Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Wrocławskie szanty po nowemu (XXII Szanty we Wrocławiu, 17-20 lutego 2011 r.)

Relacje

Kolejne Szanty we Wrocławiu za nami. Wielki (jak na standardy naszej sceny muzyki żeglarskiej) festiwal doczekał się wielkich zmian.

Jubileusz EKT Gdynia
Fot. Michał Nowak

XXII edycja festiwalu oznaczała pożegnanie z halą Wytwórni Filmów Fabularnych. Obiekt, wraz z sąsiednim Pawilonem Czterech Kopuł, ma przejść gruntowny remont, po którym nie będzie już funkcjonował jako sala koncertowa. „Szanty we Wrocławiu" odbywały się tam od niemal 20 lat. Muszę przyznać, że przyzwyczaiłem się do tego obiektu, który - choć daleki od nowoczesności, z wszechobecnym zapachem zbutwiałego drewna, z przeciekającym (rok temu) dachem - miał swój klimat i, co ważniejsze, dobre warunki do odbioru muzyki.

Koncerty zostały więc przeniesione: dwa do sąsiedniej hali IASE, dwa do sali Centrum Sztuki Impart. Obie te lokalizacje dzieliło niemal wszystko: specyfika, atmosfera i, niestety, warunki akustyczne, o czym za chwilę.

 

Ćwierćwiecze EKT


Jubileusze i poświęcone im koncerty to już tradycja - nie tylko we Wrocławiu. Długo istniejących zespołów mamy na „szantowej" scenie naprawdę sporo, więc i kolejnych rocznic nie brakuje. Nawet tych bardzo okazałych. Po Starych Dzwonach, Ryczących Dwudziestkach, Czterech Refach i grupie Zejman & Garkumpel ćwierć wieku ukończył wielce popularny zespół z pogranicza piosenki turystycznej i żeglarskiej, EKT Gdynia.

I właśnie oni wraz z wieloletnim menedżerem Markiem Remiszewskim rozpoczęli ten koncert - Bałtyckim morzem. Na scenie w radosnym świętowaniu towarzyszyły im mniej lub bardziej zaprzyjaźnione zespoły, zarówno zbliżone stylistycznie (np. Mietek Folk czy Kuśka Brothers), jak i  odmienne. Niektórzy z tych „odmiennych" postanowili jednak przygotować na tę okazję coś ekstra.

I tak Betty Blue, co było zupełnym zaskoczeniem, zagrało z... perkusistą (w tej roli Piotr Piotrowski). Jak mi powiedziała Ela Kołodziejczyk, nie oznacza to jednak zmiany stylu kapeli, a jedynie nową możliwość - być może w przyszłości obok akustycznego seta Betty Blue będzie można usłyszeć i rockowy. Perkusję słychać było też podczas występu... Ryczących Dwudziestek. Podczas Hand over Hand zagrał na niej gościnnie Jacek Fimiak z EKT.

Sporo było podczas tego koncertu kameralnych klimatów. Pierwszy raz na festiwalu szantowym zagrał Słodki Całus od Buby. Mirek Kowalewski po wykonaniu okolicznościowej piosenki o zespole EKT zaprezentował brzmienie ukulele, co ostatnio czyni regularnie i chyba z niemałą radością. Waldemar Mieczkowski zagrał tradycyjnie kilka utworów Janusza Sikorskiego, były też i rzeczy autorstwa Marka Majewskiego czy Krzysztofa Jurkiewicza. Towarzyszyli mu na scenie Krzysztof Kowalewski, Jacek Ronkiewicz i Marcin Ritter. Pojawił się też Arek Wlizło, któremu ostatnio niestraszne są odległości między Kanadą a Wrocławiem.

Chyba najbarwniej, co staje się już regułą, jubileusz uczcili gospodarze, czyli Orkiestra Samanta. W nieco rozszerzonym składzie, w ludowych strojach zagrali Monotematyczną piosenkę turystyczną z repertuaru EKT, o jakże adekwatnym do okazji refrenie (piwko w kufelku nie może długo stać).

I wszystko byłoby pięknie, gdyby było pięknie... słychać. Niestety, solówki Pawła Kołodziejczyka, poetyckość tekstów Całusa i wiele innych rzeczy zginęły w fatalnej do nagłośnienia hali IASE. Hala WFF była pod tym względem o niebo lepsza, tej wady nijak nie rekompensowała nawet bardzo fajna tawerna festiwalowa.

 

Rewelacyjny Impart

 

W sobotnie popołudnie jako nowe miejsce festiwalu zadebiutowała sala Impartu. Nie byłem w niej wcześniej, choć wiedziałem, że jeśli odbywają się tu tak prestiżowe imprezy jak np. Jazz nad Odrą - to musi być to nie byle jakie miejsce.

Tak też było w istocie. Skojarzenia z filharmonią czy operą pewnie miało wielu widzów. Miał je też Andrzej Grzela z Ryczących Dwudziestek, które rozpoczęły koncert szanty klasycznej. Jakże inaczej wybrzmiała choćby fantastyczna Opowieść przy kielichu! Takie utwory powinny być śpiewane właśnie w takich warunkach, bo jak inaczej można docenić kunszt artysty niż słysząc jego dzieło takim, jakie jest naprawdę, bez zniekształceń i strat.

Po występie RO20 świetnie spisał się konferansjer Maciek Jędrzejko. Oczekując na podłączenie się Starych Dzwonów zaintonował Emmę, popularną szantę z ich repertuaru, tyle że... niewykonywaną od chyba 20 lat. Czy była to aluzja pod adresem zespołu, że może jednak warto wrócić do wspaniałych szant tłumaczonych przez spółkę Sikorski-Siurawski? Nie sądzę, by Maciek miał to na myśli, niemniej jednak nośny refren zrobię małe baby Juliannie długo rozbrzmiewał w sali Impartu. A sam zespół pierwszy raz od dawien dawna zagrał niemal same utwory tradycyjne. Z wyjątkiem Kei na bis, był to żelazny zestaw hitów z pierwszej dekady kariery, m.in. Dziewczę z Amsterdamu i Lowlands Low.

W takich warunkach świetnie zaprezentowali się zresztą wszyscy wykonawcy. Sąsiedzi to ostatnio najmocniejsza obok Czterech Refów marka w szancie prawdziwie klasycznej (nie mylić z „neoklasyczną", wykonywaną przez pozostałych wykonawców tego koncertu). Często też w ostatnich latach bywa (Sosnowiec, Łódź, Suwałki, Gliwice), że te dwa zespoły łączą swoje siły, by razem zaśpiewać coś ze swoich repertuarów, we Wrocławiu były to sąsiadowe Roll Boys, Roll oraz refowe Wielorybnik Johnny, Chwyć za handszpak, Tiddy-High-O! i John Dameray. Siła głosów połączonych składów, mimo braku Zbyszka Zakrzewskiego i Dominiki Płonki, po raz kolejny zrobiła wrażenie.

Występ w Imparcie musiał też być sporą frajdą dla Happy Crew, zwycięzców ubiegłorocznego konkursu, którzy uzupełnili zestaw wykonawców tego koncertu. Nie inaczej dla Prawdziwych Pereł, tym razem „starych i dobrych", czyli szantowych z domieszką gospelu.

Byłem oczarowany tym koncertem. A sprawiła to sala Impartu. To samo wydarzenie w innym miejscu mogłoby stracić bardzo wiele ze swej wartości. Zatem w tym miejscu apel do organizatorów: Impart musi zostać! Bez względu na to, gdzie w przyszłości będą pozostałe koncerty. Być może nawet warto by tu raz czy drugi zorganizować koncert inny niż „kameralny" czy „klasyczny".

 

Szaleństwo kontrolowane

 

Muszę przyznać, że widząc piątkową frekwencję w hali IASE, obawiałem się, czy dzień później publiczność w ogóle pomieści się w niej (jest bowiem sporo mniejsza od hali WFF). Moje obawy były jednak płonne. Owszem, ludzi było więcej, ale dało się, choć z trudem, podejść pod scenę.

Co jednak ważniejsze, poprawiła się jakość dźwięku. Nie było może idealnie, ale można było wreszcie bez trudu rozróżnić słowa, pojawiła się selektywność brzmienia. Warto było pochodzić po sali i samemu sprawdzić, gdzie najlepiej słychać.

Koncert w znanym, rubasznym stylu prowadził Mirek Kowalewski. Początek upłynął pod znakiem kapel wrocławskich (Pod Masztem, Za Horyzontem, Znienacka Project - rzadko miałem okazję widzieć ostatnio Wypłosza i spółkę w komplecie). Ważnym momentem była premiera nowej piosenki Flash Creep, polskiej wersji Rolling Sea, znanej choćby z dość popularnej u nas składanki „Pirate Ballads, Sea Songs & Chanteys" (kojarzonej z filmem „Piraci z Karaibów"), gdzie obok Stinga czy Nicka Cave'a śpiewa - ten właśnie utwór - Eliza Carthy. Polskie słowa napisał Mariusz Bartosik, pozostaje mu jeszcze wymyślić polski tytuł.

Znów udanie zaprezentowała się Formacja, zarówno w piosenkach z płyty, jak i starych hitach (np. Łowy) - granych jednak w autorskich, oryginalnych aranżacjach. Ostatnimi czasy w Formacji z kontrabasem częściej widuję Czarka Rogalskiego niż Darka Gutomskiego (ten ostatni ma niestety również inne zobowiązania muzyczne) i zawsze fascynuje mnie, że da się grać na nim trzymając olbrzymi instrument niczym gitarę.

Sąsiedzi, już z Dominiką Płonką, i Prawdziwe Perły mając do dyspozycji tego dnia dwie „odsłony", w drugiej zaprezentowali się już w wersji instrumentalnej. Sąsiedzi, co zaprezentowali już w koncercie poprzednim, wprowadzili do swojego elementu nowy element, mianowicie zaśpiewy. Nie każda praca na dawnych żaglowcach była długotrwała, krótkie, melodyjne pokrzyki znakomicie nadawały się do pewnych jej rodzajów. Świetnie też sprawdziły się na scenie. Z kolei Perły znów czarowały brzmieniem klawiszy i wpadającym w ucho, balladowo-folkowym nastrojem. Końcówka ich występu w postaci Nancy Whisky była oczywiście bardziej energiczna.

Mechanicy Shanty - tradycyjnie bez zaskoczeń i tradycyjnie szał pod sceną podczas ich występu. Nie inaczej było zresztą w przypadku Banana Boat czy Zejmana & Garkumpla. Koncert zakończył występ Atlantydy, która wystąpiła we Wrocławiu po sześciu latach przerwy.

W piątek odpuściłem sobie wizytę w tawernie festiwalowej, czyli klubie „Łykend" - celem oszczędzania sił na trzydniowy maraton... W sobotę udałem się tam, przyczyniając się do wypełnienia klubu po brzegi. Było niemal jak co roku, tłum ludzi, gwar, dużo „luźniejsze" koncerty niektórych festiwalowych wykonawców... „Niemal" jednak robi różnicę. Nie było dymu papierosowego!

 

Nowe oJ taM zgarnia całą pulę

 

oJ taM - I miejsce
Fot. Michał Nowak

 

Brak nikotyny na pewno spodobał się konkursowiczom, którzy mogli wreszcie śpiewać w normalnych warunkach. W konkursie wystartowało 10 podmiotów wykonawczych, a oceniało jury w składzie: Agnieszka Krajewska (przewodnicząca), Paweł Aleksanderek, Wojciech Harmansa i Waldemar Mieczkowski.

Poziom rywalizacji był naprawdę niezły. Z dużą przyjemnością posłuchałem nie tylko nagrodzonych wykonawców. Jednak to, co pokazał nowy skład oJ taM (od pewnego czasu wzmocniony ex-Passatowcami Jolą Gacka - skrzypce i Jackiem Kądziołką - bas), wzbudziło u mnie podziw. Dwie pary skrzypiec to rzadko spotykana rzecz w jednym zespole, ale daje duże możliwości. W balladzie Byś przyjacielem zawsze był nie były one specjalnie wykorzystane (to raczej kameralny utwór, śpiewany jeszcze w duecie), ale już nowy kawałek autorstwa Justyny Rodasik - rewelacja! Folkowe brzmienie, żywy rytm, wpadająca w ucho melodia - oto recepta na przebój. Na jury też podziałało, oJ taM zdobyło I miejsce.

II miejsce dla Pomysłów Bez Przymusu, formacji powstałej z połączenia zespołów Pomysły Znalezione w Trawie oraz Bez Przymusu. Grają w sposób niezbyt kojarzący się ze sceną żeglarską (bardziej z piosenką turystyczną, studencką), ale jednak oryginalny (puzon!) i urozmaicony.

III miejsce dla Majtków Bosmana, którzy jak burza wdarli się na scenę szantową rok temu. Ostatnio zrobiło się o nich nieco ciszej, widać też, że wciąż poszukują własnej drogi twórczej. Tym razem zaprezentowali utwór Hej chłopaki z repertuaru Leje na Pokład oraz autorski Majtek na fregacie.

Poza podium też było sporo ciekawej muzyki, by wymienić tylko Shantażystów, ZKM czy Grupę Trzymającą Ster. Pojawili się debiutanci - grający z perkusją Tensor z Wrocławia czy prawie debiutanci (w konkursach, bo muzycy doświadczeni) - Zęzazygi z Opola. Były wreszcie trzy młode solistki: przybyła aż z Kanady Veronica Bielawski, dobrze już znana Nikola Warda i kolejna (po Dziewczynach z St. Johns, wyróżnionych w konkursie w 2008 r.), tym razem już była, uczennica Roberta Kolebuka (Pod Masztem) - Martyna Marek. Zaśpiewała Kołysankę dla żeglarza i premierowych Odkrywców, oba autorstwa Roberta. Ta druga piosenka przyniosła jej wyróżnienie.

 

Wisienka na torcie

 

Jubileusz Starych Dzwonów
Fot. Michał Nowak

 

Trudno inaczej nazwać koncert finałowy - benefis z okazji 30-lecia Starych Dzwonów. Pamiętać należy, że rocznica ta jest dość umowna - sami członkowie zespołu nie pamiętają dokładnie daty jego powstania (gdyby wierzyć „Encyklopedii żeglarstwa PWN", 30 lat mija za rok), a na pierwszej jego płycie (winylowej) nazwa ta... w ogóle się nie pojawia.

W Imparcie obok Dzwonów w różnych konfiguracjach, także i solo, pojawiło się wielu gości. Mirek Kowalewski zaśpiewał Nie idź wietrze spać i znowu pobawił się swym małym... instrumencikiem (ukulele!). Sławek Klupś z towarzyszeniem syna Wojtka i dwóch muzyków Atlantydy oprócz Zapachu lądu zaśpiewał unikat, piosenkę Skąd w morzu tyle soli jest. Waldemar Mieczkowski - Balladę o wszechżonie Sikorskiego.

Prym tego wieczora wiodły jednak „piosenki różne". Byli Beatlesi w polskiej wersji (Lat 63 - Stare Dzwony), także Jaromir Nohavica (Sarajewo - Arek Wlizło) oraz wiele innych utworów bynajmniej nie żeglarskich (Dumka na dwa serca - Andrzej Korycki i Dominika Żukowska). Rekord pobił jednak Grzegorz Tyszkiewicz, który zaprezentował wiązankę utworów opartych o akordy Kei, w tym Hit the Road Jack Raya Charlesa, Batumi Filipinek czy Cichą wodę Zbigniewa Kurtycza.

Podobnie jak na „Shanties" trudno było natomiast stwierdzić, co na scenie robił Patrick Lee, polskojęzyczny Amerykanin i przyjaciel Jerzego Porębskiego. Śpiewanie wychodzi mu raczej mizernie, sprawdza się co najwyżej w aspekcie towarzysko-humorystycznym.

W finale na jedną piosenkę pojawił się Marek Majewski. W ubiegłym roku zagrał z Dzwonami cały koncert, widać jednak, że chyba ten mariaż nie za bardzo się udał.

Koncert ten, mimo że prawie w ogóle nie szantowy, długimi momentami nie mający nic wspólnego z jakimkolwiek aspektem żeglarstwa, był jednak bardzo sympatycznym wydarzeniem. Nikt z publiczności na pewno nie żałował tych ponad trzech godzin spędzonych w Imparcie.

 

Jak było?

 

O tak dużej i różnorodnej imprezie trudno pisać używając jednoznacznych określeń. Udana, mniej udana, nieudana? A przecież tu każdy koncert był inny, inny był każdy element danego koncertu. Zapewne jednak większość słuchaczy mogła znaleźć we Wrocławiu coś dla siebie. Z całą pewnością też mogę stwierdzić, że festiwal trzyma pewien poziom. Pytanie tylko - czy nie mógłby być on wyższy?

Trzeba pamiętać, że organizacyjnie była to trudna edycja. Nowe miejsca, nowe warunki, podczas gdy koncerty w starej hali „docierały się" przez wiele lat prób, błędów i nowych doświadczeń.

Co na plus? Jak już wspomniałem - przede wszystkim Impart i dwa koncerty, które się w jego sali odbyły. Na uznanie zasługuje jak co roku promocja i „otoczka medialna" imprezy (choć warto by chyba zadbać bardziej o stronę internetową). Z pewnością wymaga to wielu starań i zabiegów. Warto wspomnieć o niezłym poziomie konkursu. Pokazać się we Wrocławiu, to nadal „jest coś" dla młodych zespołów. No i ceny karnetów - de facto wynoszące 75 zł (w tej cenie do nabycia jeszcze w dniu rozpoczęcia festiwalu). To dużo mniej niż w Krakowie i mniej niż rok temu. Sporo „eventów" w programie - dwa jubileusze dały okazję zobaczyć sporo nietypowych rzeczy na scenie.

Na minus - jednak hala IASE, mimo starań akustyków i widocznej poprawy w sobotę. Też brak koncertu folkowego. Dla mnie jednak największym minusem Wrocławia był w tym roku brak zaskoczeń. Pomijając „piosenki różne", okolicznościowe, jubileuszowe - „poważnych" premier i nowości było bardzo mało. To uwaga w stronę wykonawców, ale i organizatorów, którzy co roku zapraszają dość podobny skład. W zasadzie to bolączka całej polskiej sceny, także i to, że mnóstwo ciekawych wykonawców jest zapraszanych bardzo rzadko. Dla mnie osobiście Hambawenah, Pchnąć w Tę Łódź Jeża, Qftry, North Wind czy Smugglers należą do najciekawszych zespołów tej sceny, ale można by tu wymienić też np. Strefę Mocnych Wiatrów, bo skoro we Wrocławiu grywa ODN, to czemu nie SMW? A co z wykonawcami zagranicznymi? Reasumując, żałuję, że Szantom we Wrocławiu nie przyświeca podobna idea jak choćby Ethno Jazz Festival, innej imprezie organizowanej przez SWiK „Nasze Miasto Wrocław" - prezentowania ambitnych, ciekawych i inspirujących artystycznie zjawisk sceny polskiej i światowej.

Ogólnie jednak trzeba stwierdzić, że „impreza nadal istnieje i ma się dobrze". I całe szczęście, bo Wrocław bez dostępu do morza na co dzień wygląda zdecydowanie mniej kolorowo.

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 3:2, 25 luty 2011, wyświetlono: 4674 razy

Radoslaw Radziu Gaska

skąd: Wroclaw/Redhill / United Kingdom

wysłano: 11:41,25 luty 2011

uważam ' choć nie tylko ja' ze szanty wrocławskie schodzą na psy... może czas dinozaurów, zarówno wykonawców jak i organizatorów zdążył przeminąć i trzeba pomyśleć nad zmianami....
ale i tak było sympatycznie....
Odpowiedz na ten komentarz
Piotr Janik

wysłano: 12:25,8 marzec 2011

Udało mi się odwiedzić ten festiwal kilka lat temu i czytając powyższy reportaż wszystko wskazuje na to że do Wrocławia przyjeżdżają ciągle ci sami wykonawcy. Nie twierdzę, że są oni źli, ale schabowy tez sie potrafi przejeść.

Jeśli któregoś roku uda sie organizatorom zdobyć na wysiłek i pojawią się inni też fajni a nie wiem czy nawet nie fajniejsi - bo są tacy na rynku polskim - wykonawcy to może sie tam wybiorę i przeznaczę część moich dochodów z koncertów na karnet.

Szczur Lądowy

__________________
Piotr Janik SL
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI