Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Segars na I Festivalu ZUIDBROEK w Holandii, 10-11 grudnia 2004

Relacje

W SFORNYCH GACIACH

Bytomska grupa Segars upodobała sobie już Holandię na dobre. W ciagu ostatnich kilku lat (od momentu gdy zostali członkami ISSA - i poznali mnie oczywiście :-) ) byli zapraszani do kraju poniżej poziomu morza wiele razy. Zawsze jednak były to

...

W SFORNYCH GACIACH

Bytomska grupa Segars upodobała sobie już Holandię na dobre. W ciagu ostatnich kilku lat (od momentu gdy zostali członkami ISSA - i poznali mnie oczywiście :-) ) byli zapraszani do kraju poniżej poziomu morza wiele razy. Zawsze jednak były to wypady letnie. Tym razem przyszło im jechać na początku grudnia. W tym bowiem terminie nasi przyjaciele, zespół Square Riggers, organizowali po raz pierwszy swój festiwal. Na liście zaproszonych gości oprócz tradycyjnie już Niemców znaleźli się także Francuzi i Anglicy. Zapowiadało się ciekawie.

Znowu Brema

Jak to dobrze, że zima trochę się spóźniła i kolejna podróż do Holandii była przyjemna. No prawie. No bo gdyby nam się po drodze coś nie przytrafiło to byłby cud. Jest takie miejsce w Niemczech, które nazywa się Brema. Samo miasto jest bardzo ładne, zwłaszcza port ale jego obwodnica... oj jak ja nie lubię obwodnicy Bremy! Jechaliśmy już tamtędy z 8 razy a mimo to, co jakiś czas uda nam się w tych okolicach pobłądzić. Albo się zagadamy, albo TIR zasłoni nam tablicę i przegapiamy zjazd. Nie inaczej było i tym razem. Pojechaliśmy w diabły

na Hamburg i zanim się zorientowaliśmy (północ, ciemno jak w... Niemcach) 40 km już za nami. Podjechaliśmy na parking, stanęliśmy obok jednego z setki parkujących tam samochodów by zapytać o drogę. Bryka na holenderskich blachach, pani mówi po angielsku i... (sic!) po polsku!! :-))) My to mamy farta!!! Spotykamy Polaków w najmniej spodziewanych miejscach na świecie. Okazało się, że nasi rozmówcy jadą w tym samym kierunku i... też pobłądzili. Piprzona Brema. Ale to nie koniec. Chcieliśmy skrócić sobie drogę i omało co nie wpadliśmy... do kanału, gdy nagle skończyła się droga! A mawiał mój dziadek "skrótami zawsze dalej".

Znowu w Delfzijl

To miasteczko w północnej Holandii (siedziba ISSA i Square Riggers) stanie się już chyba naszym drugim domem. Odwiedziliśmy je już czterokrotnie. Mamy tam już wielu przyjaciół i znajomego barmana w jednym pubie. Do naszego gospodarza dotarliśmy po 1ej w nocy. Na powitanie Iwe zaserwował nam na DVD relację z festiwalu w Holandii sprzed ładnych paru lat a tam wśród wykonawców... Marek (jeszcze) Siurawski i reszta Starych Dzwonów :-) Czujecie, w Holandii koncerty szantowe można już kupować na DVD (nawet z udziałem polskich zespołów). Oto wyzwanie dla polskich grup... nagrać koncert na DVD!!! Szybko jednak padliśmy (1300 km robi swoje). Rano wczesna pobudka. Jakaż czekała mnie niespodzianka...
Holandia to dziwny kraj, nie dość, że prawie pod wodą, że gór ni ma, ludzie chodzą w drewnianych butach to jeszcze latem o 23ej widno jak w dzień a zimą o 8.00 ciemnota straszna. Jak tu wstawać rano do roboty? A na festiwal...brrr

Dwa dni w Zuidbroek

Reszta Segarsów (bo nie wspomniałem, że jechaliśmy na dwa rzuty) tym razem bez żadnych mandatów, dotarła do Delfzijl o 11ej. Mała kawa, prysznic i jedziemy na festiwal - jakieś 30 km od stolicy szant. Odbywał się on w wielkiej hali targowej, której połowę zajmowały stoiska z 1001 drobiazgami a drugą scena i szantymaniacy. A wśród nich byli "Piraci" z Drachten (nasi gospodarze z ub. roku), chóry niemieckie i holenderskie. Festiwal, jak to festiwal. Od południa do północy kolejno po sobie na scenie pojawiały się zespoły. Z powodu żałoby narodowej po śmierci jednego z członków rodziny królewskiej program festiwalu uległ sporym zmianom, ale i tak było wesoło i żeglarsko. Program był dobrze ułożony, pomiędzy 60 osobowymi chórami szantowymi na scenie pojawiały się grupy bardziej klasyczne. Wspaniały występ dali Anglicy z "Monkeys Orphan". Shanty Jack, Paul i Robin pokazali myślę, że nie tylko nam, na czym polega szantowanie... i ten angielski... No tak przeca to Anglicy byli.
Drugim zespołem, na występ którego czekaliśmy z ciekawością byli Francuzi (niestety z powodu choroby Jacka - Square Riggers nie mógł wystąpić, podobne problemy miał Stowaway). Grupa

"Les Souilles de Fond de Cales" z Bretanii nie zawiodła naszych oczekiwań. Folk bretoński zawsze się obroni, zwłaszcza wykonywany w oryginale :-). Jeśli dodać do tego jeszcze lidera z poczuciem humoru - zabawa murowana. A że i Anglicy i Francuzi mieli w swoim repertuarze wiele znanych nam utworów - śpiewaliśmy z nimi - w trakcie ich występu, jak i po, w kuluarach. Festiwal w Zuidbroek (po polsku to spodnie robocze (mniej więcej) - od razu przechrzciliśmy na sforne gacie :-) ) był dobrze zorganizowany. Ciekawy i różnorodny dobór grup, telebimy, profesjonalny zestaw nagłośnieniowy no i jak zwykle życzliwa atmosfera przez dwa dni to plusy. Minusem było to, że odbywał się on z dala od jakiegoś miasteczka, na t.zw. zatylcu i byliśmy skazani na spędzenie w hali dwóch dni (jedzenie, poza hotelową ucztą pierwszego dnia, było tam raczej kiepskawe).
Jednak cały wyjazd zaliczamy do udanych. Przywieźliśmy kilka nowych płyt (zostawiliśmy kilka naszych) poznaliśmy wielu ciekawych ludzi i pośpiewaliśmy sporo w międzynarodowym towarzystwie. Jesteśmy do przodu.

Galeria

Idź do strony: 12»

Informację wprowadził(a): Kamil "KAMiL" Piotrowski - godz. 12:25, 3 luty 2005, wyświetlono: 609 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI