Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Szantowe prezenty od Szanta Clausa (III Szanta Claus Festiwal w Poznaniu, 5-7 grudnia 2008 r.)

Relacje

Trzecia edycja festiwalu to nie przelewki. Poznański Szanta Claus Festiwal, który zadebiutował w grudniu 2006 r., zdobył już pewną markę w szantowym światku. A przecież stolica Wielkopolski to nie jest łatwy teren dla takiego przedsięwzięcia - do niedawna bowiem żeglarskie ...

Trzecia edycja festiwalu to nie przelewki. Poznański Szanta Claus Festiwal, który zadebiutował w grudniu 2006 r., zdobył już pewną markę w szantowym światku. A przecież stolica Wielkopolski to nie jest łatwy teren dla takiego przedsięwzięcia - do niedawna bowiem żeglarskie śpiewanie gościło tu w ilościach śladowych.

Dwa lata temu Szanta Claus przyniósł poznaniakom w piątek koncert inauguracyjny w tawernie oraz w sobotę konkurs i główny koncert na Scenie Rozmaitości. Rok temu przeniósł się z dwoma ostatnimi do Centrum Kultury "Zamek", przypomniał sobie o dzieciach, był też "koncert specjalny" na zakończenie festiwalu. Tegoroczna odsłona imprezy przyniosła kolejne zmiany. Pierwszą z nich były aż dwa koncerty w Centrum Kultury "Zamek" - w piątek i w sobotę (w tawernie festiwalowej odbyło się tylko tzw. afterparty). Drugą - dopuszczenie do sobotniego konkursu wykonawców z całej Polski (przez pierwsze dwa lata mogli w nim brać udział tylko wykonawcy z województwa wielkopolskiego i ościennych).

Bez zmian pozostały natomiast inne założenia programowe, w szczególności niemal całkowita rotacja wśród zaproszonych na festiwal wykonawców.

Przyjezdnych Poznań powitał iście świąteczną atmosferą. Rozświetloną tysiącami lampek ulica Święty Marcin przetaczały się różne demonstracje i happeningi - w tym samym czasie kilkaset metrów dalej odbywały się obrady konferencji klimatycznej ONZ.

 

Piątek, czyli szanty i folk

 

Piątkowy koncert rozpoczął tradycyjnym uderzeniem w dzwon szef festiwalu Maciej Olszewski. Jako pierwszy na scenę wyszedł poznański zespół Sailor. Doskonale znany miejscowej publiczności z licznych koncertów w lokalnych pubach właściwie niczym nie zaskoczył. Charakterystyczny wokal Leszka Walkowiaka, skoczne melodie, kilka hitów znanych nie tylko w Poznaniu (m.in. Baba ze stali) - niespodzianką było tylko pojawienie się na scenie Bartosza Liczbańskiego, pierwszego bandżysty Sailora, ostatnio występującego z zespołem Mohadick. Jak powiedział mi Bartek, był to jednorazowy występ gościnny. Koncert na dużej scenie teoretycznie mógł być za to okazją do posłuchania Sailora w dobrych warunkach akustycznych. No właśnie - mógł być. W zeszłym roku nagłośnienie w "Zamku" było bardzo dobre, teraz jednak z niewiadomych przyczyn było z nim momentami znacznie gorzej.

Z dobrej strony pokazał się Klang. Publiczność dobrze się bawiła przy starych polskich piosenkach marynarskich oraz nowszym repertuarze grupy. Klang po raz ostatni widziałem ponad rok wcześniej i od tego czasu nastąpiła mała zmiana w składzie - Łukasza Pawłowskiego zastąpił Mirosław Szpyrka.

Niezły koncert dały Ryczące Dwudziestki. Andrzej Grzela dodatkowo wcielił się w postać Szanta Clausa - konferansjera. Z kolei na Janusza Olszówkę czekał na scenie fortepian - rewelacyjnie zabrzmiała Shenandoah z jego akompaniamentem. P
oza tym występ standardowy - raczej znane przeboje, mniej znanych kawałków z nowej płyty zespół wyraźnie na scenie unika.

Sąsiedzi w Poznaniu grali swój jubileuszowy 200 koncert. Nie

stety - Kamil Piotrowski zamiast udać się na jubileusz, wylądował w warszawskim szpitalu. Na szczęście znalazł się zastępca - współzałożyciel i pierwszy mandolinista Sąsiadów, Rafał Krzysztoń. Mimo problemów ze składem oraz nagłośnieniem (brak próby mikrofonowej), Sąsiedzi zagrali bardzo dobrze. Na naszej scenie jest to bezwzględnie zespół z najwyższej półki, a takie utwory jak Sigurd, nie mówiąc o osławionym Johnny I Hardly Knew Ye są prawdziwymi rarytasami.

Imprezę, która po północy zaczęła się w restauracji "Sphinx" na Starym Rynku, zapamiętam długo. Świetne towarzystwo najbardziej zagorzałych fanów żeglarskich śpiewów, a na mikroskopijnych rozmiarów "scenie" kolejne występy zaproszonych gwiazd, tym razem "na luzie". Najpierw do wspólnej zabawy porwał Klang, potem Ryczące Dwudziestki dały krótki popis swoich możliwości wokalnych, zaśpiewały też kilka "mniej standardowych" rzeczy. Na koniec Sąsiedzi zagrali to, czego nie zdążyli zagrać na głównej scenie, a całość zakończył występ Dominiki Płonki, która zaśpiewała solo z gitarą Latarnię Eddystone.

 

W samo południe, czyli wielki konkurs

 

Szanta Claus nie mógł zapomnieć o dzieciach. Tym razem z prezentami (dosłownie!) przybył w sobotni poranek zespół Klang. Na uczestników muzycznego rejsu czekały nie tylko wesołe piosenki, ale i niespodzianki w postaci maskotek, rozdawanych przez "majtka Skowrona" i "majtka Mirka". Klang w wersji dziecięcej to dużo humoru, opowieści o morskich rejsach oraz różnych zagadek
i zabaw. Na koncercie dla dzieci załoga pod dowództwem kapitana Sławka Gołąba wykonała częściowo własne utwory (także z "dorosłego" repertuaru, np. Statek z bananami), niektóre natomiast zapożyczyła z repertuaru klasyków nurtu dziecięcego - grupy Zejman & Garkumpel. Mniej więcej w połowie koncertu na scenie pojawił się dziecięcy zespół taneczny Rego ze Zbąszynia.

Tuż po koncercie dla dzieci, punktualnie w południe, rozpoczął się konkurs. Wspomniana przeze mnie na wstępie likwidacja "ograniczenia geograficznego" zaowocowała niesamowitą, jak na warunki naszej sceny, ilością zgłoszeń. Ostatecznie do konkursu stanęło 15 wykonawców z różnych stron kraju - to rzadkość, by na konkursowej scenie spotkali się wykonawcy z Gdańska, Warszawy, Szczecina, Gliwic.

Wykonawców oceniało jury w składzie: Jerzy Porębski (przewodniczący), Agnieszka Gładyszak-Knychała, Agnieszka Maciejewska, Michał Nowak, Jolanta Polc, Marzena Rutkowska-Kalisz. Ostateczny werdykt wynikał z sumy punktów (skala 1-10) przyznawanych przez poszczególnych członków.

Wygrał zespół oJ taM z Częstochowy. Co ciekawe, było to czwarte zwycięstwo Justyny i Marka w tym roku, ale dopiero pierwsza nominacja do udziału w przeglądzie konkursowym "Shanties". oJ taM nie eksperymentuje za bardzo - w konkursach wykonuje od wielu miesięcy kilka tych samych utworów. Drugie miejsce dla Marcina Magdziara. Zawdzięcza je swoim kompoz
ycjom Amsterdam i Mgła. Podobnie jak w przypadku oJ taM, sukcesy Marcina w konkursach zaczęły się od kwietniowych "Szantek" w Kędzierzynie-Koźlu. Co ciekawe, szefem jury tamtego konkursu był... Jerzy Porębski. Trzecie miejsce dla triumfatorek "Tratwy", gliwickiego zespołu Indygo. Obok transowego Jump, Isabel, Slide Water usłyszeliśmy nowość w ich wykonaniu, Johnny Is a Roving Blade, piosen
kę śpiewaną niegdyś przez zespół Kant. Indygo spodobało się także konkursowej publiczności, która przyznała zespołowi swoją nagrodę.

Wyróżnienia otrzymali Kamil Badzioch, czerpiący swój repertuar ze starych śpiewników żeglarskich, oraz Nikola Warda, obdarzona fenomenalnym głosem jedenastolatka z Legnicy.

O tym, jak ciekawy był to konkurs, świadczą nazwy zespołów, które nie zmieściły się na podium. Po rocznej przerwie i przebudowie składu (znakomity nowy wokalista!) efektownie na scenę powróciła grupa Grogers. Szczeciński Lewiatan, reaktywowany po jeszcze dłuższej przerwie, zaprezentował się o niebo lepiej niż rok wcześniej. Zupełnym zaskoczeniem była debiutująca na scenach szantowych kapela z Wrocławia o dziwnej nazwie Pomysły Znalezione w Trawie. Kilku dżen
telmenów w kapeluszach, białe koszule, szelki, muzycznie - piosenka studencka, dosyć miłe dla ucha granie, ale dla mnie jednak "inna bajka". Mocnym punktem niespodziewane
go urodzaju solistów okazał się Rafał Gołąbowski. Pojawienie się na scenie byłego członka Watersztagów było dla mnie jedną z większych niespodzianek tego konkursu. Rafał zaśpiewał "z marszu", na zupełnym luzie dwie piosenki: poetyckie Moje małe morze oraz Za tych, co... W tej ostatniej
zdążył nawet nawiązać do niedawno otwartego "Starego Portu" w Chorzowie.

Pozostali wykonawcy nie wyróżnili się zanadto. Niczego nowego nie pokazał Mieszko Osiewicz. Spory potencjał kryje się w młodej formacji Biały Patyk z Ostrołęki, choć jest nad czym pracować - wokalnie i brzmieniowo (bardzo fajne intro niepostrzeżenie przechodzi u nich w monotonną zwrotkę). Dużo pracy także czeka także duety z Warszawy - Młode Wyjce i Windjammers. Płocki Alfabet Morsa po fatalnym występie we Wrocławiu przebudował skład i efekty są widoczne. Muzycznie jednak nie ma to nic wspólnego z tradycyjnie pojmowaną szantą, czy nawet piosenką żeglarską.

 

Sobota, czyli kraina łagodności

 

Wieczorem przy pełnej sali rozpoczął się koncert dość szczególny. Gdy już uhonorowano zwycięzców konkursu, a oni sami mogli zagrać, tym razem dla pełnej sali, gdy po raz pierwszy w historii festiwalu wręczono nagrodę PZŻ dla Targów Poznańskich, sponsora Szanta Claus Festiwal... na scenę wyszedł kapitan Waldemar Mieczkowski. Postać to w Poznaniu lubiana i popularna - co roku wielu poznańskich fanów szant pływa pod jego komendą na "Zawiszy Czarnym".

Był on głównym bohaterem koncertu, który można podsumować określeniem "żeglarska kraina łagodności". Najpierw bowiem zagrał z przyjaciółmi (Jacek Jak

ubowski, Mariusz Kamper, Jarosław Medyński, Mariusz Wilke), z którymi nagrał płytę "Ulubione". Były więc utwory z niej pochodzące, jak choćby Blues 4 rano. Piosenką Dla Sikora rozpoczęło się też muzyczne spotkanie z Januszem Sikorskim - sporo jego utworów usłyszeliśmy tego dnia.

Momentami w zasadzie trudno było się zorientować, jaki zespół występuje na scenie. Muzycy grali ze sobą w różnych konfiguracjach, pojawiali się kolejni przyjaciele kapitana. Z pomocą grupy Flash Creep (ta również z przyjaciółmi, z którymi pojawia się od pewnego czasu - Cezarym Sztendelem i Piotrem Ruszkowskim) zabrzmiały Blues o Julce Piegowatej i Do Anioła Stróża.

Po "solowym" występie Flash Creep po raz ostatni na festiwalu szantowym zagrała Gdańska Formacja Szantowa. Waldemar Mieczkowski postanowił bowiem opuścić zespół, jego koledzy postanowili grać razem dalej jako "Formacja". Ze sceny popłynęło wiele znanych piosenek: Face to Face, Cztery zegary, Regulus, Przeczucie. Po raz ostatni... przynajmniej w tym składzie.

Stare Dzwony w pełnym składzie kontynuowały tematykę balladowo-poetycką. Wykonały też dwa z bodaj trzech (trzecim był Cukier w ładowni Flash Creep) tradycyjnych kawałków tego wieczora: Lowlands Low i Chińskiego żeglarza. Poza tym same ballady i piosenki żeglarskie, w tym nowość ze "stajni" Andrzeja Koryckiego - Plasterek cytryny i ja. Mocno przedłużony koncert zakończyły oczywiście "evergreeny" - Gdzie ta keja i Pożegnanie Liverpoolu.

Po zakończeniu koncertu dało się słyszeć gdzieniegdzie opinie o jego monotonii. Faktycznie - stylistycznie był dosyć jednolity. Co nie zmienia faktu, że miłośnicy poetyckiej odmiany piosenki żeglarskiej mieli tego dnia prawdziwą ucztę.

 

Niedziela, czyli chóralne szanty

 

O premierze "Muzyki dawnego pokładu" w wykonaniu Chóru Kameralnego Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza było w szantowym światku dość głośno. Jeszcze w dniu premiery padła propozycja zorganizowania powtórki podczas grudniowego festiwalu. Dyrygent, prof. Krzysztof Szydzisz zareagował bardzo pozytywnie, co więcej, ostateczna jej organizacja - ponownie w auli UAM - była w dużej mierze także jego zasługą.

Na pierwszy rzut oka był to ten sam koncert, choć... nie ten sam. Styczniowa premiera odbyła się w ramach tradycyjnego koncertu noworocznego, od lat mającego stałą pozycję w kalendarzu kulturalnym miasta. Ten sam koncert w ramach festiwalu obejrzała znacznie mniejsza publiczność, ale... nadal liczna. I przede wszystkim świadoma, jakiej rangi wydarzenie przyszło jej zobaczyć.

Dla tych, którzy jakimś cudem o nim nie słyszeli, krótkie streszczenie. Chór wykonuje jedenaście szant i pieśni żeglarskich. Jedyną zmianą w porównaniu do premierowej odsłony byli Wielorybnicy grenlandzcy zamiast Vem kan segla förutan vind? Całość wzbogacona jest "słowem wiążącym" - opowieściami Marka Szurawskiego o morzu, ludziach morza i przede wszystkim muzyce morza.

Koncert ten był wspaniałym zwieńczeniem III Szanta Claus Festiwal. Największego i najbardziej efektywnego z dotychczasowych. Wydaje mi się nawet, że impreza osiągnęła już swój szczytowy rozmach, a zarazem docelową formułę. Organizowana wyłącznie ze środków sponsorów oraz organizatora - Wielkopolskiego Okręgowego Związku Żeglarskiego, przy ogromnym zaangażowaniu szefa festiwalu - wiceprezesa WOŻŻ Macieja Olszewskiego i grupki wolontariuszy pozostaje jedną z nielicznych tego typu młodą inicjatywą w krajobrazie imprez z piosenką żeglarską w Polsce.

I jeśli nawet komuś nie do końca przypadł do gustu program tegorocznej imprezy - z pewnością będzie się dobrze bawił za rok lub dwa. Przecież znowu przyjadą zupełnie inni wykonawcy...

 

* * *

 

O festiwalu powiedzieli:

Grzegorz TYSZKIEWICZ: III SZANTA CLAUS w Poznaniu. Wybraliśmy się tam z Kasią na zaproszenie Macieja Olszewskiego, żeglarza, który mocno wierzy w to, że marzenia się spełniają. Wymarzył sobie więc kiedyś festiwal szantowy i od 3 lat pomaga się im spełniać. Byłem ciekaw, w którą stronę wyewoluowało poznańskie szantowisko. W pierwszej edycji, 2 lata temu, występowałem tam w potrójnej roli: wykonawcy, konferansjera i jurora. Challenge był to całkiem spory. Jednak z reakcji festiwalowych gości wnioskuję, że pozostawiłem po sobie dobre wrażenia.

Jak będzie w tym roku? Maciej - pomysłodawca i szef festiwalu postawił na "PŁODOZMIAN". A to oznacza, że co roku zmienia się garnitur wykonawców i konferansjerów. I bardzo dobrze! Różnorodność na dobrym poziomie to dobra recepta na sukces.

Koncerty wieczorne oraz konkursowy odbywały się w sali Centrum Kultury "Zamek" przy ul. Św. Marcin. Budynek okazały. Ale od zewnątrz wygląda lepiej, niż wewnątrz. Wnętrze trudno nazwać przytulnym... Szare, zimne marmury, wielkogabarytowe pomieszczenia itd. Zrozumiałem dlaczego tak jest po zapoznaniu się z historią budowli. Sala, w której odbywały się koncerty miała bardzo dobrą akustykę (kasetony na suficie, antypogłosowa drewniana wykładzina na ścianach). Jednakowoż małe, plastikowe krzesła z niskimi oparciami na widowni były po prostu niewygodne. Ale: "jak się nie ma, co się lubi, TO SIĘ LUBI, CO SIĘ NIE LUBI". Daliśmy radę!

Pierwszy koncert poprowadził QNIA - Andrzej z Ryczących Dwudziestek. Z zainteresowaniem wysłuchałem i obejrzałem wystep poznańskiego SAILORA. Wyrazy uznania za pół-autorski (bo własne teksty do zapożyczonej muzyki) program! Ukłony dla instrumentalistów: skrzypaczki i bandżysty. Robili doskonałą robotę.

Trudno to powiedzieć o akustyku, który albo nie słyszał, albo NIE WIEM, O CO CHODZI. Sala była dobra, sprzęt nagłaśniający (widziałem) - dobry, instrumenty - dobre, głosy - w większości - dobre, a ze sceny szedł łoskot. Zapewne chodzi tu o subiektywny odbiór częstotliwości fal dźwiękowych. Chociaż... Podobne opinie było słychać z ust innych widzów. Panie akustyku, spieprzyłeś pan performance zespołom, a wrażenia (całe szczęście, że nie wszystkie) widzom.

Potem wystąpił KLANG z Rzeszowa. Koncert ładnie przygotowany, poprowadzony, odegrany. Fajnie Panowie śpiewacie. Z pomysłem, konsekwencją, energią i jajem. Przyjemnie się Was słucha i ogląda. A potem zaśpiewały Ryczące Dwudziestki. I tu chwila refleksji. Moim zdaniem zespołowi wyszłoby na dobre, gdyby był obsługiwany przez własnego akustyka NA KAŻDYM KONCERCIE. Występ wiele stracił - marnie nagłośniony. I jeszcze jedna uwaga. "If I were you", rozgrzewałbym się, rozśpiewywał przed KAŻDYM większym koncertem (sam tak zawsze zresztą robię). Szczególnie, kiedy istotą występu jest ŚPIEW, a nie muzyka instrumentalna. Brak rozgrzewki był słyszalny dla nawet niewprawnego ucha. Trzeci numer, BITWA POD OLIWĄ... To po prostu NIE WYPADA. Całość utrzymała się jednak w dobrej strefie stanów średnich. Występu SĄSIADÓW wysłuchałem częściowo. Byłem już trochę zmęczony i podróżą, łoskotem. Zespół zagrał PORZĄDNIE. Jak na laureata GRAND PRIX SHANTIES 2008 przystało. Oprócz wydarzeń scenicznych słuchałem, oglądałem i popatrywałem na organizację koncertu. Było szybko, sprawnie, zawodowo, skutecznie. Szacoon dla Organizatorów!!!

Po zamknięciu koncertu udaliśmy się do tawerny festiwalowej. Dolny poziom restauracji SPHINX Joli i Krzysztofa Polców zlokalizowanej na poznańskim Starym Rynku. Poczułem się bardzo "zaopiekowany". Nakarmili, napoili i dobrym słowem podjęli. A na scenie wystąpili wykonawcy z wieczornego koncertu. Około 2 w nocy - spaaać... W bardzo przyzwoitych warunkach pokoju gościnnego akademika Politechniki Poznańskiej przy ul. Kórnickiej.

Następnego dnia posłuchałem koncertu konkursowego. Lubię posłuchać, co nowego w trawie piszczy, popatrzeć i popodziwiać ludzi, którzy sami lub w zespole tworzą coś nowego. Największe wrażenie wywarły na mnie występy Nikoli Wardy (młodziutki, nieoszlifowany kryształek, talent na miarę Georginy Tarasiuk), Mieszko Osiewicza (kolosalny postep w śpiewaniu, piękne, męskie głosisko), Rafała Gołąbowskiego (bardzo fajne teksty i całkiem fajna interpretacja) i Marcina Magdziara (fajowa gra na gitarze, interpretacja i całkiem fajne autorskie piosenki). Reszta wykonawców mnie nie zachwyciła, a ze dwóch lub trzech - nie słyszałem. Wieczorem wysłuchaliśmy głównego koncertu SZANTA CLAUS. Sala zapełniła się całkowicie widzami spragnionymi szant. Jako pierwszy wystąpił Waldek Mieczkowski, mój stary, dobry znajomy z PACKET-owych i SMUUGLERS-owych czasów. Akompaniowali mu PRZYJACIELE, czyli muzycy z gdańskiej grupy SŁODKI CAŁUS OD BUBY. W zasadzie rodzina. Prawie. Piosenki ładne, ale jak dla mnie trochę za spokojne. A potem zagrał FLASH CREEP. Kiedyś, gdy byłem w innym stanie emocji i ducha ich piosenki bardzo mi się podobały za sercoszczypatielność. Teraz lubię ich bardziej energetyczne utwory. I wsłuchuję się w teksty piosenek z nowej płyty. I czepiam się ich po cichu. A w realu podziwiam talent Izy: i graczy, i śpiewaczy, podziwiam głos Maćka. Jak wino: im więcej na grzbiecie, im dalej w czasoprzestrzeń, tym bardziej ten głos jest rasowy, tym bardziej wiarygodny. Podziwiam perfekcję wykonania, podziwiam pomysłowość.

Potem wystąpiła GDAŃSKA FORMACJA SZANTOWA - po raz ostatni w składzie z Waldkiem. Tak bywa: coś się zaczyna i coś się kończy... Lubię ich autorskie dzieła. A piosenka PRZECZUCIE stawia mi za każdym słuchaniem resztę włosów na głowie i wszystkie - na rękach i plecach. Jurkiel, SZACUN wielki za Twe piosenki. A na nową muzyczną drogę - pomyślnych wiatrów!

No a potem zagrały STARE DZWONY. To jednak klasa sama w sobie i dla siebie. Oni nie muszą nikogo ani niczego udawać. Energia, zabawa, luzik, wirtuozeria, zawodowstwo, FENOMENALNY kontakt z publicznością. No, po prostu ekstraklasa! Nowa piosenka Andrzeja Koryckiego o rejsie w towarzystwie plasterka cytryny po powierzchni whisky w szklance oczarowała nas. I publiczność. Aaaa!!! Akustyka tego dnia była o niebo lepsza, niż poprzedniego. Łoskot nie występował, a słowa piosenek były zrozumiałe. Zakładam, że akustyk tego dnia był w lepszej formie...

Po zakończeniu koncertu poszliśmy znowu do tawerny festiwalowej. A tam znowu: nakarmili, napoili, dobrym słowem pogłaskali. Dałem się namówić na zaśpiewanie kilku piosenek. Z wielką przyjemnością zresztą. Śpiewali wszyscy siedzący w nabitej ponad granice pojemności tawernie. Fajowo było!

Pięknym zakończeniem III SZANTA CLAUS-a był koncert, który odbył się w niedzielę w Auli Uniwersytetu A. Mickiewicza. Program nosił tytuł: PIEŚNI MORZA "MUZYKA DAWNEGO POKŁADU". Pieśni interpretował chór kameralny UAM kierowany przez Krzysztofa Szydzisza. O pieśniach, marynarskich zwyczajach, marynistycznej kulturze i tradycji opowiadał, śpiewał, grał na koncertinie, kościach i TAŃCZYŁ niezrównany Marek Szurawski. Atmosfera i wystrój auli, wysoki poziom prezentowany przez chór, ciekawe aranżacje pieśni, arcyciekawy, dowcipny i inteligentny komentarz-gawęda Marka złożyły się na NIESAMOWITE wydarzenie kulturalne, za które widzowie podziękowali wykonując "standing ovation". Wyrazy najwyższego uznania dla Waszej pracy!!! Koncert był najpiękniejszym zakończeniem festiwalu, jakie dane było mi przeżyć.

Macieju Olszewski i Ekipo. Możecie być dumni z Waszego festiwalu. Zawodowstwo i perfekcja w organizacji, starannie przemyślany i dobrany program zaowocowały zaistnieniem bardzo udanego wydarzenia artystycznego. Zaszczytem dla mnie było być Waszym gościem. Gratuluję sukcesu i bardzo dziękuję! Pomyślnych wiatrów i oby: do zobaczenia.

/źródło: www.gooroo.art.pl /

 

Czytaj także: relacja "na żywo"

Oglądaj także: fotorelacja Tomka Golińskiego

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Tomasz GOLIŃSKI

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 14:40, 31 styczeń 2009, wyświetlono: 1338 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI