Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Szantomierz nadal inny, relacji część druga

Relacje

Sobota rozpoczęła się jeszcze bardziej pracowicie niż piątek, a to za sprawą prób mikrofonowych oraz innych przygotowań do Koncertu Konkursowego. Spodziewałem się rozgardiaszu i niepotrzebnego przedłużania wspomnianych prób, ale nic bardziej mylnego. Zespoły w większości ...

Sobota rozpoczęła się jeszcze bardziej pracowicie niż piątek, a to za sprawą prób mikrofonowych oraz innych przygotowań do Koncertu Konkursowego. Spodziewałem się rozgardiaszu i niepotrzebnego przedłużania wspomnianych prób, ale nic bardziej mylnego. Zespoły w większości wykazały się dużą sprawnością i obyciem ze sceną, co jest dobrym prognostykiem dla ich estradowej przyszłości. Równie sprawnie odbył się sam konkurs. Zespoły czekały na swoją kolej w delikatnym chłodzie pod ogromnym jaworem, a na scenę wchodziły zdyscyplinowane i do pełni szczęścia brakowało tylko odrobiny cienia dla publiczności, która zmuszona była słuchać muzyki

spod pobliskich drzew lub kawiarnianych parasoli. Innego wyjścia nie było, gdyż pobyt na widowni w samo południe mogło być poważne w skutkach. Na szczęście wielbiciele "muzyki szanty" to ludzie rozsądni i umiejący korzystać z przywileju cienia. Tak więc zasłuchana publiczność pozostawała w schronieniu, a na samej widowni pojawiały się nowe twarze, a to turyści, a to najzagorzalsi fani danego zespołu, tak więc zdecydowanie nie można powiedzieć, że był to koncert wyłącznie dla jury. Katarzyna Pytel, Ryszard Muzaj, Piotr Zadrożny, Maciej Skorupa i Robert Wiórkiewicz byli tymi, do których należała ocena konkursantów, a byli bardzo dzielni w wytrzymywaniu trudów okropnego upału i spod skromnego zadaszenia bacznie analizowali poszczególne występy. Na scenie panował lekki przewiew, a zespoły fachowo nagłośnione przez znakomity "team akustyków" miały pełen komfort.

 

Po zakończeniu konkursu, pobiegłem szybko nad Wisłę, aby pomóc przy organizacji tamtejszej sceny, jednak to, co zastałem nie wymagało niczyjej pomocy. Kończące się próby mikrofonowe, pod okiem Anity Rożek (V-szerze na bis), która świetnie wywiązała się z obowiązku organizacji sceny, oraz licznie zbierająca się publiczność budowały napięcie.

Koncert pod tytułem "Noc nad Wisłą" rozpoczął laureat nagrody specjalnej przyznanej podczas piątkowego całonocnego koncertu w Tawernie Festiwalowej. Matelot, chłopaki z Warszawy solidnie zagrali na początek trochę celtyckiego folku w dość nowoczesnych aranżacjach, co musiało się podobać gdyż na naszej rodzimej scenie szantowej to już nie nowość. Niestety rola gospodarza często odciągała mnie od sceny, więc o kwartecie ze stolicy szerzej napisze pewnie ktoś inny. Natomiast rodzimych sandomierskich V-szerzy na bis udało mi się posłuchać trochę więcej i powiem, że jeśli tylko zajmą się autorska pracą nad własnym repertuarem to może z nich wyrosnąć nietuzinkowy wręcz zespół. Póki co, ku uciesze zgromadzonej publiczności, V-szerze zaśpiewali trochę klasyki pokazując że zarówno możliwości wykonawcze jak i aranżacje mają bardzo dobre. Czekam więc, jako wierny lokalny fan, na autorskie rzeczy (np. odgrzebanie przepięknych pieśni Marka Sochackiego)!

Kolejnym wykonawcą, który dosłownie zawładnął nadwiślańską sceną oraz widownią był Jerzy Porębski, chciałoby się powiedzieć "wreszcie", po raz pierwszy w Sandomingo! Ale Jurek przecież już był w Sandomierzu jakieś 25 lat temu. Kiedy to, razem z nami Sandomierzanami (choć ja mogłem mieć najwyżej 7 lat) oraz Starymi Dzwonami (w składzie Marek Siurawski, Janusz Sikorski, Ryszard Muzaj i Jerzy Porębski) obchodził Dni Morza. Tym razem Jurka wspomagał znany już nam duet Andrzej Korycki - Dominika Żukowska. Było bardzo dobrze, Jurek zaczarował swoją osobowością i własnymi znakomitymi kompozycjami. Jak się tego można było spodziewać "Cztery Piwka", "Popłynęli koledzy w rejs", "Gdzie ta keja" bardzo ładnie rozkołysały zgromadzonych amatorów wodniackiego śpiewania, a nadchodzący zmierzch powoli zaczął zamazywać spektakularny widok płynącej Wisły w tle sceny.

Mrok gęstniał ("jak to mrok"), przed oczy publiczności zawitał ciekawy i energetyczny duet Beata Bartelik-Jakubowska - Jacek Jakubowski. Rozpoczęli od przypomnienia pieśni Krewnych i Znajomych Królika, (w którym to projekcie biorą udział) "Oczekiwania". Wspomniana energia gorących serc wykonawców wypłynęła naprzeciw równie otwartej publiczności, no i stało się coś bardzo nieoczekiwanego. Po prostu ... zgasło światło, całe zasilanie zarówno sceny, jak i całego zaplecza nagle zanikło. Zapanował półmrok, a organizatorzy zaczęli robić wszystko, co było w ich mocy, aby energię elektryczną przywrócić. Natomiast atmosferą na scenie zajął się mistrz Porębski, który na swojej legendarnej już trąbce odegrał ku uciesze nas wszystkich "Glory, glory, hallelujah", a publika podjęła temat klaszcząc i śpiewając w unisonie z najgłośniejszym instrumentem na pokładzie. Efekt niesamowity, wszyscy przysunęli tak blisko sceny jak się tylko dało, aby w spokoju wysłuchać na zmianę znakomitego tego wieczoru konferansjera, Bongosa,
oraz Beaty i Jacka występujących unplugged.

Sytuacja była co najmniej mało komfortowa przede wszystkim dla organizatorów, którzy z nadzieją czekali na interwencję elektryków, pewnie ten niepokój udzieliłby się również publiczności, ale tutaj z pomocą przyszli harcerze z Tarnobrzegu, którzy wspólnymi śpiewami, wspomagali występujących bez nagłośnienia, a jeden z nich wziąwszy pochodnię i stojąc na scenie podtrzymywał nas wszystkich w nadziei, że prąd szybko wróci.

No i wrócił, światło i dźwięk wlały się pomiędzy nas a Beata i Jacek zaśpiewali jeszcze jedną pieśń, po czym ustąpili miejsca zespołowi "Samhain" z Lublina, laureat Grand Prix Szantomierza z 2004 roku. Można powiedzieć, że zespół zagrał z taką samą werwą i zaangażowaniem, co zawsze, począwszy od momentu naszego pierwszego spotkania. Żywiołowość Kasi zarówno w odniesieniu do jej gry na skrzypcach jak i śpiewu nie mogła pozostać bez echa pośród publiczności, która świetnie się przy akompaniamencie bawiła. Nie można nie wspomnieć o gościnnym występie Jurka Porębskiego w utworze "Stary Dziadek", oraz niezwykle ciekawym wykonaniu jednej z piosenek z repertuaru Hambaweny. To było bardzo emocjonujące, gdyż z powodu długiego wstępu opartego na ciekawych akcentach nie mogliśmy się domyślić, co też nasi lubelscy przyjaciele zaczną śpiewać. W pewnym momencie popłynął śpiew Kasi i już wiedzieliśmy "Pytajo się ludzie", bardzo, bardzo żywiołowe i intrygujące wykonanie!

Po zespole z Lublina, przyszła kolej na zeszłorocznego laureata nagrody Grand Prix -zespół "Pchnąć w tę łódź jeża" z Chorzowa, którego dosyć duże i skomplikowane do nagłośnienia instrumentarium nie stanowiło problemu dla obsługi sceny, tak więc zgromadzeni nad sandomierską Wisłą fani szant mogli udać się w kolejną podróż muzyczną. Podróż była bardzo ciekawa, bo dźwięki, które płynęły z ich serc były niezwykle różnorodne i nie chodzi tutaj wyłącznie o rodowód wykonywanych pieśni, ale ich brzmienia oraz rytmikę. Widać było, że zespół świadomie bawi się tymi elementami. W "Jeżowym" repertuarze doszukałem się wpływów skandynawskich, ale też wczesnosłowiańskich oraz bałkańskich. Podobnie było w ich wykonaniu "Hambawenowego" utworu "Za górami za lasami" (popularnej "Małgorzatki"). I tym razem zrobiło się nam bardzo ciepło na duchu, bo zarówno sam fakt wykonania pieśni z naszego repertuaru, ale tez zupełnie niezwykłe jej wykonanie zrobiło na nas duże wrażenie.

 

 Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki "Jeży", na scenie zainstalował się skład o zupełnie odmiennym instrumentarium, ale jakże ambitny i utalentowany. Zespół Szela, to pierwotnie projekt Smugglersów, który, na początku lat dziewięćdziesiątych, podjął się interpretacji polskiego folku. Od samego początku mogli być wzorem, jak odświeżyć naszą dawną kulturę ludową w taki sposób, aby stała się ona przystępna dla szerszego grona wielbicieli (np. rocka) z jednoczesnym jej poszanowaniem. W składzie ponownie pojawił się duet
Beata Bartelik-Jakubowska - Jacek Jakubowski, którzy godnie przejęli, po nieodżałowanym Józku Kanieckim, "sprawy melodyczne" zgrabnie współgrając z piękną (również wizualnie) gitarą Krzysia Paula. Słuchacze dostali solidną dawkę dobrego folk-rockowego grania, a na szczególną uwagę zasługuje wykonanie pieśni kaszubskich o morzu. Czy można sobie wyobrazić prawdziwsze polskie szanty od tych kaszubskich pieśni? Szela zagrała również dla Hambaweny, "Flisackowa zona" w ich wykonaniu zabrzmiała niezwykle, a to za sprawą sekcji rytmicznej o niezwykłym "feelingu", wspomnianej gitary o zacięciu jazzowym oraz charyzmatycznego wokalu Beaty. Nie sposób nie wyliczyć pozostałych, ale jakże ważnych integralnych składowych grupy, jak klimatyczny akordeon czy charakterystyczne wokale męskie.

 Cieszyło gorące przyjęcie naszych przyjaciół z Trójmiasta przez publiczność, a na scenę zawitały długo oczekiwane Stare Dzwony. Ryszard Muzaj, Marek Szurawski, Andrzej Korycki oraz Jerzy Porębski zrobili duże wrażenie. Niesamowity dowcip, piękne pieśni oraz osobowość sceniczna każdego z Dzwonów, jak zawsze w trakcie ich występów, ważnymi elementami występu. Kiedy sobie tak słuchaliśmy tego zasłużonego dla Szanty kwartetu, Przemek Dusza (Anam na Eirean) ciekawie skomentował ich działalność sceniczną: "ich piosenki się powtarzają, ale za każdym koncertem, Stare Dzwony, tworzą inną, piękną opowieść". I rzeczywiście, piękna to była opowieść, która na długo pozostanie w naszej pamięci.

Nie wysłuchałem do końca recitalu Starych Dzwonów gdyż w pewnym momencie złapała mnie na niezwykła trema. Za chwile mieliśmy z Hambawenah zagrać nasz jubileuszowy koncert. Ostatnie ustalenia z akustykami, jednemu z naszych gości na ucho odśpiewałem którąś z naszych piosenek (była to nasza jedyna próba przed wspólnym występem), no i zaczęło się. Dosyć sprawnie zainstalowaliśmy się na scenie i bardzo miłym wprowadzeniu przez Bongosa rozpoczęliśmy grać nasz koncert. Przed pierwszymi dźwiękami wydobytymi z mandoliny ujrzałem, po mojej lewej ręce, Flisaków z Ulanowa, Wrocławia i Nowej Soli, trzymających w rękach zapalone pochodnie, a na ich czele Pan Retman Mieczysław Łabęcki.
Porozumiewawcze spojrzenia pomiędzy nami na scenie sygnalizowały, że jesteśmy wzruszeni, a nasze nogi są jakby z waty, więc nie było na co czekać, tylko szybko przywitać znaczącym uniesieniem ręki przybyłych "Włóczków", i rozpocząć koncert. Ponieważ początkowy repertuar zespołu Hambawenah tworzyło wiele ludowych kompozycji z Zielonej Wyspy, to nie mogliśmy rozpocząć inaczej jak od "Johnny I Hardly knew ya", okraszonej jednak polskim wstępem zaczerpniętej z pieśni z czasów, kiedy Polska była pod zaborami. Następne utwory to "Pytajo się ludzie", oraz "Byśki", jedne z pierwszych utworów, które odnaleźliśmy w różnych materiałach etnograficznych.
Po tych trzech pieśniach, zaprosiliśmy naszego pierwszego gościa - Piotra Zadrożnego, z którym przez chwile powspominaliśmy pierwsze wspólne pływanie, ircowy kanał #zagle, a następnie zagraliśmy znany standard folkowy "Lipka". Piotrek zaśpiewał, jak na szantymana przystało, mocnym głosem, którym nadał tej znanej piosence zupełnie inny charakter. Podobnie było z następnym utworem, który umownie nazywamy "Polką" jednak gwoli ścisłości jest to połączenie "Polki Magierki" (z okolic Tarnobrzega) oraz "Skoczka" (dawnego tańca flisackiego). Nowy - stary wymiar instrumentalny został zrealizowany za sprawą gościnnego występu naszych dwóch kolegów: Mateusza Wójtowicza, który przez ponad dwa grał na skrzypcach w Hambawenie, i Przemka Duszy, który, jak już wcześniej wspominałem, był współzałożycielem zespołu.
"Polkę" zagraliśmy bardzo tradycyjnie (bez udziału perkusji, a za to na dwie pary skrzypiec!), a w "Skoczku" wokalnie wspomogła nas Karolina Bielecka,
od niedawna nosząca to nazwisko a to za sprawą poniekąd festiwalu Szantomierz, gdzie przyjechała z zespołem Kant i zakochała się w mieście oraz jednym z jego mieszkańców, który odwzajemnił to gorące uczucie. Wspomniany mieszkaniec to nikt inny jak nasz akordeonista Robert, a ich ślub odbył się w poprzedzającą Szantomierz 2006 sobotę, toteż oprócz jubileuszu dziesięciolecia zespołu, mieliśmy jeszcze jedną piękną okazję do świętowania.

Karolina bardzo ładnie zaśpiewała nam "W kalinowym lasku", a na scenę zaprosiliśmy jeszcze jedną śpiewającą panią. Beata Bartelik-Jakubowska wybrała sobie "Jado flisy" i po raz kolejny dała znakomity przykład jak należy odczuwać i wykonywać muzykę folkową. Szczególnie podobał mi się dwugłos śpiewany z naszą Judytą, gdzie nigdy niećwiczone partie zabrzmiały po prostu magicznie(!). Należy również wspomnieć, że w tym utworze występują dosyć trudne do zagrania akcenty melodyczne, które Beata grała z nami wszystkimi unisono na swoim flecie irlandzkim.

Po naszych wspaniałych kobietach nadeszła kolej na gości płci męskiej. Wojciech "Sęp" Dudziński zaśpiewał z Judytą "Juliannę", w której bardzo zręcznie zmodyfikował linię melodyczną, a w przerwach pomiędzy zwrotkami porywał naszą wokalistkę do tańca. Świetnie się słuchało, oraz oglądało ten występ nawet ze sceny, chociaż nie da się ukryć, że widownia miała zdecydowanie lepszą perspektywę, co pokazują liczne zdjęcia.

Zabawa była przednia, ale przyszła kolej na ostatnią z zaplanowanych pieśni tego wieczoru w naszym i naszych gości wykonaniu. Zaprosiłem na scenę Marka Szurawskiego, który pięknie zagrał "Hej Ty Wisło", dzieląc się ze mną drugą zwrotką utworu, co było kolejnym dużym dla mnie przeżyciem. Nie przestając grać na swojej anglo-concertinie, Marek, gładko przeniósł nas w harmonię "Flisackowej zony", zaśpiewał pierwszą zwrotkę, a następnie usłyszeliśmy akordeon Roberta delikatnie intonujący "Hambawenową" wersję tej najstarszej pieśni flisackiej, jaką nam się udało odkryć. Pod koniec utworu, niespodziewanie sceną zawładnęły Ryczące Dwudziestki,
które pozwoliły nam doprowadzić utwór do końca, jednak nadając swoimi potężnymi głosami całkiem nowy ton. Bardzo dobrze się złożyło, bo w takiej sytuacji RO20 powinny pozostać na scenie i rozpocząć swój recital, na który na pewno wielu czekało, jednak okazało się, że wspaniała publiczność, przy pomocy, tym razem, rapującego Bongosa, domagała się bisu. W podziękowaniu za uznanie, zaśpiewaliśmy bardzo nostalgiczną pieśń "Marysia i Flisak", pieśń, którą zwykle dedykujemy tym co odeszli, ale też zaznaczamy, że jest w niej jasne przesłanie, żeby się nie smucić zbytnio, bo jeszcze piękne chwile przed nami.

I miejmy nadzieję, że w myśl tej starej pieśni z okolic Sandomierza, uda nam się w końcu wydać tę upragnioną płytę studyjną, a słuchacze, którzy, często pytają się o nasze koncerty nawet w najdalszych zakątkach naszego kraju, będą mogli się cieszyć z naszych u nich odwiedzin, które z pewnością będą obfitować w muzykę, tą płynącą z serca, zagraną najlepiej jak umiemy.

Dziękujemy niezmiernie serdecznie za te piękne chwile, za to ciepło, którym nas obdarzyliście przez te dziesięć lat, i które zwielokrotnione odczuwaliśmy tej pamiętnej soboty nad Wisła. My ze swojej strony chcemy zapewnić, że nie zaprzestaniemy podążania tą (niełatwą przecież) wybraną przez nas drogą i na stałe wprowadzimy Polskie Pieśni Wodniackie do kanonu Szant i Piosenki Żeglarskiej. Jeszcze raz dziękujemy naszym zaproszonym gościom, zespołom, które podjęły wyzwanie własnej interpretacji utworów z naszego repertuaru, organizatorom festiwalu za stałe wspomaganie naszych działań oraz dobre słowo, a publiczności za to, że z nami jest od samego początku. DZIĘKUJEMY!!!

 

Wracając do koncertu Noc nad Wisłą, nie można pominąć zespołu, który od ponad dwudziestu lat współtworzy Ruch Szantowy w Polsce, znanych po obu stronach Atlantyku Ryczących Dwudziestek, na który czekała cała rzesza wytrwałych fanów. Jak mi później opowiadali fani popularnych Dwudziestek, nie zawiedli się, Dostali bardzo dobrą porcję pięknej muzyki, którą zapamiętają na długo. Podobnie było z kończącym ten koncert zespołem Koga
, laureatem Grand Prix Festiwalu Piosenki Wodniackiej Szantomierz 2003, który ujął publiczność prawdziwym wykonaniem zarówno swoich kompozycji jak i tych zapożyczonych. Twarde wykonanie szantowych standardów zyskało wielu zwolenników, którzy rozśpiewani nie wykazywali ochoty na to aby udać się do domu na spoczynek.

 

W "szantomierzową" niedzielę znaleźliśmy czas, aby popływać tradycyjnymi flisackimi galarami po naszej Wiśle i wypić pyszną kawę. Ale ten czas to przede wszystkim pożegnania, uściski, ostatnia wymiana uwag i doświadczeń na temat organizacji festiwalu oraz ... ta nadzieja, że uda się nam jak najszybciej spotkać gdzieś na wspólnych koncertach albo rejsie, gdzie FPW Szantomierz 2006 będzie po prostu wspomnieniem.

Ponad to czekał nas jeszcze jeden koncert, przed którym zespoły konkursowe, ciągle niepewne swego, uważnie studiowały listę występów w Koncercie Laureatów, a organizatorzy i akustycy trwali w ostatnich przygotowaniach tego ostatniego muzycznego wydarzenia festiwalu. Niestety nie dla mnie była już ta przyjemność, gdyż obowiązki zawodowe zmusiły mnie do powrotu do rzeczywistości i zajęcia się sprawami przyziemnymi.

 

Z przyjemnością stwierdzam, że Festiwal Piosenki Wodniackiej Szantomierz 2006, był udaną imprezą, zarówno patrząc pod kontem liczby jego uczestników czyli publiczności oraz zaproszonych zespołów i gości, a także pod względem jakości i różnorodności poszczególnych występów. W ramach Piosenki Wodniackiej mogliśmy usłyszeć znakomicie wykonane ballady i poezję żęglarską, szanty klasyczne, pieśni kubryku, pieśni kaszubskie oraz flisackie, a także spore ilości współczesnych pieśni żeglarskich, których niejednolitość była znakomitym atutem. Bardzo szeroka rzesza publiczności mogła się u nas dobrze poczuć i nawet wielbiciele takich gatunków jak blues, folk a nawet jazz znaleźli coś dla siebie.

 

 

Oby tak co roku!!

 

Stopy wody pod kilem

Z flisackim pozdrowieniem

Grzegorz Świtalski

 

Ps. Zapraszamy do dyskusji na temat tegorocznej edycji festiwalu na forum Szantymaniaka: wystarczy otworzyć ten link.

Inne artykuły z tego cyklu

Zobacz także

W naszym archiwum

Informację wprowadził(a): Grzegorz "Świtza" Świtalski - godz. 23:18, 19 sierpień 2006, wyświetlono: 1576 razy

jachu

wysłano: 16:29,21 sierpień 2006

...aleś 'epistołę' wystosował, Greg :-) Jest co poczytać - fajnie.
Odpowiedz na ten komentarz
YenJCo

wysłano: 21:15,21 sierpień 2006

W zwiazku z updatem tej nowiny niestety utracilismy komentarze przez Was zamieszczone. Upewniam się czy Messalina je przeczytał bo to jest chyba najwazniejsze nie mniej bardzo przepraszam wszystkich których wsparcie wyrazone w słowach komentarzy znikneło z portalu. Sssciskam YenJCo
Odpowiedz na ten komentarz
HEuUBKuqBVGb

wysłano: 8:54,22 lipiec 2009

PSnOwy xdnmczjh zioixpnz rytokhfz
Odpowiedz na ten komentarz
HEuUBKuqBVGb

wysłano: 8:54,22 lipiec 2009

PSnOwy xdnmczjh zioixpnz rytokhfz
Odpowiedz na ten komentarz
mRfoIHaYZBfkg

wysłano: 2:21,30 lipiec 2009

gEV9Od mgnbtrwr fauaahav autvjfax
Odpowiedz na ten komentarz
mRfoIHaYZBfkg

wysłano: 2:21,30 lipiec 2009

gEV9Od mgnbtrwr fauaahav autvjfax
Odpowiedz na ten komentarz
GpoMpkTpSzXPA

wysłano: 1:30,1 sierpień 2009

vuzlgpec govdsgwc zswstsae
Odpowiedz na ten komentarz
GpoMpkTpSzXPA

wysłano: 1:30,1 sierpień 2009

vuzlgpec govdsgwc zswstsae
Odpowiedz na ten komentarz
sRMvNHUvxMBQ

wysłano: 2:51,1 sierpień 2009

trtijvdv pqybrdfk lgofxeea
Odpowiedz na ten komentarz
sRMvNHUvxMBQ

wysłano: 2:51,1 sierpień 2009

trtijvdv pqybrdfk lgofxeea
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI