Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Spór o "szanty"

Felietony

Wydawałoby się - rzecz banalna: zwyczajny spór o definicję. Jednak przysłuchując się rozmowom znajomych i przyjaciół, obserwując pilnie wymianę refleksji na forach dyskusyjnych, dostrzegając pewne prawidłowości w sferze koncepcyjnej najważniejszych festiwali w Polsce i śledząc losy ...
Wydawałoby się - rzecz banalna: zwyczajny spór o definicję. Jednak przysłuchując się rozmowom znajomych i przyjaciół, obserwując pilnie wymianę refleksji na forach dyskusyjnych, dostrzegając pewne prawidłowości w sferze koncepcyjnej najważniejszych festiwali w Polsce i śledząc losy muzyki morza w kontekście ich "medialnej kariery" - przekonuję się coraz częściej, iż warto poświęcić mu nieco więcej uwagi. Niniejszy tekst stanowi pierwszą próbę uorganizowania moich refleksji na temat "sporu o szanty", a punktem wyjścia dla tej próby jest osadzenie przedmiotowego zjawiska w perspektywie historii kultury.
    Współcześnie - "szanty" są już zjawiskiem co najmniej trójpokoleniowym. Za "swoje" uważają je bowiem osoby reprezentujące generację moich rodziców,  na "szantach" wychowało się znaczne grono moich rówieśników, w "szantach" wyrastają ich dzieci. Nie ulega wątpliwości: "szanty" żyją - i z pokolenia na pokolenie ewoluują, zmieniają swój kształt i charakter odzwierciedlając szersze procesy przemian, jakie zachodzą w kulturze. Trzy pokolenia - i nieomal trzydzieści lat, w czasie których Polska przeszła serię bardzo poważnych transformacji. Pokolenie moich rodziców i moja własna generacja - znakomicie pamięta początki "ruchu szantowego" i wszystkie jego uwikłania; dla osób z pokolenia dzisiejszych studentów i jeszcze młodszych - to odległa historia z zamierzchłych czasów. W tej właśnie polaryzacji upatruję jedną z istotniejszych przyczyn "sporu o szanty", który w takim kontekście objawić się może jako wynikający z pokoleniowej nieprzystawalności "emocjonalnej inwestycji w szanty".
    Dzisiejsi czterdziestolatkowie pamiętają znakomicie siermiężne czasy, kiedy o dalekich podróżach można było jedynie pomarzyć: posiadanie paszportu w domu było niedozwolone, uzyskanie wizy Zachodniego kraju graniczyło z niemożliwością, a średnia pensja stanowiła równoważnik czterdziestu dolarów - i nawet jeżeli dopełniło się wszelkich żmudnych formalności można było wywieźć z Polski 10 dolarów wypłacanych przez bank na podstawie wpisu do książeczki walutowej. Telewizja polska oferowała dwa programy: program pierwszy, który kończył się codziennie o godzinie 23, oraz program drugi, którego emisja rozpoczynała się po południu. Latami oczekiwało się na podłączenie telefonu, a międzynarodowe rozmowy - niezwykle kosztowne - należało zamawiać w rozmównicach. Po roku 1980 sytuacja zrobiła się jeszcze poważniejsza, a gdy w życie wszedł stan wojenny - na obrzeżach miast i granicach ówczesnych województw stanęły punkty kontrolne, strzeżone przez uzbrojonych żołnierzy, milicjantów i wozy opancerzone. Z miasta do miasta przemieszczano się za zezwoleniem, a godzina milicyjna ograniczyła ruch całkowicie, rozmowy telefoniczne były kontrolowane, listy z Zachodu zawsze były opatrzone czerwoną pieczęcią, która informowała adresata, iż "przesyłka dotarła otwarta/uszkodzona", a słuchanie zachodnich radiostacji - było przestępstwem. Szare miasta patrolowały trójki uzbrojonych w broń automatyczną i wyposażonych w długie, czarne pałki milicjantów, a kiedy w telewizji pojawiły się programy edukacyjne przekonujące Polaków, że margaryna jest o wiele zdrowsza od masła - było oczywiste, że w najbliszym czasie masło zniknie ze sklepowych półek - tak, jak znikło wszystko.
    Życie codzienne było życiem w reglamentowanym świecie, w świecie na kartki, gdzie przestrzenie wolności ograniczyły się nagle do wyobraźni i buntu: do literatury i sztuki przekazującej mniej lub bardziej "nielegalne treści" i aktywnego lub pasywnego oporu. Popularność literatury podróżniczej i reportażu biła wtedy wszelkie rekordy: dalekie kraje, otwarty ocean - zromantyzowane i ubaśniowione - rozpalały wyobraźnię. Taka literatura rozbudzała pragnienie wolności i dawała namiastkę swobodnego oddechu: czytając Lucjana Wolanowskiego, Conrada, Melville'a, czy książki z serii "Wielcy żeglarze" - wdychało się wolność, a każdy buntownik - nawet pirat - był postacią romantyczną, która wystąpiła przeciwko niesprawiedliwej władzy i uciemiężeniu. Morze, nieograniczone, jawiło się czytelnikom jako przestrzeń swobody, a żeglarstwo - było jedną z niewielu dyscyplin sportu, która pozwalała sięgnąć po jej namiastkę .
    Choć mając w ręku książeczkę żeglarską z "zezwoleniem na pływania morskie" (- które otrzymywały osoby "poza podejrzeniami") wolno było wypłynąć poza polskie wody terytorialne, obowiązywał zakaz wchodzenia do obcych portów - więc można było co najwyżej popatrzeć i pomarzyć... chyba, że odważny kapitan pozwolił załodze "zepsuć" jacht na tyle, by można było awaryjnie wejść do obcego portu. Lecz choć wielu żeglarzy decydowało się na takie gesty - sezon żeglarski ostatecznie się kończył i trzeba było wracać do Polski - i czekając na kolejny rejs uciekać w literaturę, reportaż - i szantę. To wtedy Refpatent i Cztery Refy, Stare Dzwony i Ryczące Dwudziestki przyniosły nam zapożyczone z kultur krajów morskich pieśni, które nie tylko przypominały nam o elementarnych wartościach, mocy przyjaźni, sile woli i podstawowej wolności człowieka, ale także - przez swoje tradycyjne zakorzenienie - osadzały nas z powrotem w ciągłości zachodniej tradycji. Przede wszystkim jednak - rozbudzały marzenia o nieskończonym oceanie i swobodzie tak wielkiej, że baśniowej. Do dziś mam w swojej kolekcji przywiezioną niegdyś przez znajomego naukowca z Anglii płytę "The Quarter Fellas", która dostarczyła pierwszych inspiracji polskim zespołom szantowym: potem oni sami korzystali z każdej nadarzającej się okazji, by przywozić do Polski płyty i kasety - i tłumaczyć, tłumaczyć, tłumaczyć... Dzięki Markowi Szurawskiemu i Starym Dzwonom, dzięki Jurkowi Rogackiemu i Czterem Refom, dzięki Ryczącym Dwudziestkom (wtedy jeszcze ze Szkotem) mogliśmy miękko przekroczyć granicę między beznadzieją a marzeniem i dlatego każdy festiwal - a szczególnie Shanties w Krakowie - był dla nas świętem. Nie jeździliśmy na koncerty tylko po to, żeby posłuchać ulubionej muzyki: festiwal był namiastką statku, szanty - wówczas w zasadzie wyłącznie tradycyjne - dyskursem wolności. To tam planowaliśmy rejsy, to tam łączyliśmy się w społeczność, która dziś wyewoluowała w "ruch szantowy".
    Jeżeli tak spojrzeć na "pokoleniowość" szanty - nie zaskoczy nas pewnie, że "ci starsi", ci bardziej świadomi historycznych uwikłań "szanty" i emocjonalnie przywiązani do pieśni morza rozumianej tak, jak rozumiało się ją w późnych latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych widzą w naszej muzyce symbol pewnego etapu własnej biografii: podział na "pieśń kubryku" i "szantę - tradycyjną pieśń pracy" nie jest więc jedynie kwestią typologii, którą można zrewidować, podważyć, czy zastąpić inną. Dla pokolenia, które ukochało tradycyjne pieśni żeglarskie w czasach, kiedy one stanowiły dla nich często jedyny pomost do świata barwnego, klarownego, otwartego - "wierność szancie klasycznej" wydaje się być symbolem wierności całemu kompleksowi idei i wartości, z którymi młodsze pokolenia żeglarzy i miłośników kultury marynistycznej - z natury rzeczy - nie mogą się w pełni identyfikować. Wydaje się także, że odbiorcy reprezentujący "starsze pokolenie" łatwiej akceptują współczesne gatunki pieśni morza jeżeli te noszą cechy poetyki tradycyjnej (na przykład kwintową aranżację a cappella) niż gatunki czerpiące z innych nurtów muzycznych (jazzu, bluesa, rock-and-rolla, a nawet country i bluegrassu) - ale nawet wtedy wolą nie nazywać ich "szantami" czy "pieśniami kubryku" i często proponują inne terminy na ich określanie (na przykład "neoszanty", czy "nowe szanty"). I - naturalnie - niechętnie przyjmują niezależne od ich woli, lecz nieuniknione ewolucyjne zmiany, jakie w przestrzeń muzyki żeglarskiej wprowadzają artyści reprezentujący pokolenie "młodych". "Młodzi" zaś - nie rozumiejąc często przyczyn domniemanej ortodoksji "starych" - ze zrozumiałych powodów czują się rozżaleni, kiedy "starzy" nie doceniają ich twórczości. Oto jeden z możliwych powodów "sporu o szanty" - lecz, naturalnie, nie jedyny.
    Powodem drugim wydaje się być "nieuregulowany" status szanty w kulturze. Ponieważ "szanty" - w odróżnieniu od wielu innych gatunków muzycznych wyrosłych z tradycji popularnej i/lub ludowej - nie wzbudziły dotąd poważnego zainteresowania polskich środowisk naukowych, a z racji "prostoty" i "niszowości" (a faktycznie domniemanej "prymitywności") szant unikają ich polskie media, nie podjęto dotąd poważniejszych prób analizy unikalnego w skali globalnej zjawiska "polskich szant". Brak systematycznych historycznych, historyczno-kulturowych, muzykologicznych, folklorystycznych i socjologicznych opracowań powoduje, że nie posiadamy poważnej, ugruntowanej rzetelnymi badaniami wiedzy na temat rozwoju tego fenomenu. Stąd też - każdy miłośnik "szanty" z konieczności stosuje własną, intuicyjną "typologię" - i to jej "intuicyjnie" broni w dyskusjach.  Nie bierze jednak pod uwagę faktu, iż nie powstał dotąd systematyczny "metajęzyk pieśni morza", w oparciu o kategorie którego można byłoby dążyć do porozumienia gdy chodzi o adekwatny opis obecnego stanu muzycznej sfery polskiej kultury marynistycznej, gdzie język stosowany do opisu tradycyjnych "szant" i "pieśni kubryku" okazuje się niewystarczający. Niestety - jedynym rozwiązaniem tej sytuacji byłoby przeprowadzenie rzetelnych diachronicznych i synchronicznych studów w oparciu o istniejące metodologie, które służą literaturoznawcom, muzykologom i folklorystom do badania analogicznych zjawisk. Innymi słowy, sugeruję tutaj, że ewolucję "szanty" (czy szerzej: "pieśni morza") można badać tak, jak bada się - na przykład - ewolucję powieści. Można wyprowadzać jej współczesną typologię "genetycznie", studiując przemiany cech poetyki immanentnej utworów na przestrzeni dziejów w odniesieniu do zjawiska kanonu, można rozważać te relacje synchroniczne, zwracając uwagę na te elementy, które wpływają na jej kształt w odniesieniu do dominujących w danym miejscu i danym czasie idei estetycznych, można wiązać ewolucję gatunku z psychohistorią, można pytać o jej uwarunkowania socjologiczne - a można też wypracować całkiem nową metodologię - na przykład opartą na poststrukturalnych studiach folklorystycznych - dedykowaną specjalnie dla studiów nad współczesną pieśnią morza.
    Ilustrację może tu stanowić następujący króciutki wywód: jeżeli przyjmiemy, że cechami wyznacznikowymi poetyki takiego gatunku, jak szanta (rozumiana jako pieśń pracy) są: a) wyraźne podziały na partie śpiewane przez szantymena i przez chór, b) obecność długich samogłosek w miejscach, które przypadają na chwile wzmożonego wysiłku pracujących ludzi i c) równy rytm - to szantą będzie zarówno "South Australia" jak i "Zęza" czy "Panta Rhei" Banana Boat. Wówczas relacja między tradycyjną pieśnią a pieśnią współczesną będzie analogiczna do relacji między wczesną powieścią powieścią oświeceniową a powieścią doby ponowoczesnej ("Podróże Gulliwera" i "Rzeźnia numer pięć"). Jeżeli uznamy, że kryterium typologii wynikać będzie z historycznie  warunkowanych zastosowań pieśni, to "South Australia" szantą będzie, ale "Zęza" i "Panta Rhei" już nie - ponieważ te ostatnie nie służą organizacji pracy zespołowej, lecz pisane i aranżowane były na potrzeby estrady. Należy jednak zauważyć, że każde z tych podejść jest uzasadnione - i żadne z nich nie jest "lepsze" ani "prawdziwsze" od tego drugiego, a "test praktyczny" także sprawy nie rozwiąże, bo można z łatwością znaleźć utwór, który nigdy nie pretendował do miana szanty, lecz przy którym z łatwością można byłoby nadać rytm zbiorowej pracy (- świetnie się ciągnie fały przy "Englishman in New York" - przetrenowane!).
    Nie można przy tym zapominać o tym, że tak, jak w przestrzeń "epiki" dawno już wkroczyła i tradycyjnie niegdyś odrębna liryka i całkiem niegdyś osobny dramat, tak i w przestrzeń pieśni morza wkroczyły inne rodzaje i gatunki muzyczne, które nie tylko nie wywodzą się z poetyki "szanty" czy "pieśni kubryku", ale także nigdy nie "udawały", że tak jest. Stan faktyczny dowodzi, że ograniczenie studiów nad pieśnią morza do badań upatrujących jedyne jej źródło w tradycyjnych "morskich" gatunkach - jest błędem, ponieważ takie działania nie wyjaśnią ewolucji zjawiska jakim ono dziś rzeczywiście jest. Badacz - nie może nie brać pod uwagę zjawisk faktycznie istniejących i proponować arbitralnego "odrzucenia" zespołów wykonujących muzykę morza z perkusją wykluczając ją poza sferę "zjawiska polskich szant", tak samo, jak literaturoznawca nie może pominąć w swych badaniach nad historią literatury współczesnej "Harlequinów", czy scenariuszy filmowych. Jak wtedy badacz pieśni morza wyjaśniłby przynależność gatunkową "Wenecji" Ryczących Dwudziestek, "Frau Kokoschke" GFS, czy co "ostrzejszych" folk-rockowych utworów Smugglersów? A przecież wydaje się jasne, że nie sposób poważnie mówić o kanonie polskiej muzyki morskiem z pominięciem tych formacji. I w tym właśnie miejscu dochodzimy do dwóch kolejnych elementów sporu: uzusu i wolnego rynku.
    Wprawdzie - wedle mojej najlepszej wiedzy - nikt jeszcze nie przeprowadził socjologicznych badań na temat współczesnego użycia wyrazu "szanty" lub "szanta" - ale wolno przypuszczać, że dla większości użytkowników języka polskiego, którzy przychodzą na koncerty i stanowią publiczność festiwali wyrazy te są synonimami określenia "muzyka i piosenka żeglarska". Uzus decyduje o ewolucji definicji słownikowych - i tak, jak wyraz "kobieta" oznaczał niegdyś służącą zajmującą się porządkiem zabudowań gospodarczych dla zwierząt domowych i był określeniem o charakterze pejoratywnym w relacji do takich nienacechowanych wyrazów jak "niewiasta" czy "białogłowa" ("niewiasta zamężna"), dziś wyraz "szanta" - niegdyś oznaczająca wyłącznie morską, kopalnianą, lub kolejową pieśń pracy - na mocy uzusu rozszerzył swoje znaczenie i obejmuje faktycznie wszystkie gatunki pieśni i piosenki żeglarskiej. Ten fakt nie manifestuje się jeszcze w słownikach języka polskiego ani w słownikach wyrazów obcych - ale w tym względzie sprzeciwy "purystów" muszą okazać się płonne: jeżeli na plakatach festiwali, w których uczestniczą obok siebie Cztery Refy, Gdańska Formacja Szantowa, Smugglersi, Banana Boat, Orkiestra Dni Naszych, Betty Blue i Banana Boat widnieje wielki napis "SZANTY" - to ten wyraz, z punktu widzenia odbiorcy, obejmuje wszystkie gatunki reprezentowane przez wymienionych wykonawców. I sądzę, że wiele wybuchowej energii w sporze o szantę wyzwala właśnie niewinny uzus, przeciwko któremu trudno jest walczyć: to bowiem najbardziej "demokratyczny" z językowych procesów, jaki można sobie wyobrazić.
    Ostatnim z ważnych powodów, dla którego toczy się omawiany tutaj spór - dostarcza klamry dla całej mojej wypowiedzi: są nim emocje, jakie wiążą się z "urynkowieniem" zromantyzowanej przez "starsze" pokolenie szanty. Z jednej strony bowiem - istotnie - pojawiło się niebezpieczeństwo, iż wartość artystyczna wykonywanych utworów i wierność pewnej poetyce gatunkowej, która dotąd czyniła muzykę morską rozpoznawalną pośród innych (nawet pokrewnych) - ulegną zatarciu w wyniku działań zmierzających ku zdobyciu jak najszerszej publiczności i jak najskuteczniejszej reklamy w dyktujących mody mediach. Niebezpieczeństwo "UDODOWIENIA", "UICHTROJENIA", czy "UBRITNEYSPEARSOWIENIA" szanty jest realne, czego dowodem jest coraz częstsze pojawianie się na polskich scenach zespołów o identycznym "uniwersalnym" instrumentarium (- które można wykorzystać równie dobrze w muzyce pop, rock and rollu, czy bluesie) i "popowych" aranżacjach. Z drugiej strony - urynkowienie powoduje także profesjonalizację zespołów - a wśród nich także i takich, które postrzegają siebie jako "spadkobierców tradycji", czy reprezentantów "współczesnego stadium ewolucji muzyki morza". W tym kontekście - kością niezgody jest "etykieta": "Spadkobiercy" niepokoją się, kiedy "morscy rockandrollowcy" używają terminu "szanty" na określenie muzyki "genetycznie" innej, uznając iż taki gest zawłaszczenia wyrazu "szanty" wprowadza zamieszanie wśród fanów kultury morskiej. Znakomite rozwiązanie tej sytuacji zaproponowali organizatorzy festiwalu w Serwach, tytułując go adekwatnie "Serwy Rock-Szanty Festiwal". Wszelako z wyjątkiem tej imprezy niewielu organizatorów decyduje się na rezygnację z oczywistych benefitów płynących z wykorzystania chwytnego słowa-klucza bez żadnych dywizów. Na tym etapie jednak trudno wyrokować, czy debatujący doprowadzą w tym względzie spór do pokojowego końca, czy też - jak zwykle - zadecydują o losach definicji interesującego nas wyrazu uzus i rynek pospołu.
    Czym więc jest "szanta" dzisiaj? Nie sposób udzielić na to pytanie "jednynej słusznej" odpowiedzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że jest zjawiskiem złożonym, wieloaspektowym i tętniącym życiem, a jej przemiany odzwierciedlają transformacje całej kultury. I - z całą pewnością - ma nieco wspólnego z żeglarstwem. Co się z nią stanie dalej - pokaże płynny czas. Tak, czy inaczej, w znacznej mierze to od nas samych - artystów,felietonistów, nauczycieli, autorów programów telewizyjnych i radiowych- zależy stan świadomości społeczeństwa, a wobec tego również wybory,jakich owo społeczeństwo dokona zarówno w sferze języka, jak i wdziedzinie preferencji muzycznych.

Paweł Jędrzejko

P.S.: Przepraszam wszystkie osoby z "mojego pokolenia", dla których opis Polski sprzed 1989 roku jest oczywisty i banalny.
P.S.2: Znaczną partię części pierwszej tej wypowiedzi opieram na artykule mojego autorstwa przedłożonym do druku w tomie pod redakcją Dariusza Rotta poświęconym Lucjanowi Wolanowskiemu.

Banana Boat

Podyskutuj na ten temat na FORUM

Informację wprowadził(a): Paweł "Synchro" Jędrzejko - godz. 7:24, 28 styczeń 2008, wyświetlono: 1444 razy

ojerzy

wysłano: 10:42,28 styczeń 2008

Ufff... A nie było to łatwe! Wątek traciłem kilka razy - ale jakoś dopłynąłem. Istny rezerwuar mądrości... Cóż - Autor naukowcem jest, jak wiadomo - a to oznacza, że przywykł do oceniania wartości publikacji w jednostkach: "ilość tomów" lub "ciężar zużytego papieru" (słowo "zużytego" - nie jest tu przypadkowe). Jam jedynie prosty technokrata - więc napiszę krótko. Jeśli w jakimś przykładowym, troszku strasznym, troszku śmiesznym kraju - jakaś gromadka tubylców postanowi wszystkie podłużne owoce nazwać - dajmy na to - banan, to będzie śmiesznie. Jeśli jednak będą mieli przełożenie na media i podchwyci to "racjonalne uproszczenie" odpowiednio duża ilość ignorantów, szczególnie tych, co bananów nigdy nie widzieli - to może im się udać! Kraj ten straszniejszy przez to nie będzie. Co innego, ze śmiesznością... Pozdrawiam Jurek O.
Odpowiedz na ten komentarz
mn

wysłano: 11:51,28 styczeń 2008

...o czym autor wspomniał. Nie nasza wina, że produkowane są tak żałosne teksty, jak p. Filipa Łobodzińskiego w "Newsweeku", robiące ludziom wodę z mózgu. Jeśli zatem "tłuszcza" zaabsorbuje bzdury, to chociaż my, świadomi fani, bądźmy awangardą normalności! I krzewmy ją na tyle, na ile się da. Kilku (Siurawski, Sikorski, S.Klupś, Rogacki, Ozaist) pokazało, że można mówić o szantach z sensem nawet w większych "przekaziorach".
Odpowiedz na ten komentarz
neo

wysłano: 14:53,28 styczeń 2008

Fajne te porównanie szant do bananów,jednak warto zauważyć że banany na świecie są różne,różnią sie smakiem i wyglądem a jednak wszystkie nazywane są tak samo choć niektóre smakują jak jabłka.
Odpowiedz na ten komentarz
Ola

wysłano: 11:1,29 styczeń 2008

mn napisał: Nie nasza wina, że produkowane są tak żałosne teksty, jak p. Filipa Łobodzińskiego w \"Newsweeku\", robiące ludziom wodę z mózgu. Jaki tekst Łobodzińskiego masz na myśli?
Odpowiedz na ten komentarz
mn

wysłano: 11:22,29 styczeń 2008

...nr 30 z 2006 r. Chętnym mogę przesłać mailem. Oczywiście - jest to tekst żałosny jak na takiego dziennikarza i taki tytuł... Dyskusja o nim miała miejsce na forum: http://forum.szantymaniak.pl/viewtopic.php?t=188&start=0
Odpowiedz na ten komentarz
ojerzy

wysłano: 20:39,29 styczeń 2008

Jak w tytule, czyli - ten tekst jest na takim samym poziomie, jak całe pismo i inne tamtejsze teksty. Bo niby - dlaczego miało by być inaczej...
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI