Artykuły
Szanty. Od formy do promocji
Felietony
Od dłuższego już czasu wśród osób skupionych wokół portalu "Szantymaniak" trwają gorące dyskusje o tym, co jest szantą, gdzie są jej granice, kto wykonuje prawdziwe szanty i jak powinny być one promowane. Przypatruję się jej z zaciekawieniem osoby, która
...
Od dłuższego już czasu wśród osób skupionych wokół portalu "Szantymaniak" trwają gorące dyskusje o tym, co jest szantą, gdzie są jej granice, kto wykonuje prawdziwe szanty i jak powinny być one promowane. Przypatruję się jej z zaciekawieniem osoby, która jeszcze trzy lata temu była zwykłym "szantowym Kowalskim", a która, za sprawą dość spontanicznego przyłączenia się do jednego z czołowych zespołów na tymże rynku występujących, stała się nagle częścią nowego, barwnego świata. Od tego czasu, słuchając ludzi go tworzących i obserwując wydarzenia w nim zachodzące, miałem okazję poszerzyć swoją wiedzę o tematykę do tej pory mi nieznaną. Mimo iż w spektrum moich wiadomości dotyczących folkloru morskiego przeważają jeszcze białe plamy, postanowiłem dodać do dyskusji także mój głos. Zdecydowałem się na to, ponieważ jej zakres nie ogranicza się wyłącznie do szant, a często wkracza w dziedziny wiedzy, które, jako absolwent szkoły muzycznej i hobbista zainteresowany zjawiskami folkloru (ze szczególnym naciskiem na folklor celtycki), miałem okazję zgłębiać.
Starałem się w swoich rozważaniach nie wyrażać ostatecznych sądów w tych kwestiach, które w sposób znaczący odbiegały od zakresu mojej wiedzy. Bardzo liczę na uzupełnienia płynące od strony tych, którzy temat zechcą podjąć, a których wiedza na to pozwala. Chcę z całą mocą zaznaczyć, iż nie wypowiadam się w imieniu muzykologów, etnografów czy folklorystów (tytułów takowych nie posiadam), lecz jako osoba nauki tychże zgłębiająca. Aby uniknąć jeszcze większego zaognienia sporu i poszerzenia przepaści między obozem "postępowców" i "ortodoksów" celowo nie odnoszę się do nazw i nazwisk wykonawców, a także do konkretnych tytułów utworów (Keja oczywiście zasłużyła na wyjątkowe potraktowanie :). Ponieważ tematyka jest dość szeroka, a klika kwestii nie zostało jeszcze poruszonych lub omówiono je, moim zdaniem, w sposób niewystarczający, praca jest dość obszerna. Aby ułatwić przyswajanie treści podzieliłem ją na kilka części tematycznych.
Klasyka i forma
- Byłem wczoraj na koncercie klasycznym.
- Co grali?
- "Cztery pory roku" Vivaldiego.
- Hmmm... Byłeś zatem na koncercie muzyki klasycznej, a to, co słyszałeś, to koncert barokowy, a ściśle mówiąc cztery koncerty - każda z pór roku jest bowiem pojedynczym koncertem.
- Co za różnica, fajnie grali.
- Słowo "koncert" można rozumieć na dwa sposoby - jako występ sceniczny wokalny, instrumentalny lub mieszany z wyłączeniem muzycznych form teatralnych albo jako formę muzyczną o określonej budowie, przeznaczoną na instrument solowy i orkiestrę.
- Barokowy czy nie, bez różnicy - podobało mi się.
- Różnica jest znaczna. Concerto grosso, koncert barokowy, klasyczny, romantyczny różnią się od siebie budową, rolą orkiestry i stylem wykonywania.
- Nic nie budowali tylko grali :)
- Koncerty różnych epok różnią się od siebie. W koncercie klasycznym, na przykład, pierwsza część przybierała najczęściej formę allegra sonatowego, które także ma sprecyzowaną budowę; składa się z ekspozycji, przetworzenia i repryzy. Ekspozycję zaś tworzy temat pierwszy, łącznik i temat drugi. Tematy buduje się ze zdań muzycznych, a zdania dzieli się na poprzedniki i następniki, a...
- A jakie to ma znaczenie?!
No właśnie. Jakie to ma znaczenie? Czy dla słuchacza podziały i kwestie budowy utworów muzycznych mają znaczenie? Osobiście uważam, że niewielkie. Już pewna doza wrażliwości muzycznej wystarczy, aby móc rozkoszować się pięknem zawartym w dźwiękach, bez względu na zakres wiedzy z teorii muzyki. Czy muzyk instrumentalista lub teoretyk czerpie więcej z muzyki, czy jego przeżycia w trakcie jej słuchania są pełniejsze? Być może z powodu dużej wykrywalności błędów, niedociągnięć, a także ze względu na zwiększone oczekiwania wobec wykonawcy wyżej wymienionych nie tak łatwo poruszyć i w zachwyt wprawić? Z powodu trudności związanych z ustaleniem miary zachwytu pozostawiam ten temat do rozmyślań dla tych, dla których upływ czasu nie ma żadnego znaczenia.
Po co zatem wszystkie te podziały i dziwne terminy, skoro zwykłemu słuchaczowi są one zbędne? Dla kogo one!? Dla tych, którzy tworzą i dla tych, którzy chcą o dziełach dyskutować, analizować je, systematyzować i oceniać. Jako odbiorca można, bardziej lub mniej świadomie, nie zauważać formy, w jakiej treść została zawarta. Aby stworzyć lub przeanalizować i usystematyzować dzieło nie można formy zignorować. Niezmiernie ważny jest także kontekst historyczny dzieła i okoliczności, w jakich powstawało. Bez tego o obrazie można powiedzieć "ładna pani w śmiesznej czapce", a o muzyce "fajnie grali, tak z wykopem". Czy dotyczy to tylko sztuki klasycznej? Czy dziś, w czasach panowania muzyki rozrywkowej, kiedy forma współcześnie tworzonych utworów muzycznych znacznie się uprościła, teza ta jest dalej aktualna? Oczywiście. To właśnie forma tych utworów, a także użyte instrumentarium, rytmika, melodyka, harmonika, przepływ melodii w poszczególnych partiach instrumentów lub głosów, rola solisty w zespole, jego obecność lub brak, maniera wokalna itp. stanowią o zaklasyfikowaniu ich do poszczególnych gatunków. W wielu przypadkach już po przesłuchaniu kilku taktów możemy niejako intuicyjnie określić gatunek (lub zakres gatunkowy), do jakiego przypisalibyśmy dany utwór. Dla laika trudniejsze okaże się jednak wyczerpujące merytorycznie uzasadnienie dlaczego wybraliśmy tak, a nie inaczej. Teoretykom muzyki byłoby znacznie łatwiej dzięki wiedzy i nomenklaturze którą poznali.
Ale jak to wszystko ma się do szant i folkloru morskiego? O tym za chwilę. Najpierw o folklorze morskim właśnie.
Folklor i folkloryzm
W literaturze tematu istnieje ponad dwadzieścia różnych definicji folkloru. Nie będę wszystkich ich tu przytaczał, nie wniosłoby to wiele do naszych rozważań, a kwestie różnic między nimi, ich szerokie lub wąskie postrzeganie podmiotu i przedmiotu oraz ewolucja, jaka zachodziła na przestrzeni czasu była już tematem wielu opracowań. Kto ciekaw, niech szuka. Sam termin pochodzi od słów folk i lore co można przełożyć jako "wiedza ludu" lub "tradycja ludu". Zastąpił on pojęcie literatury ludowej i wszedł do powszechnego obiegu w połowie dziewiętnastego wieku. Dla naszych potrzeb przyjmijmy definicję folkloru polskiego etnografa, socjologa i historyka Józefa Burszty, który także, jako jeden pierwszych, zaproponował rozdzielenie kategorii folkloru i folkloryzmu.
Folklor w jego rozumieniu jest określoną wiedzą i twórczą umiejętnością artystyczną danej społeczności. Jest ściśle związany ze społecznym podłożem, z warunkami życia i z samym życiem danej społeczności, jest też w swych treściach i formach odbiciem warunków tego życia, utrzymywany w świadomości członków społeczności i przekazywany przez tradycyjną transmisję bezpośrednią, a więc ustnie, w pełnym kontekście życia tej społeczności, stąd jego nosiciele są zarazem twórcami, wykonawcami (aktorami) i widzami.
Tak jak istnieje wiele definicji folkloru, tak wiele jest jego sposobów i kategorii podziałów. Tu także zainteresowanych odsyłam do literatury tematu. Dla nas istotne są kryteria środowiskowe i zawodowe, ponieważ wśród nich możemy umiejscowić barwną społeczność, której życie, praca i twórczość ściśle związana była ze środowiskiem wielkich żaglowców, portów, portowych tawern itp. Zwyczaje, obrzędy, podania, legendy, specyficzny język i nomenklatura, także twórczość muzyczna tejże społeczności tworzy szeroko pojęty folklor morski (ang. maritime folklore).
Stąd już tylko krok do szant. Nim jednak przejdę do meritum, przypomnę jeszcze jedno bardzo istotne dla dalszych rozważań zjawisko - folkloryzm. Pospolity uczestnik życia kulturalnego może spotykać się na co dzień z tak zwanym folklorem lansowanym przez wyspecjalizowane ku temu instytucje - muzea, domy kultury, festiwale itp. Dlaczego użyłem stwierdzenia "tak zwanym"? Ponieważ przeniesienie folkloru z jego naturalnego środowiska, gdzie nie ma podziału na twórców, wykonawców i odbiorców, zmieniło jego funkcję i znaczenie. Z czasem folkloryści doszli do wniosku, iż folklor autentyczny jest w zasadzie w zaniku, ukuli oni więc nowe określenie - folkloryzm. Według wspomnianego wcześniej J.Burszty folkloryzm można scharakteryzować jako:
- wydobywanie z zasobu tradycyjnej kultury ludowej, historycznej lub aktualnej elementów, które z określonych powodów stają się atrakcyjne z racji np. swej artystycznej formy czy emocjonalnej treści,
- prezentowanie odbiorcom treści w postaci mniej lub bardziej autentyzowanej lub przetworzonej, ewentualnie łączonej z elementami tym treściom obcymi dla zaspokojenia potrzeb estetycznych i innych
- występowanie tych elementów w pewnych tylko sytuacjach specjalnie odmiennych od ich autentycznego występowania.
Szczególna odmianą folkloryzmu według Burszty jest folklor widowiskowy, czyli wszystkie formy i treści wokalne, wokalno-taneczne i muzyczne, wykazujące motoryczny związek z kulturą tradycyjną odnośnego zakresu, które są manifestowane indywidualnie bądź zespołowo w odpowiednich sytuacjach na zasadzie wyuczonego pokazu.
Według jednego z węgierskich folklorystów Vilmosa Voigta między folklorem i zjawiskami folklorystycznymi zachodzi obustronna korelacja. Folkloryzm zaczyna się od folkloru i przechodzi do sfery niefolkloru, natomiast gdy zjawiska te biorą początek od niefolkloru nazywane są folkloryzacją. Folkloryzm nie ma, w przeciwieństwie do folkloru, ograniczonych możliwości życia i rozwoju. Folkloryzacja natomiast pozwala zjawiskom folkloru na dalsze funkcjonowanie w nowoczesnej kulturze.
To tyle jeśli chodzi o teorię. Czas na praktykę i szanty.
Folk morski i szanty
Od dłuższego czasu na łamach portalu toczy się ożywiona dyskusja o tym, co można, a czego nie można nazwać szantą, co jest ważniejsze - obiegowa opinia czy święta prawda tzw. ortodoksów? Czy możemy zignorować to, jak szanty postrzega świat i po burzliwej naradzie, przeprowadzonej ankiecie i przebadaniu opinii publicznej, wypracować nową definicję określającą zakres twórczości, którą od dziś nazwać będzie można szantami?
Szanta to utwór muzyczny, wokalny lub, rzadziej, wokalno-instrumentalny (rola instrumentu jest jednak znikoma), wyróżnia się prostą budową (najczęściej przyjmuje formę pieśni jednoczęściowej), ubogą harmoniką, zróżnicowanym tempem (w zależności od przeznaczenia). To ogólny zarys, który przymyka nieco szeroko otwarte wrota świata muzyki. W tych granicach mieści się szanta, ale także zmieścić mogłaby się weselna ludowa przyśpiewka. Przymknijmy zatem bardziej drzwi.
Szanty powstały w określonym celu. Była nim synchronizacja czynności wykonywanych przez grupy żeglarzy, stosowana przede wszystkim wtedy, gdy na dany znak trzeba było jednocześnie użyć dużej siły wielu osób lub też pomagały w wykonywaniu długich i monotonnych, ale rytmicznych czynności. W zależności od pracy, szanty posiadały swoje specyficzne tempa, podziały rytmiczne i akcenty. Inne szanty były śpiewane podczas rwania kotwicy, inne podczas wciągania żagli krótkimi szarpnięciami lin, inne podczas mozolnej pracy przy pompach lub podczas załadunku towarów. Dlatego wyróżnia się takie szanty jak: fałowe, kabestanowe, kotwiczne, pompowe i wiele innych. Ich długość, a raczej ilość zwrotek, a czasami także długość wersów, regulowana była czasem trwania niektórych czynności, co w prosty sposób przekładało się na długość lin i inne parametry techniczne danej jednostki pływającej. Szanty śpiewali marynarze wykonujący pracę pod dyktando szantymena nadającego ton i tempo.
Czy można uściślać dalej? Można. Szanty są pieśniami pracy, które powstały w określym miejscu, w określonym czasie, w określonym środowisku. Są twórczością społeczności żeglarskiej, która stanowiła folklor morski (z ang. maritime folklore) i jest gatunkiem będącym częścią folku morskiego (z ang. maritime folk). Słowo folk w tym znaczeniu powstało przez skrócenie słowa folklore i jest używane powszechnie jako określenie odnoszące się do muzyki charakterystycznej danemu folklorowi; folklor bretoński to - w dużym uproszczeniu - ogół wiedzy i twórczości artystycznej tego narodu, folk bretoński natomiast, odnosi się tylko do jego muzyki.
Oprócz szant do folku morskiego można zaliczyć tzw. pieśni kubryku. Były to ballady śpiewane w spokoju, w wolnych chwilach od pracy, w pomieszczeniu mieszkalnym załogi (kubryk) lub podczas pobytów w portach. Charakteryzowały się wolnym lub umiarkowanym tempem, teksty osnute były głównie wokół życia żeglarskiego, tęsknoty za domem i kobietami. Wykonywane były z towarzyszeniem instrumentów, tych, które ze względu na gabaryty, można było zabrać na statek.
Definicja nie jest tak wyczerpująca jak ta dotycząca szant. Czy o pieśniach kubryku możemy powiedzieć coś więcej?. Na pewno powstawały w oparciu o instrumentarium, melodykę, harmonikę znaną i opanowaną przez twórców. Jeżeli załogant potrafił obsługiwać dany instrument i wyróżniał się określoną wrażliwością muzyczną, to zawdzięczał to najprawdopodobniej środowisku, w którym dorastał, które kształtowało jego talent. Ponieważ członkiem załogi mógł się stać - dobrowolnie lub nie - praktycznie każdy, potencjalny twórca pieśni kubryku mógł być reprezentantem folkloru dowolnej części świata, co w ogromnej mierze rzutowało na styl jego twórczości.
Jeszcze trudniej ustalić ramy dla wszelkich innych pieśni portowych i tawernianych, które również w większym lub mniejszym stopniu były składnikiem morskiego folkloru. Pod względem muzycznym były to utwory właściwe folklorowi danego regionu, w którym port lub tawerna się znajdowały. W warstwie tekstowej oscylowały wokół szeroko pojętego życia żeglarskiego.
Prawdziwość, elitarność i ewolucja
Szanta - pieśń pracy, stała się częścią historii wraz z końcem epoki wielkich żaglowców. Czy dokładnie w tym samym czasie zanikł folklor morski? Trudno jest mi na to pytanie odpowiedzieć. Jestem pewien, że wśród osób tworzących i piszących na niniejszym portalu znajdą się posiadacze wystarczającej wiedzy, aby, choćby w przybliżeniu, udzielić odpowiedzi na to pytanie. Bez żadnych wątpliwości możemy powiedzieć jednak, że dziś folklor morski, w tym znaczeniu, w jakim opisałem go wcześniej, nie istnieje.
W takim razie kto dziś wykonuje "prawdziwe" szanty? Abstrahując od słowa "prawdziwe" (bo skoro nieprawdziwe, to nie szanty) każde obecne wykonanie szant - pieśni pracy, komercyjne lub nie, jest oderwane od jej środowiska folklorystycznego, a co za tym idzie może być jedynie folkloryzmem.
Czy dziś w takim razie można tworzyć nowe szanty? Aby ułatwić odpowiedź zmodyfikuję odrobinę pytanie; czy dziś można stworzyć utwór muzyczny należący do gatunku szanty? Tak, można. Warunkiem jest jednak zachowanie cech szancie właściwych. Zaśpiew szantymena, odpowiedź załogi, odpowiednie tempo i rytmika - autor musi mieć świadomość "przeznaczenia" danej szanty, prosta harmonika, forma pieśni jednoczęściowej, odpowiednia tematyka słów. Czy można odejść od tych ram i jak daleko można się posunąć? Zależy to od skali odstępstwa, którą trudno jednak wyznaczyć przy pomocy ostrej granicy. Jeżeli powstały w ten sposób utwór mógłby być zaśpiewany przez załogę w trakcie pracy, której szanta miałaby towarzyszyć, granica nie została jeszcze przekroczona. Wyobraźmy sobie jednak sytuację, w której to muzycy obiecują tańczącym mazura, po czym zaczynają grać utwór na dwie czwarte w tempie andante... Porównanie adekwatne, gdyż zarówno mazur - taniec i szanta - pieśń pracy są utworami użytkowymi.
Po co w takim razie tworzyć "mazury" na dwie czwarte? Po co mazurowi przyklejać łatę "klasyczny"? Czy po to, żeby "neo-mazur" mógł być na dwie czwarte? Po co tworzyć "szanty" nie mające nic wspólnego z pierwowzorem?
Szanta jest częścią barwnej kultury, która przeminęła i która już nie wróci. Jako element folku morskiego niesie ze sobą pewną wartość, którą wielu stara się sobie "pożyczyć". Zwróćmy uwagę na cudowną przemianę, jaka dokonuje się u nędznych wykonawców muzyki wszelkiej maści przyjmujących łatkę "szantowe". Jak "uszlachetnić" prostackie, grafomańskie teksty? Tu chlupnie woda, tam ruda Mary w kieliszku rum przyniesie, świst bata bosmana, kilka rymów częstochowskich i kłopot z głowy. Słabe umiejętności instrumentalne, brak poczucia rytmu i ogólna bylejakość stać się może szybko "folkowością" w czystej postaci... W ten sposób mierna twórczość wkracza na elitarną scenę odziana w "szantowe" szaty i nikt już nie śmie powiedzieć, że król jest nagi.
Prostota jednakże, mimo podobieństwa w brzmieniu słów, daleko od prostactwa leży. Chyba, że jako wyznacznik przyjmiemy opinie przeciętnego Kowalskiego, którego edukacja muzyczna skończyła się na ściągnięciu kilku dzwonków z sieci. Ponieważ kłamstwo powtórzone Kowalskiemu tysiąc razy staje się dla niego prawdą, to nic nie stoi na przeszkodzie, by prostotę i prostactwo uważał kiedyś za synonimy, a wszystkie "mokre" utwory za szanty.
Aby tak się stało, musiałby być spełniony jeszcze jeden warunek. Polski "światek szantowy" musiałby stać się samotną, szczęśliwą w swej świadomości bycia wielką, wyspą jedynie słusznych idei, na morzu ogólnoświatowej niewiedzy i zacofania. Zignorowany musiałby być dorobek historyków, muzykologów, etnografów, folklorystów i wszystkich badaczy kultury, który przeszkadza w stworzeniu nowego porządku, nowych wzorców i przyjęciu nowej nomenklatury. Wtedy już nic i nikt nie powstrzyma pojawiania się w słownikach i encyklopediach neo-szant, postszant, szant klasycznych i nieklasycznych, gospelszant itp., wraz z ich definicjami tworzonymi na odgórne zapotrzebowanie zainteresowanych. Możemy również przyjąć, że od dziś symfoniami będziemy nazywać wszelką muzykę wykonywaną przez orkiestry symfoniczne (tak jest przecież prościej), ignorując fakt, iż symfonia jako gatunek muzyczny ma określone ramy. Być może Kowalski nie będzie miał nic przeciwko temu, ale czy Smith, Dubois, García, Müller i Murphy również?
Być może badacze i naukowcy nie nadążają za rozwojem i ewolucją gatunku, jakie mają miejsce między Odrą a Bugiem? Czy można mówić jednak o rozwoju i ewolucji, a jeśli tak, to czego? Zjawiska folkloru morskiego? Gatunku muzycznego? Czy jako pieśń pracy w trakcie okresu, w jakim była wykonywana na żaglowcach, szanta ewoluowała w swej formie lub stylu? Stan mojej wiedzy na ten temat nie pozwala mi udzielić odpowiedzi. Jeśli ktoś posiada na to dowody, chętnie je poznam. Jeśli chodzi natomiast o zapożyczenie cech obcego gatunku, to jest ono nazywane stylizacją, nie zaś ewolucją, a przykładowe łączenie chrześcijańskiej muzyki sakralnej z morskimi pieśniami pracy można nazwać najwyżej synkretyzmem kulturowym.
Promocja folkloru
Czy przeważającym szalę argumentem w dyskusji mogą okazać się względy marketingowe? Czy chęć zaprezentowania szant jak najszerszej grupie odbiorców jest usprawiedliwieniem dla stosowania niepotrzebnych, nieuprawnionych uproszczeń i poddawania się brutalnej sile opinii publicznej?
Szanty jako gatunek muzyczny, część morskiego folkloru epoki wielkich żaglowców, z pewnością warte są zachowania jako wartościowy wycinek kultury światowej. Etnografowie folkloryści, ale także pasjonaci minionych kultur odnajdują dla nas ich skarby, zawieruszone gdzieś w mrokach dziejów, abyśmy mogli dziś na nowo cieszyć się nimi i czerpać z ich bogactwa.
Promocja kultury, także tej minionej, w postaci folkloru nie jest łatwa z wielu powodów. Jednym z nich jest, akcentowany w portalowych dyskusjach, odwieczny problem ze zdobywaniem funduszy. Każdy z nas zdaje sobie sprawę z tego, że nawet organizacja imienin dla kilku osób pociąga za sobą koszty, a kwestie finansowe są początkiem planowania każdej imprezy (brak funduszy jest zazwyczaj jej końcem). Czy rzeczywiście dożyliśmy czasów, gdzie warunki dyktuje wyłącznie pieniądz, a kulturowa drezyna za każdym razem musi brać udział w pojedynku z rozpędzonym komercyjnym expresem? Niestety zwycięzca tego pojedynku najczęściej bierze wszystko. Przykładem niech będzie inspirowana jedną z rodzimych słowiańskich tradycji kupalnych, cykliczna impreza kulturalna - krakowskie Wianki. Folklor słowiański w tym roku reprezentował znany piewca polskiej kultury i wykonawca tradycyjnej polskiej muzyki - Lenny Kravitz, przejmując pałeczkę po zeszłorocznych przedstawicielach naszego folkloru - Jamiroquai. Włodarze miasta mogą spać spokojnie - kolejny raz zrobili kawał dobrej roboty, promując rodzimą tradycję i kulturę. Imprezę odwiedziło blisko sto tysięcy osób, można więc mówić o sukcesie. Tradycyjne polskie święto na pewno nie zginie...
Można iść w tę stronę. Można też w inną. Na przełomie lipca i sierpnia od kilkunastu lat w niewielkiej miejscowości Wolin odbywa się inna cykliczna impreza kulturalna - Festiwal Słowian i Wikingów. Współtworzona przez ponad tysiąc osób z 23 krajów, przyciąga co roku ponad dwadzieścia tysięcy odwiedzających z całej Europy. Nie ma wielkich nazwisk i gwiazd przyciągających sponsorów, jest za to wspaniały efekt ciężkiej pracy pasjonatów i miłośników kultury wczesnośredniowiecznych ludów nadbałtyckich. Media przybywają na miejsce imprezy, by ją relacjonować, nie dyktować co się sprzeda, a co nie. Aby opowiedzieć o tym, co przez trzy festiwalowe dni można zobaczyć i przeżyć, musiałbym znacznie wydłużyć i tak już obszerny artykuł. Kto był - ten wie, kto nie był - niech koniecznie przekona się osobiście, jak wspaniale można zorganizować imprezę kulturalną, zapewniającą jednocześnie sukces komercyjny.
Szanty - pieśni pracy można promować w różny sposób. Można użyć ich nazwy dla wszystkich "mokrych utworów", zwłaszcza tych lekko strawnych dla Kowalskiego, co pozwoli wciągnąć je na wielkie sceny komercyjną lokomotywą. Można też zapewnić im tylko oprawę folkloru morskiego. Tego, w którym powstały i funkcjonowały, który - moim zdaniem - może być równie atrakcyjny, jak wczesnośredniowieczny folklor Słowian i Wikingów. Łatwiej im będzie wtedy świecić własnym światłem, nie tym odbitym od wielkich gwiazd, kupionych za wielkie pieniądze.
Czy Keja jest szantą?
Keja nie jest szantą. Mimo usilnych starań tych, którzy - mniej lub bardziej świadomie - tak ją nazywają, nigdy się nią nie stanie. Nawet wtedy, gdy w niebyt odejdzie ostatnia osoba, która tę prawdę rozumie i głosi, a wszyscy mędrcy tego świata zgodnym chórem oświadczą: "Od dziś Keję szantą nazywać można!". Nie jest nią nie dlatego, że ja, czy ktokolwiek inny tak postanowił. Keja nie jest szantą z tego samego powodu, z którego nasz hymn narodowy jest mazurkiem (mazurem), a nie np. marszem - co z dużą dozą pewności w głosie twierdziła zatrważająca liczba uczestników ulicznej sondy, przeprowadzonej jakiś czas temu dla jednej z telewizji. Mimo słów "Marsz, marsz Dąbrowski..." hymn nasz mazurkiem pozostanie.
Bibliografia:
V. Krawczyk-Wasilewska: Współczesna wiedza o folklorze. Warszawa 1986
J. Krzyżanowski: Słownik folkloru polskiego. Warszawa 1965
A. Frączkiewicz, F. Skołyszewski: Formy muzyczne. Kraków 1978
D. Gwizdalanka: Historia muzyki. Kraków 2006
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Marek WÓJCIK, urodzony w 1980 r. w Tarnowie, absolwent Państwowej Podstawowej Szkoły Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Katowicach, technik elektronik, manager turystyki, skrzypek, gitarzysta i wokalista. W latach 2006-2008 członek zespołu "Prawdziwe Perły", od 2009 roku współtworzy folk-rockowy projekt "Wood & Wind". Miłośnik sztuk pięknych, pasjonat folkloru celtyckiego, historii i kultury Irlandii i Turcji.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Foto: Tomasz GOLIŃSKI oraz archiwum Marka Wójcika
Informację wprowadził(a): Marek Wójcik - godz. 12:12, 16 lipiec 2009
| bartosik |
wysłano: 14:43,16 lipiec 2009
Prosto (nie prostacko) i zrozumiale.
Marku!
Szacunek wielki.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| ojerzy |
wysłano: 15:35,16 lipiec 2009
Jak zobaczę gdzieś płytę "Wood & Wind" - zaraz kupię!
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Antek Stalich |
wysłano: 15:43,16 lipiec 2009
Świetny artykuł, ale mnie ciekawi pokrewna sprawa.
W nucie "szantowym" (używam tego słowa z premedytacją) mamy także takie zjawiska:
-- Rock marynistyczny (maritime rock). Weźmy na przykład utwór "Królowie mórz" wykonywany przez zespół SMW. Nie ma tam ani śladu folku. Nie ma tam ani słowa o żeglowaniu, mowa jest za to o morskich piratach zdobywających zamek. Czy "K-141" opowiadający o tragedii okrętu podwodnego Kursk. Muzycznie jest to heavy-metal.
-- Piosenka żeglarska. Niezależnie od konwencji muzycznej opiewa uroki żeglowania. Przykład: twórczość Krzysztofa Malinowskiego.
-- Muzyka pop a cappella. Wymieńmy tu np. "The Lion" w wykonaniu Banana Boat czy "zmarynizowana" pieśń Ryczących Dwudziestek oparta o rosyjską lądową pieśń wykonywaną przez nacjonalistyczny zespół Ljube pt. "Koń". Gdzie tutaj morze? W polskim tekście RO20's? Technicznie to mogę wziąć dowolny utwór i dopisać morskie słowa, hmmmm ;-)
W każdym razie, oprócz muzyki którą Ty wymieniłeś, w nurcie "szantowym" jest muzyka nieszantowa, nieżeglarska i niemorska, a także żeglarska (za to niekoniecznie morska - pieśni mazurskie) itp itd.
Zasadniczo można to mieć wszystko w nosie i rozkoszować się dobrą muzyką. Ale jednak jakoś się te różne festiwale nazywają, przeważnie mają "szanty" w nazwie. Prawda?
Ja bym rzekł: "Keja" to nie szantA. "Keja" to szantY. Jedna literka czyni różnicę. Bo niech ktoś spróbuje inaczej nazwać to całe mokre śpiewania - nie ma zastępnika, choćby nie wiem co zrobić.
A i tak kompletnie oniemiałem kiedy zobaczyłem obecną nazwę festiwalu SERWY 2009. Myślicie że ROCK-SZANTY SERWY? Nie. "Przegląd piosenki żeglarskiej i turystycznej SERWY" ;-) ;-)
Pozdrawiam.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Grzywa |
wysłano: 15:44,16 lipiec 2009
Napisane rzeczowo, po męsku.
Marku, BRAWA na stojąco i piwko przy najbliższej okazji.
Pozdrawiam. Grzywa.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Antek Stalich |
wysłano: 16:34,16 lipiec 2009
Marek na przykład pozałamywał ręce nad Wiankami, ale w tekście nie pada ani słowo o tym skąd ma się brać finansowanie dla rodzimych zespołów morskiej, jeziornej i rzecznej muzyki (no bo nie "szant" przecież?)
W dyskusjach na Szantymaniaku potępiano tzw. coverbandy przeciwstawiając to szlachetnym, artystycznym zespołów grającym na zasadzie "sztuka dla sztuki". Przeoczono, że skoro zespoły ludyczne zarabiają kasę dla zespołów kultury wysokiej, to nie wypada potępiać dostaerczających chleba. Echa potępienia chlebodawców słychać także u Marka.
No ale jedno jest jasne. SMW to zespół marynistycznego folku i tego się będziemy trzymać ;-)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| E.T. ;) |
wysłano: 9:40,17 lipiec 2009
Marku, zgadzam się w całej rozciągłości. Smakowicie się czytało
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Antek Stalich |
wysłano: 14:29,17 lipiec 2009
Przejrzałem wczoraj obszerny tekst Marka Wójcika i wciąż miałem wrażenie, że mi coś nie pasuje, czegoś brakuje. Przerzuciłem artykuł do Worda i oto streszczenie moimi słowy - tak jak zrozumiałem punkty artykułu.
1. Wstęp - rys osobisty Marka na temat jego drogi do morskich pieśni, wykształcenie muzyczne, zainteresowanie folklorem. Zaznaczenie, że Marek wypowiada się jako osoba zglębiająca temat i nie zajmujaca stanowiska czy wśród "ortodoksów" czy też "postępowców".
2. Klasyka i forma: Dla przeciętnego słuchacza muzyki właściwe nazewnictwo gatunków i form muzycznych nie ma znaczenia, ma znaczenie dla muzyków i teoretyków.
3. Folklor i folkloryzm: Usystematyzowanie pojęć: Folklor to autentyczna twórczość i wykonastwo ludowe, folkloryzm to stylizacja, szczególnym przykładem stylizacji jest muzyka folk.
4. Definicja szanty morskiej - morskiej pieśni pracy zespołowej oraz definicja pieśni kubryku, piesni portowych i tawernianych - morskich pięśni rozrywkowych. Podkreślenie, że szanta i morskie pieśni rozrywkowe wzięły się z folkloru lądowego, ale obrosły morskimi tekstami.
5. Prawdziwość, elitarność i ewolucja:
A. Folklor morski już dziś nie istnieje
B. Wykonanie pieśni tradycyjnych obecnie jest folkiem
C. Bezsens tworzenia nowych szant
D. Potępienie słabych zespołów znajdujacych sobie odbiorców w "szantach"
E. Nie do zaakceptowania jest wrzucanie całości pieśni morza, jezior i rzek do worka pt. "szanty"
F. Promocja prawdziwych szant w skomercjalizowanym społeczeństwie - przykład festynu Wianki którego gwiazdami byli wykonawcy zagraniczni skontrastowany z festiwalem słowiańskim na Wolinie
6. Keja nie jest szantą!
----------
Marku, lubię Cię i cenię, ale w Twoim tekście zabrakło mi tak naprawdę przesłania. Dużo teorii, mało praktyki. Chcę Ci zadać kilka pytań, może zechcesz odpowiedzieć. Pytania będą niełatwe:
I. W Polsce nie powstała ani jedna prawdziwa szanta z polską muzyką i polskimi słowami. Jedyna pieśń tego typu wykonywana zgodnie z przeznaczeniem na polskich żaglowcach Lwów i Dar Pomorza była to szanta ceremonialna "Marsz odkotwiczenia" z angielską muzyką "Anchors Aweigh". Dlaczego w ogóle Polacy mają promować szanty - morskie pieśni pracy zespołowej?
II. Dlaczego Polska ma promować zagraniczny folk?
III. W Polsce powstały i powstają takie pieśni jak, m.in.:
a. Pieśni żeglarskie i marynarskie morskie (vide Stare Dzwony)
b. Pieśni żeglarskie jeziorowe (np. Spinakery)
c. Pieśni flisackie (Hambawenah) i kaszubskie
d. Marynistyczne pieśni rockowe (np. SMW)
e. Pieśni stylizowane na szanty (np. Banana Boat)
f. Wiele innych w różnych stylach muzycznych - twórczość autorska związana z pływaniem.
W swoim artykule w ogóle o nich nie wspomniałeś. Czemu? (Tylko pieśni wymienione wyżej w pkt "c" są tutaj folklorem i to nie morskim!)
IV. Klimat dla pieśni o pływaniu ("szant") nie jest najlepszy. Sam wspomniałeś o Wiankach, a sądzę, że na Wolinie "szant" też nie było. Czy widzisz praktyczną metodę promowania szant wśród decydentów? Czy masz jakiś pomysł na przekonanie decydentów do wydawania pieniędzy na "mokre śpiewanie"? A jeśli nie, to kto zarobi na "kulturę wysoką" w naszym nurcie? W końcu każdy zespół gra za gazę - ta na drzewach nie rośnie.
V. Kiedy dodamy rodzaje pieśni wymienione przez Ciebie do tych które ja wymieniłem, jakie słowo może zostać użyte na prostą i dobrze sprzedającą się nazwę całego nurtu? Skoro nie "szanty" to co?
VI. Co tak naprawdę chciałeś przekazać swoim artykułem?
Marku, wiele pytań powyżej jest z gatunku "advocatus diaboli", ale jakiś taki dociekliwy jestem.
Ostatnie pytanie: Czy wykonujesz w swoim projekcie szanty?
Pozdrawiam serdecznie,
Antek
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Antek Stalich |
wysłano: 14:41,17 lipiec 2009
Jeszcze taka uwaga na temat współczesnego tworzenia szant.
Być może - nie wiem tego na pewno - śpiewałeś w Perłach pieśń "Transporty". Musisz wiedzieć, że jest to tzw. modern shanty autorstwa Petera Bellamy'ego.
Znasz zapewne pieśń wykonywaną przez 4 Refy pod tytułem "W górę hej, żagle staw". Brzmi jak autentyczna szanta, ale napisał ją w 1982 r Jack Forbes i opowiada o pracy marynarzy kontenerowców. Forbes napisał tę modern shanty w celach edukacyjnych. Spodobała się tak, że wykonywali ją z tego co wiem Collins/Mageean, bodajże Ian Woods, a z powodu braku dostępu do informacji za komuny została u nas potraktowana jako autentyczna szanta.
O ile z Bellamy'm już nie pogadasz, z Jackiem Forbesem kontakt da się złapać ;-)
Czy więc tworzenie "nowego mazurka" na pewno nie ma sensu?
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| starygorchu |
wysłano: 17:5,17 lipiec 2009
Wyrazy uznania i szacunku za język, rzetelność i precyzję - tak rzadkie cechy w czasach "wszechdostępnej" bylejakości.
Andrzej Kowalski ;)))
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Markiz |
wysłano: 18:9,18 lipiec 2009
Pisząc powyższy artykuł starałem się wyrażać swoje myśli jak najklarowniej używając języka prostego i zrozumiałego. Po kilkukrotnym przeczytaniu całości wydawało mi się, że założenia zostały osiągnięte. Wdawało mi się… Zapomniałem o Antku… ;) Do dzieła zatem.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |