Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Takiego serca, jak tutaj, nie ma na żadnym spotkaniu szantowym - wywiad z Markiem Szurawskim

Wywiady

Marek Szurawski jest stałym gościem kędzierzyńsko-kozielskich "Szantek". Od lat pełni jedną z głównych ról podczas Wieczoru Poezji Morskiej, dbając o jego poetycką oprawę. Postać absolutnie ...
Marek Szurawski jest stałym gościem kędzierzyńsko-kozielskich "Szantek". Od lat pełni jedną z głównych ról podczas Wieczoru Poezji Morskiej, dbając o jego poetycką oprawę. Postać absolutnie niezastąpiona - tak dla nas, widzów i organizatorów tej imprezy, jak i dla całego środowiska szantowego w naszym szantowo akurat wyjątkowym kraju. O wywiadzie z Markiem myślałem od dawna. Wielokrotnie udzielał mi krótszych wypowiedzi na potrzeby mediów lokalnych. Ten jednak wywiad, przeprowadzony w sobotę 18 marca (tuż po zakończeniu Wieczoru Poezji Morskiej) nie ma szans się w nich znaleźć. Za długi, tylko dla wtajemniczonych - z przyjemnością prezentuję go zatem czytelnikom "Szantymaniaka". Serdecznie dziękuję również Markowi za poświęcony czas!


Jak to się stało, że wiele lat temu "młody, zdolny, dobrze zapowiadający się dziennikarz i żeglarz" Marek Siurawski trafił na szanty?

Marek Szurawski: Jak wielu innych kolegów i przyjaciół z tego grona, przez żeglarstwo. Najpierw było żeglowanie, nie tylko sportowe, ale z pewnym przejęciem co do morza, do tradycji, do historii - ja w każdym razie tak to przeżywałem i odbierałem. Kryła się za tym potrzeba romantycznej przygody na morzu. Trzeba też pamiętać, jakie to były czasy. Moje lata młodzieńcze to epoka Gomułki, później Gierka. Za żeglowaniem kryła się potrzeba wolności. Wtedy żeglarstwo było jedynym sposobem, by wyskoczyć z tego kręgu. Żeglarze otrzymywali zezwolenia, ówczesny reżim w ten sposób chciał pokazywać, że "no jak to, Polska jest krajem zamkniętym? Żeglarze przecież odpływają". I myśmy z tego korzystali, ja też. W drugim dnie tej żeglarskiej przygody kryły się zainteresowania szersze, głównie historyczne. Ja i moi rówieśnicy wiedzieliśmy,że istniał świat wielkich żaglowców, kliprów, marynarzy conradowskich, wielkich rejsów, wspaniałych odkrywców, żeglarzy. Gdzieś troszkę z boku naszych muzycznych zainteresowań istniała świadomość, że była jakaś muzyka tego morza, czyli głównie szanty, marynarskie pieśni pracy, folklor muzyczny dawnego pokładu. Nie pamiętam tak dokładnie, jak to się sformalizowało. Chyba to było tak, że zainteresowaliśmy się kontaktem z ludźmi, którzy mieli większą wiedzę niż my wtedy, a zwłaszcza materiały źródłowe - chodziło o jakieś nagrania, kasety, płyty, też opracowania tekstowe. W tamtych latach mieliśmy znakomity kontakt z panem Jerzym Wadowskim z nieistniejącego już miesięcznika "Morze", autorem jedynej na świecie pracy doktorskiej o szantach. Do tej pory ma chyba największy w tej części Europy zbiór płyt winylowych z tradycyjnymi szantami w różnorakim brzmieniu i aranżacji. Myśmy się wtedy tym zachłysnęli. Nikt z nas nie pamięta, jak doszło do zawiązania zespołu Stare Dzwony i kto nadał taką śmieszną nazwę. Dysponując pierwszymi tłumaczeniami szant i pewnymi wzorami oryginalnymi nagraliśmy (to był chyba 1982 rok, jakoś tak, stan wojenny w każdym bądź razie) tę pierwszą winylową płytę "Więcej żagli". Wtedy rozpoczęło się takie bardzo mocne śpiewanie, myślę w tej chwili także o kolegach-członkach zespołu, którzy równocześnie byli prekursorami i liderami polskiej autorskiej piosenki żeglarskiej: Jurek Porębski, Rysiek Muzaj, później doszedł ze swoimi znakomitymi tekstami nieżyjący już Janusz Sikorski. To wszystko wpasowywało się w dodatkowe elementy, jak rozwój festiwalu krakowskiego, który w 1987 roku stał się festiwalem międzynarodowym. Po naszym występie rok wcześniej na festiwalu liverpoolskim przyjechała potężna grupa wykonawców angielskich. Są takie przedziwne zbiegi okoliczności, czy właściwie niewyjaśnione wydarzenia, bo myśmy tam pojechali zupełnie przypadkowo. Na biurku ówczesnej Rozgłośni Harcerskiej, gdzie kiedyś pracowałem, towarzysząc Januszowi Sikorskiemu, znalazłem kopertę ze swoim nazwiskiem (otwartą zresztą) i informacją o festiwalu liverpoolskim. Do tej pory nie wiem, kto to tam położył. Były tam słowa "kto ma ochotę, ten niech przyjeżdża" - jako wykonawca albo jako słuchacz. Był też podany kontakt telefoniczny, więc zadzwoniliśmy. Dopiero chyba po dwóch latach Tony Davis, który wtedy odebrał telefon, opowiadał nam, jak to Anglicy zarykiwali się ze śmiechu, kiedy usłyszeli "szanty po polsku". Byli świadomi tego, że polska tradycja morska jest właściwie zerowa w porównaniu z angielską. Myśmy wtedy nagrywali z Jerzym Woźniakiem jakiś program telewizyjny, mazurski, gdzie śpiewaliśmy polskie teksty szantowe, i ta kaseta poszła do Anglii. Wtedy zaczęły się festiwale międzynarodowe, w moim przekonaniu zresztą chyba najlepsze w nastroju. Był tam etos, dynamika. Pamiętam również fascynację słuchaczy, gdy śpiewali do 5-6 rano w hotelach, na korytarzach. To były niezwykłe czasy. Teraz to przyjęło trochę inną formę, ale cały czas jest dla mnie na tyle imponujące, że nieprzerwanie patrzę na to z otwartymi ze zdumienia oczami, jak to się stało, że w tym kraju nad Wisłą, z tak mizerną tradycją morską mamy do czynienia z fenomenem w skali światowej, bo nigdzie na świecie takiego zainteresowania tą muzyką nie ma. Czterdzieści parę imprez szantowych w roku, sto tysięcy ludzi - tak oceniamy tą publiczność - przemieszcza się z imprezy na imprezę. Ze szczególnym zadowoleniem patrzę na to, że powstały dodatkowe nurty, takie jak Klang - polska przedwojenna piosenka morska, Hambawenah - flisacka. Tutaj (w Kędzierzynie-Koźlu - red.) są wieczory poetyckie, na Jasnej Górze zrobiły się Jasnogórskie Spotkania Szantowe z religijnymi pieśniami morskimi. To jest imponujące i widać, że spełnia jakieś fajne potrzeby.

Marek Szurawski to dla wielu "guru na scenie i w życiu". Tak powiedział choćby Henryk Czekała "Szkot" z Mechaników Shanty...

Coś takiego! Nawet o tym nie słyszałem!

Jak pan się czuje w tej roli?

Jest mi bardzo miło. Jestem trochę zażenowany, a moje zażenowanie nie bierze się z poczucia fałszywej skromności, ale raczej z tego, że kiedy angażowałem się w warsztaty marynistyczne ("Szkot", Ryczące Dwudziestki niemal w całości, Tonam i Synowie, Atlantyda to są w jakimś sensie moi uczniowie), myśmy tym młodym ludziom wedle naszych umiejętności przekazywali wiedzę o szantach, o sposobie śpiewania, pokazywaliśmy oryginalne materiały, a przy okazji był tam niezwykły etos wychowawczy. To się działo samo z siebie, że my przez morze, naszą pasję, otwieraliśmy jakieś nowe światy. Morze wychowuje, nawet jeśli nie ma bezpośredniego z nim kontaktu, ale jest z historią, tradycją, obyczajem. Jeśli ci ludzie teraz mówią takie rzeczy, jest to szalenie miłe, natomiast ja nie daję się zwariować. Wiem, że nas parę osób w tym maczało palce i raczej większa zasługa jest wśród samych tych młodych ludzi, którzy dali się zarazić tą pasją i popchnęli dalej samodzielnie ten wózek, niż moja osobista.

Tytuł najlepszego zespołu XXV-lecia "Shanties" zdobyły Ryczące Dwudziestki. Andrzej Grzela "Qnia" powiedział, że tytuł należał się wam, jednak stwierdził także: "Młodsze pokolenia bardziej kojarzą każdego z osobna niż zespół. Ta siła Dzwonów gdzieś się po drodze rozmyła".

Nie, tutaj nie zgadzam się, dlatego że Andrzej pewnie nie widzi naszych koncertów. One nie są co prawda zbyt częste, ale średnio raz-dwa razy w miesiącu pokazujemy się jako zespół. To prawda, że może istnieć takie wrażenie, że to się jakoś rozbija, ale głównie dlatego, że zespół jest bardzo wszechstronny. Poszczególni członkowie zespołu jeżdżą jako soliści, każdy z nich to potrafi. Jeździ Andrzej Korycki z Jurkiem ze specjalnym programem, ja się pokazuję z Ryśkiem z programem szantowym. Zespół cały czas działa, planujemy zresztą niedługo dodatkowe nagrania, może jakaś specjalna trasa koncertowa przynajmniej raz w roku... Andrzej ma na pewno rację, że zdecydowało trochę o takim nastawieniu przy wniosku końcowym młode pokolenie, które widzi inną muzykę. Nie tylko Ryczące Dwudziestki, ale przecież i... Jest revival zespołu Tonam i Synowie, są Banana Boat, jest Stara Kuźnia, Yank Shippers... Jest bardzo dużo zespołów preferujących inny rodzaj muzyki, która może bardziej odpowiada młodemu uchu, jest bardziej skoczna, bardziej dynamiczna. Ale... dobrze, że każda muzyka jest, rozmaitość jest ogromną siłą.

Obecnie na rynku dostępne są trzy płyty Starych Dzwonów, ale dużo więcej waszych solowych nagrań...

No tak, ale to o niczym nie świadczy. Świadczy tylko o tym, że każdy z nas w zespole potrafi bardzo wiele, solo i zespołowo.

A czy w zespole jest podział na skrzydło "szantowe" (pan i Ryszard Muzaj) i "balladowe" (Jerzy Porębski i Andrzej Korycki)?

Nie, może jest tylko specjalizacja. Nie ma praktycznie naszego koncertu, w którym nie pojawiałaby się ta rozmaitość. Ludzie ze starszego pokolenia pamiętają te szantowe kawałki od których zaczynaliśmy, natomiast siłą rzeczy do głosu dochodzą przepiękne ballady. To wszystko razem w moim przekonaniu fajnie się scala.

Inny obiegowy podział to "wczesne" i "obecne" Stare Dzwony. Te pierwsze kojarzące się z chociażby z "Mobile Bay" i "Emmą", te drugie z "Keją" i "Byle dalej"...

Tak, oczywiście. Ale to nie szkodzi, tak się po prostu dzisiaj śpiewa i takie są oczekiwania ludzi. Nie widziałem też przypadku, by publiczność protestowała, kiedy nagle śpiewa się to "Mobile Bay", "Bijatykę"... Tę "Emmę" może nie, jest tam parę rzeczy, które czekają na zrobienie i na pewno do tego dojdzie. Plany są takie: po pierwsze nowa, bardziej koncertowa wersja całego programu, a ja z Ryśkiem Muzajem planujemy zrobić we dwójkę pierwszą szantową "duetową" płytę. Okazuje się, że nie ma duetów stricte szantowych. Myślę, że przypomnimy w nieco innej wersji, w rozłożeniu na inne głosy, we dwóch, te klasyczne utwory z dawnych lat, w dawnym stylu.

Gdyby tak ktoś do pana przyszedł i zapytał: co w polskich szantach było przez te 25 lat najlepsze? Był pan przecież nie tylko wykonawcą, ale i obserwatorem tego ruchu.

Dosyć trudno mi jest odpowiedzieć na to pytanie. Zależnie od okresu takie, a nie inne rzeczy budziły zainteresowanie, albo wręcz entuzjazm.

A pana osobiście?

Nie wiem, czy była jakaś szczególna fascynacja, coś szczególnie godnego uwagi. Powiem inaczej: zdecydowana większość ludzi (i ja też) przyjeżdżała na spotkania szantowe z racji nastroju. Być może niektóre imprezy bluesowe mają podobną atmosferę wspólnego śpiewania, ale i spotkania ludzi, którzy się od wielu lat znają, być może raz tylko w roku, ale do tego dążą. To jest taka fajna, niezwykła wspólnota. Pamiętam parę spotkań szczególnych. To były lata 1986-88, kiedy przyjeżdżał świat i okazywało się, że ma miejsce taka rodzina szantowa. Jak jeszcze żył Stan Hugill, to właśnie wyraźnie to podkreślało. Co więcej, mimo upływu lat i mimo tego, że ci goście zagraniczni już nie przyjeżdżają, to mail, kartka, telefon dowodzą tego, że to jest tak, jakbyśmy się rozstali wczoraj i ten nastrój przyjaźni, kontaktów przez wspólne zainteresowanie trwa dalej.

Z muzycznych akcentów pamiętam Tonam i Synowie, zespół który wraca powoli na scenę. Oni mieli kapitalne brzmienie, ich pamiętam ze szczególnym sentymentem od strony muzycznej. Nie tylko poprawności, ale takiego fajnego ducha. Mechanicy Shanty - brzmieniowo, instrumentalnie. Atlantyda ostatnio też. Konkluzja jest taka, że może czasem pomaga 25 lat prób, czasem sobie pół żartem, pół serio, czy trochę złośliwie mówię. Cztery Refy oczywiście, muzycznie fantastyczni. Powstało przynajmniej kilka naprawdę świetnych zespołów, które doskonale się sprawdzają na imprezach zagranicznych. Teraz to jest już do słuchania, bo jak pamiętam początki, to publiczności tak naprawdę było wszystko jedno, kto i jak zagra na tej gitarze i jak czysto czy fałszywie zaśpiewa, byle by to było o tym morzu, jachcie, o dziewczynie, wietrze, fali itd. Teraz wymagania są wyższe, ale i umiejętności wyższe. Ja jestem rad i wdzięczny losowi, że tak zupełnie przez przypadek mam za sobą kawałek ładnego, a miejscami bardzo pięknego, życia. Mówię "przez przypadek", bo te 25 lat temu nikt z nas nie myślał, że tworzymy jakiś ruch, jakąś historię. To była zupełnie prywatna zabawa, która, nagle okazało się, komuś służy, ludzie tego chcą słuchać i to fantastycznie się rozwinęło.

Chciałbym zapytać o inny "sztandarowy" na szantowej scenie zespół, czyli Cztery Refy. Jak ich postrzegacie - to wasi przyjacieleczy raczej konkurenci? Michał Gramatyka powiedział kiedyś o panu i Jerzym Rogackim: "Ciekawe, co by było, gdyby ci dwaj połączyli siły"...

Tak, pamiętam ten wywiad z Michałem. W moim zupełnie prywatnym odczuciu był taki okres - myśmy zresztą z chłopakami z zespołu stali zawsze z boku i patrzyliśmy z pewnym rozbawieniem - kiedy Jurek Rogacki miał sposób działania polegający na ciągłym ściganiu. Koniecznie chciał udowadniać jakąś gradację - ktoś jest najlepszy, ktoś jest gorszy i tym podobne. To nie był mankament tylko ówczesnych Czterech Refów, że pozwolę tak to sobie skomentować. Na przykład nie schodzono ze sceny. To było takie siłowe rozwiązanie: "ja będę grał tak długo, aż tam będą brawa". Nie można było powiedzieć, że grasz 20 minut i schodź, to było 30, 40 minut... i tak dalej. Natomiast mimo dosyć rzadkich kontaktów bezpośrednich z ogromnym szacunkiem i uznaniem patrzę na dorobek Czterech Refów. Myślę, że z drugiej strony opinia i nastawienie jest takie same. W tej chwili - przynajmniej takie mam wrażenie - cały ten krąg szantowy jest kręgiem ludzi bardzo dobrze sobie znanych i właściwie bardzo bliskich. Ja jestem ogromnie rad z tego, że Jurek Rogacki i Cztery Refy włożyli tak ogromny wkład w całą tę zabawę. Przecież nie można sobie wyobrazić w ogóle tej historii bez udziału Czterech Refów. Ale i to samo z pozostałymi zespołami, i Perły i Łotry, i Banana Boat, Tonam i Synowie itd.

Michał sam wymyślił to powiedzenie: "co by było, gdybyśmy połączyli siły". Trzeba by sprawdzić, na czym to polegać by miało. Od 2 lat tylko wozimy się, z racji braku czasu głównie. Ja miałem taką sympatyczną rozmowę z Jurkiem, że może coś byśmy zrobili z dwoma koncertinami. To jeszcze jest przed nami, sprawa jest otwarta, chodzi tu głównie o brak czasu. Połączyć sił zespołowo raczej się nie da. Po prostu każdy ma zupełnie inny styl, inny repertuar. Gdyby szukać jakiegoś ukrytego podtekstu, że trzeba połączyć siły, bo jest jakiś konflikt, to absolutnie konfliktu żadnego nie było. Chociaż nie ukrywam, że Jurek Rogacki jest trudnym we współpracy człowiekiem, ale głównie dlatego, że forsuje swój punkt widzenia i uważa, że tylko to jest istotne, co on mówi. On zresztą do niedawna - może teraz się to trochę zmieniło - był takim bardzo ortodoksyjnym szantymenem. Kiedy, nie daj Boże, w jakimś zespole muzycznym pojawiła się perkusja, jakaś gitara elektryczna, to dla niego było nie do przyjęcia. Ale ma do tego prawo. Jest takim "przetrwalnikiem" tego wszystkiego. Wiadomo, że jeśli wyjdą Cztery Refy i Jurek coś zaśpiewa, to będzie to bardzo klasycznie i... pięknie. I tak powinno być. Te wszystkie "światy" powinny kwitnąć.

Pomówmy teraz o naszej, zakończonej właśnie imprezie. "Szantki" w Kędzierzynie-Koźlu są dużo skromniejszą inicjatywą niż wielkie festiwale we Wrocławiu, Krakowie, Giżycku. Ale mimo tego prowadząc finałowy koncert szant wrocławskich, wspomniał pan o nas...

Dlatego, że mimo iż z oczywistych powodów jest skromniejsza technicznie i lokalowo, z całą odpowiedzialnością i ogromnym sentymentem mówię, że takiego serca, jak tutaj, nie ma na żadnym spotkaniu szantowym. Wchodzi tu około 130 ludzi, więc z założenia jest intymne grono. Ale tych 130 ludzi po prostu wie, po co przychodzi. Nastrój jest kapitalny, czego się nie da zrobić w Krakowie, gdzie jest kilka tysięcy ludzi, czy w Giżycku, gdzie jest kilkanaście tysięcy. Przyjeżdżam tu zawsze z radością i wiem, że przyjeżdżam do kumpli, przyjaciół. Mimo dalekiej drogi ja tutaj wypoczywam.

Spotkał się pan kiedyś z podobną imprezą?

Takiej jak tutaj po prostu nie ma. Jest absolutnie unikalna i jednorazowa. Być może waszym wzorem pójdą inni, ale i tak jesteście najlepsi pod tym względem. Macie za sobą 18 lat, to jest wychowana publiczność.

A kto w ogóle wymyślił Wieczór Poezji Morskiej? Organizatorzy twierdzą, że był to pana pomysł.

W Nowej Hucie był taki koncert, ale nie wiem kiedy, strasznie dawno... To były piosenki balladowe Janusza Sikorskiego i ja tam, pamiętam, powiedziałem jakiś wiersz jeden, bo go lubiłem. Ludzie po prostu oniemieli, ku memu ogromnemu zdziwieniu. Ale to świadczyło o tym, że jest jakaś potrzeba. Waldek (Mucha - komandor KŻ "Nauta", współorganizatora "Szantek" - red.) szukał pomysłu na "coś innego", i wtedy mi to przyszło do głowy.

Bardzo dziękuję za rozmowę.



Pytał: Michał Nowak

Foto: Paweł Nowak


Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 5:33, 20 marzec 2006, wyświetlono: 940 razy

Kadłub

wysłano: 10:52,20 marzec 2006

Żałujemy bardzo,że organizatorzy nie zaprosili w tym roku zespołu Kochankowie Rudej Marii, zespołu ,który w swoim repertuarze ma jedynie ballady morskie we wspaniałym wykonaniu autorki tekstów i muzyki, Wandy Staroniewicz-DUŚKI.
Odpowiedz na ten komentarz
von Reuffen

wysłano: 18:13,24 lipiec 2007

A ja sobie marzę, by zobaczyć taki występ: 4Refy śpiewają piosenki Starych Dzwonów, i vice versa. Świetna muzyka w całkiem innej interpretacji. Inne brzmienia znanych piosenek. Świeżość. Dla mnie to by było wydarzenie dekady. vR
Odpowiedz na ten komentarz
markowski52

wysłano: 21:4,25 luty 2008

le cały czas jest dla mnie na tyle imponujące, że nieprzerwanie patrzę na to z otwartymi ze zdumienia oczami, jak to się stało, że w tym kraju nad Wisłą, z tak mizerną tradycją morską I z tym się właśnie nie zgadzam,ja urodzony i wychowany w Gdańsku,jako dorosły Szczeciniak mieszkający teraz w swojej "przystani" dalej blisko morza-tradycje mamy i to przebogate ale one muszą być uwydatnione,pokazane, dlaczego dzisiaj jest to tak popularne ,bo wreszcie urosło już pokolenie polaków bez kompleksów które nie idzie do europy bo w niej jest od wieków,bo urosło pokolenie które wie że jak Londyn bardziej przypominał wychodek to w kraju nad wisłą rosło silne ,zjednoczone państwo mające jednego władcę, co na zachodzie udało im się wieki później. Jednego brakuje,potężnego nacisku rzeszy ludzi na takie medium jak tv,skandalem jest dla mnie brak jakiego kolwiek,bloku tematycznego związanego z historią tego kraju,historią bałtyku ,poskiej floty,ludzi itp.Festiwale i koncerty tego nie zastąpią, one dają klimat. Ostatnie co mnie osobiście bardzo boli,to brak chęci reaktywacji takiego czsopisma jakim było "Morze" skarbnica wiedzy mojego pokolenia, Serdeczne pozdrowienia dla wszystkich
Odpowiedz na ten komentarz
zOUsBvBDQ

wysłano: 8:53,22 lipiec 2009

uk6d57 bvrvagpz svglhbsx heuwrhbv
Odpowiedz na ten komentarz
zOUsBvBDQ

wysłano: 8:53,22 lipiec 2009

uk6d57 bvrvagpz svglhbsx heuwrhbv
Odpowiedz na ten komentarz
yCycsOhvJYKV

wysłano: 8:53,22 lipiec 2009

stIhZv zgjeegej niipfkgh wblvmkpe
Odpowiedz na ten komentarz
DOeFGixNDoPUvM

wysłano: 2:21,30 lipiec 2009

aVGvp0 gocvcdbs srotfdck ehyrwvhh
Odpowiedz na ten komentarz
DOeFGixNDoPUvM

wysłano: 2:21,30 lipiec 2009

aVGvp0 gocvcdbs srotfdck ehyrwvhh
Odpowiedz na ten komentarz
pxPWVLUxMYZRA

wysłano: 1:30,1 sierpień 2009

fbeeznpl erwlydnf hqupqhyw
Odpowiedz na ten komentarz
pxPWVLUxMYZRA

wysłano: 1:30,1 sierpień 2009

fbeeznpl erwlydnf hqupqhyw
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI