Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Ruszył nowy portal - Rockszanty.pl

Felietony

W bezmiarze cyberoceanu pojawiła się wczoraj nowa wyspa - portal  miłośników rocka marynistycznego www.rockszanty.pl. Bardzo długi subiektywny felieton na temat tego ważnego wydarzenia możecie przeczytać klikając tytuł nowiny.

Burzliwe dyskusje nad zawartością szanty w szancie toczą się w Polsce od wielu lat. Pojawienie się mocnego uderzenia na polskiej scenie muzyki marynistycznej spowodowało sporo zamieszania, a rozważania nad przynależnością nowych zespołów spod znaku "fuza i perkusji" do braci szantowej rozgrzewają serca i umysły. Pojawiło się wiele ważnych pytań o to, czym było, czym jest i czym stało się środowisko szantowe wobec rosnącej popularności nieklasycznych odmian morskiego śpiewania. Twórcze dyskusje toczące się w wysokiej temperaturze doprowadziły wielu człowych przedstawicieli środowiska szantowego do głębokiej refleksji nad redefinicją polskiego fenomenu szantowego.

 

W ostatnich latach pojawiły się dziesiątki nowych zespołów, które na swój własny sposób ukochały piosenkę żeglarską. Jakość i poziom artystyczny tych polskich zespołów, które można spotkać na liczących się festiwalach - jest dość wyrównana. Jednak jeśli zejdziemy nieco niżej - do żeglarskich tawern - bywa z tym bardzo różnie. Mamy w środowisku szantowym kilkanaście zespołów budzących wielkie, pozytywne emocje i głębokie artystyczne doznania. Te zespoły są prawdziwą wizytówką środowiska, a ich działalność sceniczna rodzi szczery podziw dla kunsztownie przekazywanej ze sceny prawdy o ludziach morza.

 

 

Są również niestety i takie zespoły, przy których szanujący się szantymaniak po prostu musi wyjść z sali koncertowej, jeśli nie chce, by jego szantowa dusza została rozerwana na strzępy bezmyślnością, fałszem, bylejakością i brutalnym gwałtem dokonywanym na dorobku wielu pokoleń ludzi znających dobrze morskie realia i historię muzyki zwanej szantami. Gwałt ten wynika najczęściej z kompletnej nieświadomości, ignorancji i braku wiedzy na temat korzeni współczesnej piosenki żeglarskiej. Elementarny brak szacunku dla twórczości autorskiej polskich twórców budzi szczególny sprzeciw i oburzenie.

 

Niektóre bowiem coverbandy, nie pytając o zgodę, nie podając nazwisk autorów oryginalnej muzyki i nie dbając zupełnie ani o jakość, ani o ideę kultury morza - bez skrupułów wyciągają rękę po dukaty płynące z łatwego i bezmyślnego plagiatowania cudzej twórczości. Co gorsza, część z tych zespołów nie zadaje sobie nawet trudu sprawdzenia czyją w ogóle twórczość gwałcą bez pytania.  Spróbujcie ich zapytać czyj zagrali utwór? Wówczas rozbrajająco wzruszą ramionami,  z milczącym uśmiechem nie zdradzającym śladów głębszego przemyślenia. Najsmutniejsze jednak jest to, że towarzyszy temu milcząca zgoda zarówno właścicieli niektórych tawern - którzy usprawiedliwiają się tym, że przecież też muszą z czegoś żyć. Tej niemej zgodzie wtóruje hałaśliwy poklask i walenie kuflami w stoły żądających rozrywki, lecz nieświadomych niczego podchmielonych szantomatołków.

 

 

W pierwszej dekadzie XXI wieku dorosło już czwarte, a może i piąte pokolenie miłośników szant. Setki piosenek, które powstały na gruncie polskim w ostatnich 30 latach - to autorska twórczość ludzi zakochanych w kulturze ludzi morza. Odbiega ona jednak zarówno muzyką, jak i sposobem wykonania od tradycyjnych szant. Za najsłynniejszą szantę uznawana jest dziś w Polsce piosenka "Gdzie ta keja" mistrza Jurka Porębskiego, a przecież każdy, kto ma choć minimalne pojęcie o tradycji, wie doskonale, że "Keja" nigdy nie była szantą sensu stricto.

 

 

Kilka lat temu zastanowiło mnie czy jest sens poprawiać wszystkich nieuświadomionych internautów, którzy wpadali czasem na grupę dyskusyjną pl.rec.zeglarstwo.szanty - i pytali o "szantę Keję". Zrozumiałem wówczas, że dla ludzi w Polsce słowo SZANTY nabrało zupełnie nowego znaczenia i obejmuje dziś wszystkie utwory pachnące choć trochę wodą i żaglami. Bez głębszego - przyznaję się - przemyślenia i świadomości konsekwencji które z tego wynikną - postawiłem wówczas przekorną tezę, że "Keja JEST szantą", bo stała się nią dla ludzi. Uproszczenie to zostało bowiem mniej czy bardziej świadomie pobłogosławione przez nawet największych polskich artystów szantowych, którzy nie wahali się używać słowa SZANTY podczas prezentacji czasem zupełnie nieszantowych, ale związanych z żeglarstwem utworów.

 

Wejście słowa SZANTY do Słownika Języka Polskiego PWN i określenie jego definicji jako KAŻDEJ PIOSENKI ŻEGLARSKIEJ - usankcjonowało istniejący uzus, ku rozpaczy ortodoksyjnych znawców tematu. Stało się - pomyślałem - i już się nie odstanie. "Keja" jest szantą! Zadałem sobie wtedy pytanie: DLACZEGO właściwie z uporem maniaka poprawiamy wszystkich, że "KEJA" NIE JEST SZANTĄ, skoro ludzie, a nawet słownik PWN uważają, że nią jest!?

 

 

Polska Scena Szantowa to dla mnie przede wszystkim niezwykle wartościowy zbiór ludzi. Ludzi, którzy zawsze potrafili patrzeć w tym samym kierunku, a mimo prostego i chropawego nieraz języka ZAWSZE można było liczyć na ich pomocną dłoń, przyjaźń i zmrożoną butelkę wspólnie wypitej na kei wódki. Tymczasem jednak wykonywanie muzyki morza stało się tylko jednym z elementów masowej rozrywki.

 

Wychowałem się na zespołach, które szantami nazywały wszystko, co same wykonują. Sam nie miałem głębszej świadomości problemu, dopóki nie zetknąłem się z prawdziwą szantą na pierwszych zagranicznych festiwalach. Zobaczyłem tam, jak bardzo różni się polskie pojmowanie szant od tradycyjnego spojrzenia. Z drugiej zaś strony - zobaczyłem zupełny brak młodych ludzi w zagranicznych społecznościach muzyki morza. Usłyszałem od wielu zagranicznych kolegów... SHANTIES ARE DEAD. Dlaczego? Bo nie ma młodych ludzi, którzy chcieliby kultywować tradycję. Każdy z zagranicznych zespołów pytał: co zrobić, żeby nas zaproszono nas do Polski? Każdy z zagranicznych zespołów, który choć raz odwiedził Polskę - już zawsze chciał tu wracać. Dlaczego? A dlatego, przede wszystkim, że tutaj tak ogromna liczba młodych ludzi CHCE bawić się z nimi przy tej muzyce. Dla artysty gorący odzew publiczności to największa nagroda i satysfakcja.

 

Pomyślałem wówczas, że coś jednak jest nie tak. Przestraszyłem się zupełnie poważnie, że jeśli w porę nie zainwestujemy w promocję szant w Polsce - to za kilkanaście lat być może czeka nas podobny los, tylko znacznie gorszy - bo w końcu oni mają kilkaset lat morskiej tradycji a my... no cóż... tak naprawdę żadnych tradycji nie mamy. Polscy żeglarze morscy, między innymi tacy jak Marek Szurawski, Jurek Rogacki, Pablo Koprowski, Mirek Peszkowski i inni - zawlekli do Polski szanty tak, jak wędrowne ptaki przynoszą nasiona egzotycznych roślin. Szantowe nasiona padły w Polsce na wyjątkowo podatny grunt, na glebę użyźnioną latami komunistycznej niewoli i marzeniami o wolności, kojarzonej głównie z dalekomorskimi wyprawami.

 

Uwierzyłem, że polskie środowisko piosenki żeglarskiej potrzebuje naprawdę dobrej promocji pod jakimś jednym, łatwo rozpoznawalnym sztandarem, który mógłby się stać nazwą dla całego nurtu okołomorskiego. Najprostsze było oparcie się na utrwalonym uzusie - na haśle SZANTY - które przecież i tak weszło do szerokiej świadomości społecznej Polaków. Idea "szeroko otwartych drzwi" - jak nazwał Jurek Ozaist (Cztery Refy) mój stosunek do nowych zespołów i całego tematu promocji szant - wzbudziła wiele kontrowersji i spowodowała pojawienie się poważnych argumentów,  obok których nie można było przejść obojętnie.

 

Do szantowej rzeczywistości weszły bowiem około 10 lat temu tawerny szantowe - które stworzyły rzeczywistość alternatywną dla festiwali, wokół których dotychczas kręciło się całe szantowe życie. Wraz z tawernami pojawiły się zupełnie nowe dla nas zjawiska, charakterystyczne jednak dla innych gatunków muzycznych. Były to - co chciałbym wyraźnie podkreślić - przede wszystkim zjawiska bardzo dobre. Jednak - jak to w życiu bywa - te złe okazały się często bardziej widoczne. Co gorsza, były one jaskrawo widoczne dla przedstawicieli mediów i dziennikarzy, którzy na tej podstawie zbudowali fatalny wizerunek szant w opinii publicznej.

 

Niejednokrotnie porównywano szanty do najgorszych odmian disco polo, nazywając naszą muzykę SZANTOPOLO. Ten fakt zabolał zarówno mnie, jak i wielu innych przedstawicieli środowiska. Innych zaś zupełnie nie zmartwił. Podjęliśmy wówczas próbę zmiany wizerunku polskich szant. Zaczęliśmy od dyskusji o potrzebie rzetelnej promocji, o wymaganiu profesjonalizmu scenicznego od zespołów, zwracania uwagi fanów na istniejące nieprawidłowości i żenujące zachowania miernych coverbandów.  Podkreślając jednocześnie działania dobrych i uczciwych coverbandów, dzięki którym muzyka twórców oryginalnych szła w lud z siłą, której oryginalni wykonawcy nie byliby w stanie zapewnić z braku czasu czy wymogów finansowych. Autorzy chcą, żeby ich piosenki były śpiewane, ale oczekują elementarnego szacunku dla swojej twórczości. Czy to takie dziwne?

 

 

Bardzo dobre w mojej ocenie było również to, że zespoły zeszły z postumentu, jakim stała się wielka scena - do ludzi. Wakacyjne wspomnienia z mazurskich eskapad - zapaliły się nowym płomieniem dzięki tawernom. Nagle pojawiły się w zasięgu spracowanych całym tygodniem dłoni - nie tylko od czerwca do września i daleko od domu - ale przez cały rok, tuż obok. Wielu z nas przypomniało to czasy pierwszych festiwali, gdzie spotykało się kilkadziesiąt osób, żeby pośpiewać RAZEM szanty, pogadać o rejsach, pojeździć palcem po mapie i zaplanować nowe żeglarskie wyprawy. Któż myślał wówczas o mikrofonach, o sprzęcie, o wizerunku scenicznym i któż wówczas śmiał w ogóle pomyśleć, że można na tym zarobić?

 

 

Genialny pomysł Tomka Honkisza - człowieka, który jako pierwszy w Polsce pokazał nam, jak powinna wyglądać porządna tawerna szantowa, codziennie z żywą muzyką (!) przyjęto w Polsce z ogromnym entuzjazmem i spontaniczną radością. Za Tomkiem Honkiszem poszli następni i tawerny zaczęły się pojawiać jak grzyby po deszczu. Z czasem jednak okazało się, że ludzie chcą więcej. Chcą zabawy ponad wszystko, a żeglarstwo, morze, marzenia o rejsach i wyprawach na koniec świata... no cóż, stały się coraz mniej ważne.

 

 

Polska rzeczywistość po '89 roku pędziła tymczasem ku profesjonalizacji, komercji, wolnemu rynkowi i zarabianiu pieniędzy. Za tym w naturalny sposób poszła profesjonalizacja i komercjalizacja polskich zespołów marynistycznych.  W końcu dotarło do większości wykonawców, że szanty stały się rozrywką. Ktoś płaci za bilety, ktoś kupuje duuuużo piwa, ktoś na tym biznesie nieźle zarabia, więc czemu, do diaska, i my nie mielibyśmy ukroić sobie kawałeczka tego torcika, który sami pieczemy? W końcu wyjeżdżamy z domów, zostawiamy rodziny, zawalamy sprawy zawodowe, spędzamy setki godzin w samochodzie, żeby KTOŚ mógł się rozerwać, pobawić.

 

Najwięcej tawern pojawiło się w Warszawie, która wkrótce stała się centrum tawernianej rzeczywistości - alternatywnej i coraz bardziej odległej od festiwali. Tawerny musiały z czegoś żyć, a łatwy chleb przyciągnął wszelkiej maści muzyków. Wśród nich byli i ci prawdziwie kochający żeglarstwo i zaangażowani w szantowe życie - ale zaczęli się pojawiać również i ci, którym zwyczajnie brakowało kasy od pierwszego do pierwszego. Każdy, kto umiał parę chwytów na gitarze, mógł stać się gwiazdą i zarobić uczciwie 300-500 złotych za całą noc darcia gardła.

 

Czy jednak rzeczywiście uczciwie?

 

Szybko okazało się, że brak własnego, autorskiego repertuaru to przecież żaden problem, bo ludzie i tak najchętniej bawili się przy "Kei", "Hiszpańskich dziewczynach", "Jasnowłosej", "Samancie", "Bijatyce", "10 w skali Beauforta" i paru innych PMR-ach - czyli "pieśniach masowego rażenia". Sprawny muzyk mógł łatwo uciągnąć całonocną zabawę, za narzędzie pracy mając jedynie śpiewnik i gitarę. Zupełnie zbędne okazały się morskie ideały.

Kilku sprawnych muzyków łatwo mogło stworzyć zespół. W zespole raźniej i milej, no i znacznie lepiej się zarabia. Interes zaczął się kręcić na całego. Z ust do ust przekazywano gorące informacje o tym, jak świetnie było na tej czy kolejnej imprezie. Standardem stało się coś zupełnie niezrozumiałego dla starych miłośników muzyki morza - "granie szant".

 

Dotąd szanty można było jedynie śpiewać...

 

Na scenach w całej Polsce zaczęły pojawiać się zespoły "grające szanty", których członkowie nigdy w życiu nie byli na morzu, ba! Niektórzy z nich nigdy nawet nie byli na pokładzie jachtu - za to świetnie radzili sobie z instrumentami i publicznością. Po niedługim czasie alternatywne wersje utworów znanych polskich i zagranicznych artystów stały się bardziej znane niż oryginały, a ich autorstwo kojarzone było przez nieuświadamianych  bywalców tawern z coverbandami. Coverbandy natomiast nie uznawały za stosowne poinformowania swoich słuchaczy, kto jest prawdziwym autorem wykonywanych piosenek.

 

Doprowadziło to do sytuacji absurdalnych, kiedy pojawienie się oryginalnego autora, który wykonywał wersję oryginalną - budziło konsternację słuchaczy. Do legendy należą już stwierdzenia bywalców gdyńskiego "Contrastu": "jakim prawem Ryczące Dwudziestki, grają utwór "Hiszpańskie dziewczyny" zespołu XXX?" (nazwa bez znaczenia, bo chodzi o zjawisko, poza tym dziś zespół ten opiera swój repertuar niemal wyłącznie na wspaniałym repertuarze autorskim).

 

Do łez rozbawiła mnie również opowieść Mirka Kowalewskiego z zespołu Zejman i Garkumpel, któremu pewien szantyfan wyrwał gitarę podczas wykonywania jego autorskiej "Samanthy" i powiedział: "ej ty, daj no mi tę gitarę - ja ci pokażę, jak się to gra...". Śmiech mój był gromki do czasu,  kiedy sam musiałem kiedyś oddać palmę pierwszeństwa człowiekowi, który uznał za konieczne pokazać mi, jak się powinno wykonywać "Zęzę", a użył do tego przyniesionej ze sobą, rozstrojonej gitary... od tego momentu już nie było mi tak wesoło.

 

Każdy zespół ma prawo dawać upust swoim fascynacjom muzycznym, szukać inspiracji, rozwoju oraz własnego stylu. Pomiędzy szanty coraz częściej wplatano utwory rodem z muzyki POP - i byłbym nieszczery, gdybym okazał święte oburzenie z tego powodu, bowiem niejeden raz poczułem, jak wiele dla artysty znaczy entuzjastyczna reakcja publiczności na evergreeny typu Englishman in New York - Stinga czy Only You - Yazoo. Wprowadzenie tego typu utworów do repertuaru rozbudza publiczność, zjednuje sympatię tych mniej świadomych,  a często przełamuje senność - przynudzonych  klasycznymi wykonaniami szant - słuchaczy. Takie piosenki nazywam na własny użytek "rozpałkami do grilla" - bo po ich wykonaniu publiczność ze znacznie większym zainteresowaniem odbiera potem inne, autorskie utwory. Rozpałki szczególnie przydatne są w nowych miejscach i wśród ludzi nieprzywykłych do słuchania szant. Jednak liczące się zespoły nie pozwalają sobie na takie wybryki  wobec doświadczonej i świadomej - festiwalowej publiczności.

 

Akceptacja publiczności przekłada się na ilość sprzedawanych płyt, które potem pracują w domowych odtwarzaczach, zjednując zespołowi kolejnych fanów. Niemniej jednak zachowanie odpowiednich proporcji zawsze było kluczem do sukcesu. Prezentowanie 2-3 takich utworów w ramach "żartu muzycznego" było trafnym posunięciem. Przy kolejnym spotkaniu skutkowało większym zainteresowaniem ludzi, którzy tym razem jednak znali  już nasze autorskie utwory z zakupionych płyt.

 

 

Tymczasem wiele zespołów stosujących podobne pomysły coraz częściej zaburzało właściwe proporcje, przemycając największe hity światowego rocka, bluesa, reggae czy popu do żeglarskich tawern. Z czasem ludzie nie dostawali już żadnych prawdziwych szant, a swoim znajomym przekazywali, że "fajne jest to całe granie szantów" (!).

 

Muzyka folkrockowa na scenie marynistycznej to nie - jak się niektórym wydaje - wymysł ostatnich lat. Polskim pionierem  w tej dziedzinie był trójmiejski zespół Smugglers, który w swoim czasie wzbudził wielkie kontrowersje wprowadzeniem na scenę szantową perkusji i gitar elektrycznych. Podobnie uznanie publiczności szantowej dla mocniejszego uderzenia zdobył EKT Gdynia, Zejman i Garkumpel i Orkiestra Dni Naszych - w której repertuarze regularnie można było usłyszeć covery największych zespołów rockowych świata. Później na scenie pojawiła się świeża krew, czyli wrocławska Orkiestra Samanta, aż w końcu warszawski Mordewind, który stał się wkrótce królem największych warszawskich tawern.

 

Lawinowo rosnąca ilość zespołów rockszantowych wzbudziła żywe kontrowersje wokół mocnego uderzenia na scenie szantowej. Zaczął się powoli budzić sprzeciw wobec zaistniałej sytuacji. Ruch, nazwijmy go roboczo - "kontrrockowy" -  mniej lub bardziej dosadnie wskazywał na zupełne oderwanie się zespołów rockszantowych od szantowej macierzy oraz niski poziom nowych zespołów, często naprawdę nieudolnie naśladujących wielkie kapele rockowe. Opór wobec nadużywania terminu SZANTY w odniesieniu do twórczości tych zespołów zaczął nabrzmiewać szczególnie silnie w związku z szerzeniem się fatalnej opinii o szantach w mediach. Przyczynę tego stanu jednoznacznie kojarzono z efektem działań coverbandów, które już na dobre zagościły w warszawskich tawernach.

 

 

Punktem zwrotnym było pojawienie się na scenie heavy metalowego zespołu Strefa Mocnych Wiatrów. Czterech niepozornych, znakomitych muzyków z charyzmatycznym Darkiem Wołosewiczem, zwanym Grzywą, na czele - podbił bez reszty serca warszawskich fanów. Metalowe covery znanych piosenek żeglarskich spotkały się z wielką atencją bywalców Gniazda Piratów czy Czarnej Perły, a jednocześnie z wielkim oburzeniem dużej części środowiska skupionego wokół festiwali. Jednak dzięki mądrej promocji, profesjonalnemu podejściu do muzyki, wyrażanemu publicznie szacunkowi dla innych zespołów i - co niezmiernie ważne - nienagannemu zachowaniu scenicznemu - Strefa z czasem zdobyła sympatię nawet zagorzałych przeciwników rocka w szantach, choć nie wszystkich oczywiście. W miarę wzrostu popularności zespół skoncentrował się na produkcji autorskich utworów, które z czasem stały się symbolem nowego nurtu muzycznego.

 

Ze względu na wielokrotnie zarzucane zespołowi "sprzeniewierzenie się SZANTOM" - Grzywa nazwał rodzaj wykonywanej przez Strefę muzyki "rockiem marynistycznym", choć nigdy zupełnie od szant się nie odciął. Termin ukuty przez Darka Wołosewicza ma swoje korzenie w anglojęzycznym "maritime folk/maritime rock" oraz "pirate rock", na co zwrócili uwagę znawcy światowego folku - Rafał Chojnacki oraz Jurek Ozaist. W krótkim czasie Strefa znalazła lepszych i gorszych naśladowców, a Warszawa stała się mekką marynistycznego rocka. Warszawskie tawerny wypełniły się fanami mocnego uderzenia.

 

 

 

Przeciwwagą dla zdobywającego popularność nurtu rockowego w szantach stało się intensywne poszukiwanie korzeni prawdziwej szanty i gorące dyskusje na forum Szantymaniaka, które przyniosły wiele ważnych pytań:

  • Czy jest miejsce dla rockszantymenów w środowisku szantowym?
  • Czy w ogóle istnieje nurt szantowy?
  • Czym właściwie są w Polsce szanty ?
  • Czy wolno nam zmieniać definicje podane przez szantowych pradziadów ?
  • Czy potrzebujemy wspólnego sztandaru SZANTY ?
  • Czy umiemy określić czym jest i dokąd zmierza Polska Scena Marynistyczna?
  • Czy to ważne, żeby rozumieć, że naszego Porębuni kochanego "Keja" naprawdę nie jest szantą?
  • Czy zauważamy i godzimy się na bylejakość wielu tawernianych coverbandów szastających terminem SZANTY?
  • Czy godzimy się na brak szacunku do oryginalnych autorów i bezkarne jeżdżenie na ich plecach?
  • Czy w ogóle dzisiejsi fani jak i zespoły wiedzą CO TO SĄ PRAWDZIWE SZANTY?
  • Czy trzeba być żeglarzem i żeglować  po morzach, żeby dobrze śpiewać szanty?
  • Czy i jak promować nasze środowisko i muzykę?
  • Czy nastąpił rozłam?
  • Czy mamy prawo nazywać siebie szantymenami?
  • Kim jesteśmy ?
  • Dokąd zmierzamy?
  • Co chcemy naprawdę osiągnąć?
  • Kto może, a kto nie może mianować się członkiem środowiska szantowego?
  • Jak powinny wyglądać nasze festiwale?
  • Czy idea szeroko otwartych drzwi przyniesie więcej szkody czy pożytku szantom?
  • Czy chcemy być niszą, czy wypłynąć na szerokie wody szołbiznesu?
  • Czy chcemy pod sceną skaczących tłumów, czy może małej grupki głęboko świadomych fanów?
  • Czy w ogóle istnieje jakieś MY?
  • I co będzie, gdy nie zaśpiewa już nikt jak szantymen?

 

Wiele skrajnych odpowiedzi na te pytania znajdziecie na forum Szantymaniaka. Niestety wielu ludzi, których nazywamy WIELKIMI LEGENDAMI SZANT, takich jak Marek Szurawski, Jurek Porębski, Ryszard Muzaj, Andrzej Mendygrał, Mirek Peszkowski, Jurek Rogacki, Zbyszek Zakrzewski, Waldek Mieczkowski i wielu, wielu innych twórców szantowego fundamentu - nie uczestniczy w tak ważnym dla nas wszystkich elemencie szantowego życia, jakim jest internet. Szkoda, bo wiele moglibyśmy się od nich nauczyć.

 

 

Pokoleniowa różnica poglądów i odmienny stosunek do spraw internetu sprawia, że rzeczywistość internetowa - która przecież w ogromny sposób wpływa na kształtowanie opinii o naszej muzyce - sprawia, iż wiele dyskusji jest pustych i jałowych, co zniechęca osoby o wysokich wymaganiach intelektualnych. Wśród tych dyskusji jednak można znaleźć wiele perełek i ciekawych spostrzeżeń na temat polskiej sceny szantowej. Dzięki tym dyskusjom wielu z nas sięgnęło do serca prawdziwej szanty. Internet -  a szczególnie YouTube - umożliwił zetknięcie się z najstarszymi korzeniami muzyki, dzięki której wszyscy w końcu tu jesteśmy.

 

 

Do wczoraj mieliśmy w internecie trzy wyspy marynistycznej muzyki: www.szanty.art.pl, www.szantymaniak.pl i www.szanty24.pl, a od wczoraj mamy jeszcze jedną niezwykle ważną przystań: www.rockszanty.pl. Nowy bratni portal został stworzony przez ludzi spotykających się  od wielu miesięcy na forum Szantymaniaka. Dedykowany jest dla wszystkich tych, którzy chcą marynistykę przeżywać w nieco bardziej energiczny sposób.

Pojawiają się w związku z tym kolejne pytania:

  • Czy nowi fani rocka marynistycznego dotrą kiedyś do korzeni?
  • Czy będą chcieli poznawać inne style ?
  • Czy będziemy potrafili się pięknie różnić?
  • Czy będziemy umieli się wzajemnie szanować?
  • Czy będziemy wspólnie dbali o dorobek naszych polskich i zagranicznych mistrzów ?

 

Myślę, że bardzo wiele zależy od nas wszystkich - zespołów i fanów - oraz od przemyślanych odpowiedzi na postawione kilka akapitów wyżej,  kluczowe pytania, bowiem ciągle nie wiemy do końca, kim jesteśmy. Na rzetelne opracowanie wciąż czeka hasło SZANTY w Wikipedii - bezsprzecznie najważniejszej encyklopedii świata.

 

 

Ja spróbuję najszczerzej jak potrafię odpowiedzieć tylko na dwa z tych pytań:

 

TAK  drodzy przyjaciele,

uważam, że zawsze jest i będzie miejsce dla RockSzantymenów w naszym środowisku

 

oraz

 

NIE, KEJA NIE JEST I NIGDY NIE BYŁA SZANTĄ.

 

Sssciskam Was

Maciej Jędrzejko "YenJCo".

 

 


 

Na forum nowego portalu pozwoliłem sobie na taki oto wpis:

 

RockSzantowy Wierszyk Powitalny

 

Niechby Wam się dobrze działo na rockowych mórz bezkresie

Oby śpiewać Wam się chciało o tym dobrym co los niesie

Niechaj żagli, co są siłą, zły wiatr nigdy Wam nie zerwie

A szantowej więzi nigdy głupie słowo niech nie przerwie.

 

Powodzenia Chłopaki :-)

Trzymajcie swój kurs.

 

YenJCo

Informację wprowadził(a): Maciej "YenJCo" Jędrzejko - godz. 6:18, 26 maj 2010, wyświetlono: 5926 razy

Grzegorz Łapczyński

wysłano: 10:0,26 maj 2010

Dzieki Macku za promocje, rozumiem że ten dość długi i wylewny tekst to także Twoje subiektywne odniesienie się do rzeczywistości, jesli tak to szkoda że nie został opublikowany co najmniej dwa lata temu. Oczywiście zgadzam się z niektórymi tezami a z niektórymi nie, szkoda tylko że znowu przy okazji rock-szant znowu "wylewasz dziecko z kąpielą", bardziej ten tekst pasował by do tematu "spowiedź szantymena".
No a dla nas "Keja" to "szanta".
Pozdrawiam i dzieki za promocje mając nadzieje na wspólprace i przyjaźń
Odpowiedz na ten komentarz
Maciej Jędrzejko

skąd: Sosnowiec/Tychy / Poland

wysłano: 10:10,26 maj 2010

Grzegorz Łapczyński

Dzieki Macku za promocje, rozumiem że ten dość długi i wylewny tekst to także Twoje subiektywne odniesienie się do rzeczywistości, jesli tak to szkoda że nie został opublikowany co najmniej dwa lata temu. Oczywiście zgadzam się z niektórymi tezami a z niektórymi nie, szkoda tylko że znowu przy okazji rock-szant znowu "wylewasz dziecko z kąpielą", bardziej ten tekst pasował by do tematu "spowiedź szantymena".
No a dla nas "Keja" to "szanta".
Pozdrawiam i dzieki za promocje mając nadzieje na wspólprace i przyjaźń


Cóż Grzesiu dwa lata temu nie byłbym w stanie tego napisać - zbyt mało rozumiałem i zbyt mała miałem wiedzę na wiele tematów no i musiałem przemyslec wiele spraw i dojrzeć. Jestem za to wdzięczny wszystkim z którymi miałem zaszczyt dyskutować. Ciesze się, że Rockszantowcy mają swój ważny głos we współczesnej rzeczywiostości.

Serdecznie Cię pozdrawiam.
Maciej
Odpowiedz na ten komentarz
Maciej Jędrzejko

skąd: Sosnowiec/Tychy / Poland

wysłano: 10:15,26 maj 2010

Zapraszam do dyskusji na forum szantymaniaka

http://forum.szantymaniak.pl/viewtopic.php?p=127544#127544
Odpowiedz na ten komentarz
Stefan Mikulski

skąd: Brwinów / Poland

wysłano: 11:9,26 maj 2010

Ciekawy artykuł, Maćku.

Zasadniczo odpowiedzi - a właściwie nieco tylko inny punkt widzenia znajdziesz w artykule "W naturze mamy ciągły ruch" http://rockszanty.pl/2010/05/16/w-naturze-mamy-ciagly-ruc/

Niby podobny punkt widzenia, a jednak inny.
Ciekawe głosy pojawiły się także na Forum RockSzanty.pl http://www.forum.rockszanty.pl/viewtopic.php?f=5&t=15 Zapraszam.

Pierwszym stwierdzeniem moim jest: "Człowieku, a kogo obchodzi czy Keja to szanta czy nieszanta?"
Drugim - poglądy Jasnych (powiedzmy Twoje) i poglądy Ciemnych (na przykład moje) muszą istnieć i się ścierać - to powoduje ciągły ruch, rozwój.

Czego w mym artykule nie ma:
1. Jakość wykonywanej muzyki nie zależy od stylistyki ale od samych muzyków, także gry zespołowej. Od ręki wrzucam nagrania powiedzmy 5 zespołów akustycznych z podłożoną perkusją i wykazuję, że śpiewają/grają nierówno. Pokazuję jak na nagraniach fałszują. Znajdę też takie zespoły akustyczne które grają równo i nie fałszują. W przypadku zespołów rockowych fuszerkę usłyszeć łatwiej.Jakość aranżu, selektywność, motoryczność, ucieczka od monotonii - dotyczy wszystkich.

2. Zespoły ambitne także grają w tawernach, także pobierają gażę, Owszem, na ambitne koncerty przychodzą miłośnicy takiej muzyki (np. poezja śpiewana), ale takie występy nie zamykają budżetu tawerny. Budżet robi się z grania zespołów rozrywkowych, choćby niższej klasy. Słabi karmią silnych. (Chyba, że ambitna kapela umie spełnić rolę rozrywkową i nie boi się śpiewać/grać przy szesnastkach wybijanych kuflami - taka kapela zarobi na ten budżet). Na występy słabszych kapel rozrywkowych niech przychodzą piwosze, na ambitnych - koneserzy. Nie da się tego zmienić najbardziej płomiennymi apelami.

Tak zupełnie w oderwaniu od Twojego artykułu, przemyśleń, Maćku:
Na Portalu RockSzanty.pl będziemy chcieli (o ile Zwierzchnik Cywilny czyli Grzegorz pozwoli) promować oprócz zespołów stricte rockowych ambitne młode (oraz "młode") zespoły akustyczne, takie które cechuje wysoka jakość warsztatu, ciekawe przesłanie, a które nie są do końca uznawane w mainstreamowym środowisku szantowym - na przykład regularnie zajmują niskie miejsca w konkursach mimo, że gołym uchem słychać iż są doskonałe, takie zespoły które mimo swych walorów nie są zapraszane do wykonywania koncertów. Uważam bowiem że "muzyka jest jedna", nie możemy się zamykać w jednym rodzaju muzycznym, choć najbliższy jest nam rock i uwielbiamy zestaw perkusyjny, przesterowaną gitarę i klawisz ;-)

Naszym celem jest także pozytywne zaistnienie w mediach. Moje osobiste zdanie jest takie, że nie mamy się czego wstydzić, przeciwnie, możemy być dumni z tego czym dysponujemy. Fałszywa skromność i zamykanie się w niszy to także nie to co tygrysy lubią najbardziej.

Zapraszasz do dyskusji na Forum Szantymaniaka. Z ogromną chęcią wziąłbym udział w takiej dyskusji. Jednak z powodu, że drzwi Twego portalu i Forum są dla mnie zamknięte, z przyjemnością porozmawiam z Tobą na naszym Forum. http://www.forum.rockszanty.pl/viewtopic.php?f=5&t=15

Dziękuję pięknie za wierszyk!


Odpowiedz na ten komentarz
Stefan Mikulski

skąd: Brwinów / Poland

wysłano: 14:25,26 maj 2010

Heh, czytam sobie wypowiedzi na szantymaniakowym Forum:
"Wszystko już zostało chyba powiedziane".
"Byty równoległe".

Cóż, nawet to, że musi się ścierać dzień z nocą budzi wątpliwości. Równoległość bytów powoduje martwicę. Pierwsze prawo dynamiki (jeśli nie pomyliłem): "Ciało, na które nie działa żadna siła pozostaje w spoczynku lub porusza się ruchem jednostajnym po linii prostej".

Strach przed rozmową, dyskusją - tyle z tego wynika.

Pozdrawiam.
Odpowiedz na ten komentarz
Jaro _20

skąd: Kraków / Poland

wysłano: 0:40,27 maj 2010

Stefan Mikulski

Heh, czytam sobie wypowiedzi na szantymaniakowym Forum:
(...)
"Byty równoległe"


Cytowanie selektywne - to prawo każdego z nas.
Ale chcąc być rzetelnym, powinieneś zacytować pełną wypowiedź:

"Równoległość różnych bytów, w tym internetowych to błogosławieństwo" (by Jaro20).

Stefan Mikulski

Strach przed rozmową, dyskusją - tyle z tego wynika.

... skoro tak uważasz... Twoje prawo :-)
A moje to - i znów zacytuję swoją pełną wypowiedź:

"Nie ma przymusu korzystania a jest dobrowolność zabierania głosu." (by Jaro20)



Odpowiedz na ten komentarz
Stefan Mikulski

skąd: Brwinów / Poland

wysłano: 3:27,27 maj 2010

Tak, Jaro, przymusu nie ma. Teza o bytach równoległych które - jak rozumiem - na szczęście się nie przecinają. to właśnie zaproszenie do martwicy, stagnacji. Nie ma dyskusji, nie ma ścierania poglądów - powstaje cmentarz. Niektórzy wolą cmentarz.
Odpowiedz na ten komentarz
Jaro _20

skąd: Kraków / Poland

wysłano: 10:41,27 maj 2010

Stefan Mikulski

Tak, Jaro, przymusu nie ma. Teza o bytach równoległych które - jak rozumiem - na szczęście się nie przecinają. to właśnie zaproszenie do martwicy, stagnacji. Nie ma dyskusji, nie ma ścierania poglądów - powstaje cmentarz. Niektórzy wolą cmentarz.

Moje zdanie o bytach równoległych nie jest TEZĄ do której należy dorabiać ideologię :-) Jest jedynie moją opinią na temat powstania nowego portalu w sieci.

A jeśli chodzi o "cmentarz"... jedni wolą widzieć w czarnych barwach, inni nie. Prawo wyboru lub interpretacji.

Ja takie podejście nazywam "martyrologią". Z przymrużeniem oka.
Ale to moje prawo do posiadania odmiennego zdania.

Bo wiesz... nic na siłę.

Ja nie widzę potrzeby dopominania się o konieczność zabierania głosu w tematach nowego portalu czy dyskusji o nim. Czy to na forum Szantymaniaka czy też w innym miejscu sieci.
Dyskusję będą prowadzić ci, którzy chcą to robić.
No to gdzie tu "cmentarz"?

Dopraszanie się o uczestnictwo w dyskusjach osób, które nie widzą takiej potrzeby to właśnie widziana moimi oczami "martyrologia".

A stosując Twoją przenośnię... tę z "cmentarzem".. mógłbym napisać, że idąc na cmentarz nie zapala się świeczek przy każdym grobie. Wybiera się tylko groby bliskich.

Zatem pozwólmy zabierać głos na rockszanty.pl czy też o nim dyskutować tym osobom które chcą to robić i pozwólmy pozostałym mieć własne zdanie?

Odpowiedz na ten komentarz
Stefan Mikulski

skąd: Brwinów / Poland

wysłano: 7:42,28 maj 2010

Jaro _20

Zatem pozwólmy zabierać głos na rockszanty.pl czy też o nim dyskutować tym osobom które chcą to robić i pozwólmy pozostałym mieć własne zdanie?


Jaro, jestem wstrząśnięty. Przecież nie chodzi by dyskutować o rockszanty.pl tylko nad tezami Maćka. Dlatego przedrukowaliśmy artykuł Maćka żeby dyskutować nad tymi tezami. U Was są chyba same leniwce czy jak? Przecież wiele z tez Maćka jest nie do zaakceptowania przez "ortodoksów"! Ale pewnie się nie chce, tak.

W ogóle przypomina mi się ta anegdota:

-- W brydża gramy 52 kartami w 4 kolorach, z czego nawet średniointeligentna małpa wywnioskuje, że w kolorze jest 13 kart.
-- ...
-- Nazywasz mnie małpą?!
-- Uważasz mnie za głupią?!

A szło o to, że w kolorze jest 13 kart.

-- Witamy rockszanty.pl. W tawernach grają coverbandy które nie szanują Twórców. Keja nie jest szantą. [itd - 10 stron]
--- ...
--- Nie będziemy gadać i bytach równoległych!
-- Po co gadać o powstaniu nowego portalu?
-- Wolę tutaj niż tam gdzie są wulgaryzmy!

Hyhy ;-)



Odpowiedz na ten komentarz
Jaro _20

skąd: Kraków / Poland

wysłano: 11:25,28 maj 2010

Stefan Mikulski

Jaro, jestem wstrząśnięty.

I pewnie jeszcze niezmieszany ;-) ?

Artykuł Maćka (w moich oczach) jest pewnym rodzajem podsumowania sytuacji panującej ogólnie na rynku pieśni morza - widzianej oczyma Maćka :-)

Różnica pomiędzy dyskusją n/t artykułu Maćka na F.Sz i na rockszanty.pl może polegać na tym, że na F.Sz. wiele tez zawartych w artykule było przedyskutowanych (przemielonych i przenicowanych) wcześniej. Siłą rzeczy na rockszanty.pl takiej dyskusji nie było. Zatem niech się taka dyskusja rozwinie. Dlaczego nie?

Zaproszenie było? Było.

A czy dyskusja się rozwinęła? Tak/nie/nie wiem - niepotrzebne skreślić - należy sobie samemu odpowiedzieć, najlepiej odwiedzając portal rockszanty.pl

Moja wypowiedź odnośnie "współistnienia bytów" i "dobrowolności wyboru zabierania głosu w dyskusji" jak widzę nie została zrozumiana zgodnie z moją intencją.

Sytuacja przypomina anegdotę o brydżu, którą przytoczyłeś.


Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI