunastu minutach... Neptun musiał mieć gdańszczan w opiece :-)

Nareszcie "pod Żurawiem" pojawił się Grzegorz Tyszkiewicz. "GooRoo" zaprezentował znany przebój - Port, nowość niedawną - Moje Mazury, wreszcie nowość zupełną - Rejs na północny Pacyfik. Utwór ten oparty jest na wspomnieniach Grzegorza z praktykanckiego rejsu na pokładzie statku "Kapitan Ledóchowski" z 1987 r.

 

A wielkie fale niosły nas w dalekie krańce świata,

przez cztery morza, oceany trzy

i komu kiedy przyjdzie pojeść marynarskiego chleba,

kto z nas zostanie, a kto wypadnie z gry.

("Rejs na północny Pacyfik", sł. i muz. Grzegorz Tyszkiewicz)

 

Kolejni "miejscowi" - zespół Trzy Majtki - błysnęli udanym Sopockim rybakiem. Jak się później okazało, błysk dotarł też do "czynników nagradzających". Piosenka otrzymała bowiem nagrodę Marszałka Województwa Pomorskiego za "nawiązanie do morskich tradycji Pomorza".

 

Wstają wcześnie, zanim świt blask na morze rzuci

płyną na łowiska ryb, by zarzucić sieci.

("Sopocki rybak", sł. i muz. Edward Hańcza)

 

Spore zaskoczenie sprawił Mietek Folk. Nie Morskimi pogodami, rzecz jasna, a utworem z repertuaru nieżyjącej już pieśniarki Agaty Budzyńskiej.

 

Małym snem popłyniemy daleko, w wielką wodę kolejnych dni,

jednak zawsze będzie w nich ciepło tej przyjaźni, bez której nie umiemy już żyć.

("Sen", sł. i muz. Agata Budzyńska)

 

Ostatnia Deska Ratunku - najbardziej tajemniczy uczestnik koncertu, kapela z Brodnicy, rzadko pojawiająca się na festiwalach szantowych. Utwór konkursowy - wyraz fascynacji jednym z bohaterów "20000 mil podmorskiej żeglugi" Verne'a - i Pierwszy morski rejs pozostawiły mieszane uczucia. Niezła melodia (zwłaszcza pierwszego utworu), przeciętny wokal i chórki, dziwnie brzmiący whistle, wreszcie słabe teksty. Ned Land nie ma refrenu, przytaczam więc końcowe fragmenty.

 

Ta historia zgoła inna, jest przygoda, harpun, woda,

pewnie polityka winna, że harpunnik w piance pływa.

Nocą, żeby nikt nie widział, oplem jeździ na łowisko

i latarką buch! po oczach, szczupak, płotka, e tam, wszystko.

Pewnie morał by się przydał, ale sami rozumiecie,

Ned nie wróci już z Kanady, dziś żyjemy w innym świecie.

("Ned Land", sł. i muz. Piotr Nadolski)

 

Matelot był w trudniejszej sytuacji niż inni - warszawiacy dopiero co wydali debiutancką płytę, czym "spalili" większość swojego repertuaru. Konkursowym utworem zostały więc Trzy motyle. Ponadto Matelotowi jako jedynemu zespołowo pozwolono bisować (Widzę cię tam).

 

Trzy motyle lecą se, lalala...

Trzy motyle lecą se, wiatr je niesie tam, gdzie chce.

("Trzy motyle", sł. Paweł Szymiczek, muz. trad.)

 

Ostatni będą znowu pierwszymi? Banana Boat wygrali pierwszą edycję konkursu, wobec tego mogli wystąpić w wymiarze podwójnym (6 utworów). Dwie nowości - Hen na szczyt i konkursowy Moby Dick, trzy stare przeboje - A morze tak, a może nie, Negroszanta i Star of a County Down oraz szczypta popu - Only You wzbudziły chyba największe poruszenie wśród publiczności.

 

Miraż umyka - wiecznie ruchomy groźny, milczący wal...

Płynny jak morze sens naszej drogi - człowiek we władzy fal.

Tyle już istnień zmiótł groźny, milczący wal...

Tyle już było burz - człowiek we władzy fal.

("Moby Dick", sł. Paweł Jędrzejko, muz. Tomasz Czarny)

 

Jak się okazało - poruszenie było i wśród jurorów (Jerzy Porębski, Lech Parell, Marian Zacharewicz). Nagroda prezydenta Gdańska po raz drugi z rzędu trafiła do Banana Boat.

Nie ma się co dziwić, że pokoncertowa impreza w klubie "Turbot" była wyjątkowo huczna...

 

Quo vadis, Żuraw?

 

Trudno pisać podsumowania i wyciągać głębsze wnioski, oglądając festiwal w niewielkim okienku w komputerze. Tym niemniej pewne uwagi nasuwają się od razu.

Wielkim plusem imprezy jest niewątpliwie organizacja. Lokalizacja, scenografia, niezła strona internetowa (o transmisji nie

wspominając - bez niej nie byłoby tego tekstu) i cała tzw. otoczka (pomijam początkowe problemy z nagłośnieniem). Na plus także różnorodność konferansjerów: rubaszny jak zwykle "Koval", konkretny "Jurkiel" i - nieco w cieniu - szef, Michał Juszczakiewicz. O obecności jazzu już wspominałem.

Minusów wiele nie ma, ale za to są - w mojej opinii - spore.

Popatrzcie na program kilku ostatnich edycji festiwalu. Co roku jest niemal taki sam, zmiany dotyczą dosłownie dwóch-trzech zespołów. Ciągle obracamy się w gronie jednych i tych samych nazw. Zapowiedź dziennikarza "Wyborczej" sprzed roku głoszącą, że w Gdańsku wystąpi "czternaście najlepszych polskich zespołów szantowych" można było traktować jedyn

ie jako żart. Moim zdaniem "pod Żurawiem" regularnie brakuje co najmniej połowy z nich. Zupełnym zaś kuriozum był koncert pamięci Józka Kanieckiego sprzed dwóch lat - bez udziału grupy Smugglers (!).

W takiej sytuacji jeszcze bardziej kontrowersyjny wydaje się sam konkurs. Rywalizacja toczy się bowiem w gronie "swoich" - zespołów zaproszonych na festiwal. Owszem, można samemu się zgłosić i przyjechać na własny koszt, ale nie robią tego ani zespoły "profesjonalne" (z oczywistych względów), ani "konkursowe" (uważając zapewne, że i tak nie mają szans z "profesjonalistami").

A sama formuła festiwalu? Tu akurat, mimo że należę do wyznawców "niszowości" szanty, nie mam zastrzeżeń. Być może właśnie potrzebna jest taka "telewizyjna" impreza, być może pozwoli ona paru osobom odkryć piękno żeglarskiego śpiewania. Choć niewątpliwie na festiwalu w historycznym mieście Gdańsku przydałaby się też choć jedna pieśń z czasów Pawła Beneke (a zwłaszcza "nieco" późniejszych)...

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Mariusz BARTOSIK, Aleksandra JĘDRZEJKO, Anna RUTKIEWICZ, Neptun TV

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 20:12, 26 lipiec 2008, wyświetlono: 1353 razy

Wojtek

wysłano: 22:27,27 lipiec 2008

Rozczarowała mnie część festiwalu, która przeznaczona była dla dzieci. Myślałem,że będzie to wspólne śpiewanie z czego słynie Zejman&Garkumpel, namówiłem sporą garstkę znajomych z dziećmi z którymi bywamy nieraz w niedzielne przedpołudnia w gdyńskim Contrastcaffe. Jak się okazało ta część Szant pod Żurawiem to pomysł z programu telewizyjnego "Od przedzkola do Opola" dość rozwlekły w czasie tak, że trudno było wysiedzieć do końca, mimo, że poziom młodych wykonawców był zaskakująco wysoki. Pytanie czy zamiast przydługiego konkursu, nie lepiej było pośpiewać wspólnie z najmłodszą publicznością.
Odpowiedz na ten komentarz
Dziadek Władek

wysłano: 9:29,28 lipiec 2008

Ciekawy artykuł – z pozycji „internauty” – przygotowany jednak chyba nie tylko z tej „pozycji”. Przeczytałem z przyjemności, ale… No właśnie. Zaraz na początku czytam, że Festiwal, odbywający się już (aż czy dopiero?) po raz dziewiąty „należy zatem traktować gdański festiwal jako imprezę w pełni dojrzałą i ukształtowaną. Jego pozycję na szantowej mapie Polski trudno określić” Jeżeli jest DOJRZAŁA i UKSZTAŁTOWANA impreza, powinno być to stosunkowo łatwe. Zrobili to już kilka lat temu co niektórzy, których cytuje autor: „- To jeden z najlepszych w Polsce festiwali szantowych - uważa Maciek Jędrzejko. - Połączenie różnych obszarów estradowych, na przykład jazzu tradycyjnego i piosenek żeglarskich, dało rewelacyjny skutek - pisał Mirek Kowalewski”. Cytuje wypowiedzi Panów Chojnackiego i Ozaista – sprzed 5 lat, czyli z 3 edycji „Szant pod Żurawiem” – kończąc ten wstęp do artykułu wypowiedzią Pana Wąsowicza: „Ludziska, chyba nie tędy droga, albo przestańmy nazywać takie imprezy festiwalami szantowymi.” Czyli jak widzę – pozycja festiwalu jest ściśle określona – przez wykonawców i słuchaczy. Starych – i nowych. Kiedyś tłumaczono mi, że aby śpiewać „szanty” trzeba „powąchać wiatr”. Aby oceniać Festiwal – trzeba tam być, trzeba go „czuć” No – ale to jest z pozycji internauty siedzącego przed monitorem – więc wszystko OK. Wątpię jednak, aby którykolwiek internauta, taki „zwykły” zadał sobie tyle trudu co „internauta – Autor”. Pisze On na zakończenie artykułu: „Być może właśnie potrzebna jest taka "telewizyjna" impreza, być może pozwoli ona paru osobom odkryć piękno żeglarskiego śpiewania.” I fajnie – jestem za tym! Paru osobom – takim zupełnie „przypadkowym”? Już kiedyś dyskutowaliśmy przy okazji jakiegoś artykułu o „PRZYPADKOWOŚCI” – ale niech tak się stanie:-) „Całą resztę postaram się oddać za pomocą opinii tych, co "byli i widzieli".” – pisze Autor Czyli – to jednak nie tylko z pozycji internauty. To z pozycji kogoś, kto swój artykuł (zresztą świetny) przygotował nie tylko siedząc przed monitorem, „na gorąco” przekazując wrażenia. Widzę tylko jeden „zrzut ekranowy” na fotce:-) Reszta – zresztą bardzo dobrych zdjęć – to zdjęcia nadesłane. Intetrnauta kliknął by po prosty „”Print Screen” – aby pokazać, że siedział „kamieniem” i oglądał:-) Albo złapał za aparat i kliknął parę fotek:-) Z zaciekawieniem czytam… Po przeczytaniu – bardzo dokładnym, bo JEST CO CZYTAĆ – widzę, że jednak nie jest to jak pisze Autor z pozycji INTERNAUTY. Ocenia festiwal z pozycji zupełnie innej, bo: „Trudno pisać podsumowania i wyciągać głębsze wnioski, oglądając festiwal w niewielkim okienku w komputerze. Tym niemniej pewne uwagi nasuwają się od razu” I to bardzo głębokie – i oparte na doświadczeniu innych ludzi. Teraz ja może „wysilę się” na „podsumowanie” czy może na jakieś refleksje po przeczytaniu (bo samego Festiwalu jako internauta nie oglądałem w całości – żal by mi było tyle czasu spędzić przy komputerze) artykułu. Cóż – Banana Boat to „Łowcy Nagród”:-) Nowość – to „Opłyńmy razem ocean marzeń, aż się ukaże dobry ląd, hej, rumu nalej, niech niosą fale, byle najdalej odpłynąć stąd. Wspaniała piosenka – lubię ją słuchać i często to robię ze strony Mirka Kowalewskiego (http://www.myspace.com/kovalmusic). Gdzie to ona była nowością? Nie przypadkiem na Shanies 2008? „Jeszcze w dłoni mojej cichnie twoja dłoń”… Wspaniałe słowa i melodia. Józek Kaniecki – i koncert ku jego pamięci – bez „Smagli” mógł się odbyć – i to dwa lata temu? A przecież, jak kiedyś czytałem (chyba z okazji Górek Zachodnich 2008) Autor sobie tego nie wyobraża. A jednak – jak widać jest to możliwe i koncert chyba był udany…. Niestety nie byłem, nie słuchałem więc i o napisanie relacji się nie pokuszę. „Rywalizacja toczy się bowiem w gronie "swoich" - zespołów zaproszonych na festiwal.” - pisze autor. A „RO20’S” śpiewają „HAND OVER HAND” – co kiedyś Qnia przetłumaczył dość frywolnie – „Z rączki do rączki” a może i „ręka rękę myje”… Nie pamiętam już dokładnie:-) Dobry artykuł – ale nie INTERNAUTY. Kogoś zupełnie innego. Być może się znów naraziłem i nie przemyślałem komentarza. „Zawiśnie” – czy nie? Nie jest to jakaś "wycieczka" pod adresem Autora - ot, po prostu refleksje człowieka, który przeczytał artykuł nieznajomego mu zupełnie autora. Bez żadnych osobistych uprzedzeń - do niego, "Festiwalu pod Żurawiem" czy też innych ludzi i zdarzeń.
Odpowiedz na ten komentarz
mamba7

wysłano: 11:38,1 sierpień 2008

Przykro mi, że moje piosenki nie przypadły Panu do gustu. Może następnym razem... Pozdrawiam. Piotr Nadolski "Ostatnia Deska Ratunku"
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI