Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Trzeci dzwon

Relacje

Po Andrzeju Koryckim i Marku Szurawskim w progi wocławskiej Gawry zawitał niedawno trzeci Dzwon - Jurek Porębski. Zanim opiszę jego występ - mała dygresja. Świetnie by było gdyby gawrowcy - Ania ...

Po Andrzeju Koryckim i Marku Szurawskim w progi wocławskiej Gawry zawitał niedawno trzeci Dzwon - Jurek Porębski. Zanim opiszę jego występ - mała dygresja. Świetnie by było gdyby gawrowcy - Ania i Kisiel - zaprosili do siebie przed wakacjami jeszcze Ryszarda Muzaja. Byłby to wspaniały i pełny przegląd tego, co legendarne Dzwony potrafią solo. Ale czy to się da jeszcze zrobić...?

"Porębie" supportował zespół Za Horyzontem. Z powodu spóźnienia słuchałem ich za krótko, żeby powiedzieć coś więcej niż to, że są już naprawdę dobrze zgrani i pewnie stąpają po deskach sceny. Oczywiście jak zwykle największe wrażenie zrobiła na mnie ich skrzypaczka, która nie od parady ma ksywkę "Pizzicatto". Gra z olbrzymim wyczuciem, a jak podczas grania zamknie oczy, to wydaje się, że jest w innym świecie. Horyzontowcy, bardzo dobry transfer, ta Beatka...!

"Poręba" zagrał leniwie, choć jak zwykle z charyzmą. Leniwie nie znaczy wcale źle. Wręcz przeciwnie. Po prostu Jurek Porębski dopasował się do atmosfery murów Gawry w ten piątkowy wieczór. Swoim zwyczajem opowiadał o morzu i życiu na morzu w ten sposób, że czasami trudno było rozpoznać, gdzie kończy się jedna

piosenka, a zaczyna druga. Ze śpiewu przechodził w melorecytację, a zapowiadając jakąś piosenkę zaczynał śpiew od razu - bez zbędnych przygrywek. Tak jak jakiś francuski bard, który ot tak przycupnął na chwilę na krawężniku, żeby przechodniom zagrać parę songów. Podobny sposób prowadzenia występów zaprezentowały wcześniej inne Dzwony, więc widać tu dokładnie, że jest to ich znak firmowy. A swoją drogą "Porębowe" zapowiedzi do piosenek to powinny być kiedyś wydane na osobnej płycie. Sprzedałyby się jak woda, albo jak tomiki Gałczyńskiego w latach 50-tych. Bo to też poezja najwyższej próby.

Podczas występu Jurka, Beatka-"Pizzicatto" nie wytrzymała. Złapała za skrzypce, stanęła w kątku i akompaniowała. Tak po prostu, bez nagłośnienia, dla przyjemności. Ja miałem szczęście, bo siedziałem blisko i wszystko słyszałem. Furman z kolei złapał za gitarę i też brzdąkał sobie cichutko - zwłaszcza wtedy, jak "Porębie" zachciało się pograć trochę na trąbce. Potem Furmana zluzował Witek Mizia z bluesowego zespołu Mizia and Mizia, a stało się to w niezwykłych okolicznościach.

Kiedy "Poręba" uderzył parę bluesowych akordów, to Wiciu wyrwał Furce "wiesło"  i - jak rasowy bluesman w czarnych okularach - leciał swoje "czarne" solówki. Porębie się oczy zaświeciły i wtedy przestał już w ogóle śpiewać, a tylko grał sam podkład i ciągle chciał, żeby mu Witek te bluesowe solówki wygrywał. Potem polecieli jeszcze jedną piosenkę w tych klimatach, a kiedy "Poręba" wrócił do swoich typowych nie-bluesowych piosenek żeglarskich, Witek od razu stracił zainteresowanie grą i wrócił do piwa. Bo jednak co blues, to blues...

Widząc, że na sali są młodzi utalentowani, "Poręba" w swoim drugim secie wpadł na chytry pomysł. Zaczął otwarcie nawoływać ze sceny, żeby ktoś mu pomógł w graniu i śpiewaniu. Podczas piosenki "Siedzieliśmy pod Jodłą" (przy której zapowiedzi szczerze nas uprzedził, że się jej dopiero uczy) mylił się nieco w tekście, więc mistrzowi z pomocą pośpieszył nasz podmasztowy Wojtek. Zaczęli tę piosenkę w tonacji G-dur, żeby przy trzeciej zwrotce przeskoczyć na A-dur. A kiedy z Bożą pomocą dotarli do końca, "Poręba" powiedział: "Do dupy było to A-dur, nie?". Wojtek bąknął, że może lepsze byłoby C-dur, a na to Poręba szybko odparł, że w takim razie zagrają tę "Jodłę" raz jeszcze. Wojtek wprawdzie nieśmiało oponował, że po co grać, skoro właśnie przed chwilą to zagrali, ale Poręba był stanowczy: "Owszem, ale przecież w C-dur jeszcze nie graliśmy". I - nie uwierzycie - zagrali to raz jeszcze od samego początku w C-dur. To znaczy Poręba grał, a Wojtek śpiewał. Taki to był koncert!

Jurek Porębski to estradowy rutyniarz. Luzu na scenie pozazdrościłby mu każdy wykonawca. On na scenie może zrobić wszystko. Jest zawsze uśmiechnięty, a jak gra swoje nastrojowe piosenki, to ma wzrok rozmarzony jak podlotek. Mogę go słuchać na okrągło, a na żywo to zwłaszcza.

Po półtorej godzinie grania "Poręba" sprawiał wrażenie, jakby chciał już oddać gitarę i mikrofon komuś innemu, jakby chciał powiedzieć: "Wy tu sobie, dzieci, grajcie i śpiewajcie, a stara Poręba (jak sam siebie żartobliwie nazywa) spokojnie sobie posiedzi przy papierosku i piwku." A że w Gawrze do grania na gitarze nie trzeba nikogo specjalnie namawiać więc i chętni zaraz się znaleźli. W ten sposób koncert niepostrzeżenie zamienił się w jam session. Co się dalej działo - nie wiem. Byłem już wtedy w domu.

 

>>Konkurencyjna relacja z tej imprezy ;-)<<

 

Galeria

Idź do strony: 1234»

Zobacz także

Informację wprowadził(a): Robert Kolebuk - godz. 18:0, 19 maj 2005, wyświetlono: 270 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI