Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Wspominając Szanta Clausa (II Szanta Claus Festiwal w Poznaniu, 7-9 grudnia 2007 r.)

Relacje

Nowy rok szantowy rozpoczął się na dobre wraz z zimową edycją festiwalu Port Pieśni Pracy, a już niedługo oczy fanów zwrócone będą na Kraków i Wrocław. Zanim zabrzmią pierwsze dźwięki w krakowskiej "Rotundzie" i wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, proponujemy

...

Nowy rok szantowy rozpoczął się na dobre wraz z zimową edycją festiwalu Port Pieśni Pracy, a już niedługo oczy fanów zwrócone będą na Kraków i Wrocław. Zanim zabrzmią pierwsze dźwięki w krakowskiej "Rotundzie" i wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, proponujemy wspomnienie z imprezy, która symbolicznie zamknęła rok 2007. Poznański Szanta Claus Festiwal, który odbył się już po raz drugi, bardzo szybko dołączył bowiem do grona znaczących imprez na szantowej mapie Polski.

 

* * *

 

Obiegowa opinia głosi, że sequele bywają najczęściej nieudaną kopią przedsięwzięć premierowych. Drugi Szanta Claus Festiwal miał odpowiedzieć na wiele pytań. Czy Wielkopolska, jedna z bardziej jałowych krain szantowej Polski, zasługuje na swój festiwal? Czy może sukces pierwszej edycji był tylko przypadkiem?

Trudności nie brakowało. Nowa główna scena festiwalowa, tradycyjnie mizerne zainteresowanie lokalnych mediów, wreszcie zupełnie niespodziewane problemy kadrowe Mohadicka, sztandarowej kapeli szantowego Poznania, nie nastrajały optymistycznie. A jednak się udało... i to jak!

 

Poetycko i tanecznie

 

Dwa równoległe koncerty inauguracyjne to pomysł nieczęsto spotykany. Podobnie jak szanty w... restauracji. Podziemia "Sphinxa" na Starym Rynku są jednak zupełnie przyjemnym, sprzyjającym kameralnym koncertom miejscem. Pub ZAK tym razem wybrali miłośnicy skocznych rytmów.

Flash Creep powitał nas ulotkami promującymi debiutancką płytę grupy (premiera - marzec 2008). A sam występ (jak zwykle) znakomity. Siła zespołu kryje się w harmonijnym połączeniu folku zza oceanu, piosenki poetyckiej (najczęściej Janusza Sikorskiego) oraz tradycyjnych szant i pieśni kubryku ("Ciągnij go Joe", "Cukier w ładowni"). Numerem jeden tego wieczoru był dla mnie "Zimny podmuch" - kapitalny utwór ze słowami Mariusza Bartosika.

Nie mogłem oczywiście zobaczyć co pokazał w tym samym czasie Sailor, ale widziałem ich niedługo przed festiwalem. Na odnotowanie zasługuje nie tylko sama reaktywacja grupy w nowym składzie i powrót do regularnego grania w poznańskich pubach, ale przede wszystkim spora liczba nowych utworów. Swoją drogą, rok temu chyba nikt nie przypuszczał, że na kolejnej edycji festiwalu wystąpi Sailor, a nie Mohadick...

 

Nagielbank kontratakuje, Lewiatan powraca

 

Sala Wielka mieszcząca się w Centrum Kultury "Zamek" w sobotnie przedpołudnie zapełniła się najmłodszymi fanami szant. I myli się ten, kto sądzi, że stało się tak za sprawą zespołu Zejman i Garkumpel. Maciej Olszewski, szef festiwalu, postanowił bowiem na premierowy koncert dziecięcy zaprosić cieszącą się w Poznaniu zadziwiającą popularnością (do tej pory - wśród dorosłych) grupę Johny Roger, ze skrzypkiem Januszem Piotrkowskim na czele. Dzieci bawiły się znakomicie, a część z nich została również na odbywającym się w południe konkursie.

Kolejny raz były to zmagania "regionalne", regulaminowo ograniczone do wykonawców z województwa wielkopolskiego i ościennych. Wprawdzie obszar to duży, ale brak
w nim tak żyznych żeglarsko ziem jak województwa śląskie czy mazowieckie... Ostatecznie do konkursu stanęły trzy zespoły i jeden solista. Za zaskakującą ubiegłoroczną porażkę udanie zrewanżował się Nagielbank, zgarniając pierwszą nagrodę. Wszystko wskazuje na to, że grupa ta powoli staje się konkursowym faworytem. Podobne ambicje zgłasza również reaktywowany po latach
Lewiatan
. Jury pod przewodnictwem Jerzego Rogackiego zwróciło uwagę na zachowanie przez zespół tradycyjnego stylu śpiewania szant, choć same utwory tradycyjne już nie były. Po trzech wyróżnieniach wreszcie "na pudle" znalazł się jeden z bardzo nielicznych ostatnio konkursowych solistów, Mieszko Osiewicz. Młode dziewczęta z zespołu Raki z Rakoniewic, podopieczne Marty Śliwy, są dopiero na początku "kariery estradowej", ale z Poznania wyjechały z Nagrodą Publiczności oraz pochwałą jury za układ choreograficzny.

Wyniki konkursu II Szanta Claus Festiwal:

I - Nagielbank (Zielona Góra)

II - Lewiatan (Police)

III - Mieszko Osiewicz (Poznań)

Nagroda publiczności - Raki (Rakoniewice)

 

Sala Wielka, wielki koncert

 

Nadeszła chwila, na którą czekali wszyscy. O 19:00 rozpoczął się koncert główny. W tym roku szantowym Mikołajem (kolejnym już - w zeszłym roku w "Szanta Clausa" wcielił się Grzegorz Tyszkiewicz) został Jerzy Ozaist, któremu "obowiązkowa" czerwona czapka spodobała

się tak bardzo, że występował w niej również podczas pokoncertowych śpiewów w tawernie festiwalowej.

Po ogłoszeniu wyników i występie zwycięzców sceną zawładnął zespół Pchnąć w Tę Łódź Jeża. Bezwzględnie najbardziej oryginalne zjawisko na naszej scenie szantowej od wielu, wielu lat. Poznańskim

występem zakończyli bardzo udany dla siebie rok. Jeże pokazały utwory zarówno dobrze już znane ("Wiatr", "Anna Bony", "Alvilda"), jak i nowsze ("Żagiel na Irtysz"). Była też kolejna premiera. "Norfolk Whalers", podobnie jak "Whalin' Wife", pochodzi z repertuaru Harry'ego Robertsona. Cóż tu dużo mówić, Jeże odkryły kolejną folkową perełkę.

Na tym nie koniec nowości i niespodzianek. Tuż przed rozpoczęciem głównego koncertu w kuluarach pojawili się Grzegorz Majewski i Marek Razowski. Dwaj członkowie-założyciele Pereł i Łotrów Shanghaju przybyli do Poznania z okazji premiery płyty "Szantypody".

Gdy ze sceny zeszły Jeże, a zaczęły "instalować się" Cztery Refy, Grzegorz z Markiem pojawili się na niej na kilka minut, przypominając się publiczności. Warto przypomnieć, że Marek na szantowych estradach gościł ostatnio prawie 10 lat temu. Grzegorz z kolei po opuszczeniu (rozwiązaniu?) Pereł pojawiał się jedynie na scenach zagranicznych w składzie Poles Apart (w dodatku tylko trzykrotnie). W Poznaniu zaśpiewali przebojową piosenkę "Wiejmy stąd", z którą wiąże się dość ciekawa historia. - Współtwórcami tej piosenki obok Marka Razowskiego były Klaudia Smolka z Kędzierzyna-Koźla (kiedyś Shanty Women) oraz Ewa Frieman, swego czasu bardzo aktywna działaczka szantowa związana chyba ze sceną radomską - opowiada Grzegorz Majewski. - Niestety z obiema paniami nie mamy żadnego kontaktu. Kulisy powstania tego utworu są takie, że kiedyś Maras pływając po Mazurach poznał obie dziewczyny i "skręcili" na szybko zespół szantowy, który wystąpił na festiwalu w Mikołajkach. Do występu przygotowywali się jedną noc, klejąc repertuar z tego, co każdy wymyślił. Jednym z numerów było "Wiejmy stąd", do którego tekst i muzyka powstały podczas tego właśnie wieczoru.

Cztery Refy widziałem w ubiegłym roku wielokrotnie. Jednak występ poznański z pewnością należał do najlepszych. "Mocne" było już rozpoczęcie - "Press-gang". Temperatura rosła przy dźwiękach "Śmiałego harpunnika". W tym momencie wydawało mi się, że zespół "
pociągnie" dalej koncert znanymi hitami, publiczność będzie szaleć pod sceną, ale specjalnie różnić się on od wielu innych, podobnych, nie będzie. A tu zaskoczenie. Rzadko wykonywana, przepiękna ballada wielorybnicza "I znów na Grenlandię". Dawno nie słyszałem też jednego z moich ulubionych utworów "refowych", "Dwudziesty trzeci marzec był". Klimaty "taneczne" powróciły, gdy mandolinę Tomka Morozowskiego przejął Wiktor Bartczak, a grupa zagrała długą wiązankę instrumentalną. Publiczność z lewej strony sali długo domagała się "Syreny", jej życzenie również zostało spełnione. A finał... był znów kompletnym zaskoczeniem.

Niewiele utworów żeglarskich jest w stanie wycisnąć ze mnie łzy. Jednym z nich jest właśnie "Zabierz nas na ląd". Dwanaście lat temu usłyszałem go po raz pierwszy. Na późniejszych kilkunastu koncertach Czterech Refów, które miałem przyjemność oglądać, nie był wykonywany. Nic dziwnego - rzadko udaje się wytworzyć odpowiedni klimat. W Poznaniu się udało. Zespół zszedł ze sceny żegnany burzą braw.

Zupełnie inny nastrój miała dalsza część koncertu. Klimat radosnej zabawy wytworzyły już pierwsze dźwięki muzyki zespołu Drake. Moim skromnym zdaniem częstochowską grupę wypada docenić przede wszystkim za dwie rzeczy. Udowodnienie, że utwory żywiołowe, nadające się do tańca wcale nie muszą kojarzyć się z muzyką niskich lotów, po wtóre zaś za parę autorskich piosenek, świetnie stylizowanych na tradycyjne. A i covery wypadają bardzo przyzwoicie, jak choćby "Wicher statek gna" (czyli "Run Runaway" znane z wykonania Great Big Sea, w Polsce również Orkiestry Dni Naszych). W Poznaniu gościnnie w tym utworze na skrzypcach zagrała Iza Puklewicz z Czterech Refów, trzynaście lat temu "bohaterka" głośnego transferu z grupy Sir Francis Drake ("pierwowzór" Drake'ów) właśnie.

Finał koncertu należał do Johny Rogera. Zespół Janusza Piotrkowskiego rzadko gości na festiwalach szantowych, dużo częściej gra w tawernach. Wykonuje przede wszystkim muzykę instrumentalną z kręgów anglosaskich. Trudno przypisywać grupie jakąś szczególną innowacyjność, ale też nie taki jest jej cel. Scharakteryzować go można bardzo prosto - przede wszystkim dobra zabawa. Muszę też przyznać, że mając do dyspozycji pełną godzinę Johny Roger zaprezentował się znacznie lepiej, niż w ubiegłorocznym konkursie, "rozkręcając się" z utworu na utwór.

 

Siła chłopa

 

After party w tawernie festiwalowej, czyli podziemiach restauracji "Sphinx" na Starym Rynku, rozpoczęło się sporym zamieszaniem. Ilość chętnych do wspólnego biesiadowania, jak również obejrzenia wykonawców w wersji "tawernianej" była bowiem znaczna. Sytuacja została jednak dość szybko opanowana i mogliśmy wysłuchać ponad trzygodzinnego koncertu. Pierwsza połowa - szanta klasyczna a cappella, druga - muzyka folk.

Na pierwszy w karierze występ "w knajpie" dał się namówić nawet zespół North Wind. Po czterech utworach szybka zmiana -

na scenie pozostali Jurek Ozaist i Wiktor Bartczak, a dołączyła do nich czwórka "Refów". To była już piorunująca dawka - przyznam, że chyba nigdy nie słyszałem tak długiego zestawu, składającego się wyłącznie z szant (w ścisłym tego słowa znaczeniu!). Wszak nawet "Kabestan", mimo iż polskiego (i to dość współczesnego) pochodzenia, znalazł już zastosowanie na pokładzie żaglowca... - Ich występ podczas koncertu głównego był porywający, jednak późniejszy set a cappella, który zaprezentowali już w tawernie, w części nieoficjalnej, spowodował, że nasze szczęki nie chciały dać się podnieść z podłogi... Nie wiem, ile trwał, ale jego potęga zostanie nam na długo w głowach i uszach... - zach
wycał się Bartosz Milewski z zespołu Lewiatan. - Przychylam się do zachwytów nad występem a cappella w wykonaniu Czterech Refów w knajpie festiwalowej w Poznaniu. To jest to, czego moja dusza widza pragnie najbardziej i czego baaardzo mi brakuje na dzisiejszych scenach szantowych... - dodała Kasia Kaniowska.

Entuzjastycznych opinii nie brakowało również po kolejnym tego wieczoru występie Drake. Niektórzy nawet skłonni byli twierdzić, że grając "na luzie" zespół wypadł jeszcze lepiej, niż na głównej estradzie festiwalowej. Zabawę zakończył Johny Roger, w finałowym "Pożegnaniu Liverpoolu" wsparty przez Zbyszka Zakrzewskiego.

 

Szanty w teatrze

 

North Wind z pewnością był objawieniem minionego roku. Rozpoczął go premierą debiutanckiej płyty, koncertował w różnych miejscach Polski (odbył również małe tournee po Anglii), śpiewał razem z Johnnym Collinsem i Jimem Mageeanem... Koncert poznański miał być swego rodzaju podsumowaniem pierwszego etapu działalności grupy.

Teatr Ósmego Dnia (działający od końca lat 60. legendarny teatr alternatywny) od lat jest znany również z organizowania na swej scenie bardzo interesujących spotkań z ludźmi kultury, sztuki, dziennikarzami, naukowcami. Od razu wydał mi się idealnym miejscem do zorganizowania na zakończenie festiwalu koncertu "innego" i wyjątkowego. Szef - Maciej Olszewski pomysł szybko zaakceptował (choć był to jeden jedyny raz, gdy zaprosił zespół, którego jeszcze nie widział "na żywo"!).

North Wind przygotował wiele niespodzianek. Wśród kilku nowszych utworów ("Młody marynarz", "Hog-Eye Man") znalazła się również absolutna premiera. "John Hamilton" był ponadto debiutem Wiktora Bartczaka w roli głównego wokalisty. Z muzyką świetnie współgrały archiwalne filmy kręcone na pokładach żaglowców.

Kolejną atrakcją byli goście specjalni. Wśród publiczności zasiadł Damian Leszczyński, niegdyś członek zespołu The King Stones, który święcił triumfy na scenach szantowych początków lat 90. ubiegłego wieku. Obecnie Damian, filozof, wykładowca uniwersytecki i publicysta, pisze również nowe teksty dla North Wind. Kolejny z muzyków nieistniejącej już formacji, Piotr Lasko (dudy bretońskie), wystąpił nawet krótko na scenie w duecie z Michałem Żakiem (bombarda, postać znana m.in. z grupy Lautari). - Po ciężkim biesiadowaniu do białego rana w "Sphinxie" warto było przyjść na ten koncert, wyciszyć się i uczestniczyć w tym niepowtarzalnym przedstawieniu - stwierdził Piotr "Żuraw" Sztuczka, barwna postać wśród poznańskich muzykujących fanów szant.

 

Wciąż na fali

 

Trudno oceniać imprezę, w której organizację było się osobiście zaangażowanym, choć w niewielkiej roli. Wydaje mi się jednak, że droga wybrana przez niestrudzonego szefa Macieja Olszewskiego jest ze wszech miar słuszna. Nie ma w Poznaniu szaleństwa polegającego na zapraszaniu ogromnej liczby zespołów, ale za to są dłuższe występy, możliwość pokazania pełniejszego wycinka repertuaru przez wykonawców. Koncerty są bardzo różne, od kameralnych po całkiem spore. Na drugą edycję zaproszono zupełnie inne zespoły, niż na pierwszą, podobnie będzie pewnie i za rok. Solidni sponsorzy dobrze wróżą przyszłości imprezy, którą zauważyły wreszcie również władze miasta, przyznając pewną sumę pieniędzy na organizację kolejnej edycji. "Poznańska solidność" jak zatem widać dotyczy także Szanta Claus Festiwal. Do zobaczenia za rok!

 

* * *

 

O festiwalu powiedzieli:

Katarzyna KANIOWSKA: Moje wrażenia w kilku zdaniach... Piszę tylko to, co zostanie mi na długo w pamięci. Publiczność: TA publiczność potrafi klaskać na 11/4!!! Organizacja: wzorowa. Tak powinno być na każdym festiwalu. Tzn. wszystko chodziło jak w zegarku, mimo iż organizatorzy nie rzucali się w oczy. Pomysł z autobusem do przewozu uczestników festiwalu autobusem pomiędzy zamkiem a tawerną - rewelacja. Nagłośnienie (zarówno sala koncertowa, jak i knajpa): bardzo dobre. Dobór zespołów: nie mnie oceniać:-)

Piotr LASKO: Każdy wyjazd do Poznania jest dla mnie wielką przyjemnością, bowiem mam okazję spotkać ludzi, z którymi mogę przeżywać fascynację kulturą bretońską. Poznań od wielu lat związany jest z Bretanią, przede wszystkim poprzez działalność Domu Bretanii. Dzięki temu powstało szerokie grono ludzi, którzy czynnie uczestniczą nie tylko w odbiorze, ale i czynnie promują kulturę Armoryki. Cieszy fakt, iż na polską scenę szantową powracają melodie i pieśni z tego regionu Francji, tak bardzo związanego z morzem, a jednak nadal nieznane szerokiej publiczności w Polsce. Jestem pod wrażeniem stylowo wykonanych pieśni podczas koncertu North Wind. Niebywałym atutem było miejsce koncertu (tu wielki ukłon w stronę organizatorów), które determinowało publiczność do odbioru w skupieniu tego, co zespół prezentował na scenie. Mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję przeżyć podobny koncert w przyszłości.

Dla mnie festiwal był bardzo osobistym przeżyciem, po wielu latach miałem okazję spotkać Damiana Leszczyńskiego, z którym współtworzyliśmy zespół The King Stones. Powróciło wiele wspomnień, było wiele radości i śmiechu. Koncert North Wind dostarczył mi wielu wrażeń (i nowych znajomości), a krótki występ z Michałem Żakiem wiele przyjemności.

Dziękuję wszystkim za chwile spędzone razem i za stworzenie niezapomnianej atmosfery.

Grzegorz MAJEWSKI: Jeszcze raz dziękujemy za zaproszenie i miłe przyjęcie, zarówno na scenie, jak i w kuluarach. Jest w śpiewaniu szant coś magicznego, czego już dawno nie czuliśmy. Muszę przyznać, że i ja i Maras mieliśmy gigantyczną tremę przed wejściem na scenę. Kiedy Jurek Ozaist zapowiedział nas, już nie było odwrotu i... obudziło się w nas alter ego, którego dawno już nie mieliśmy:-) Szkoda, że za nami już czekały Refy, bo byśmy sobie jeszcze pośpiewali z poznańską publicznością. Mam nadzieję, że ten krótki przerywnik w naszym wykonaniu spodobał się, zresztą po naszym występie kilka osób zdecydowało się na zakup naszej nowej płyty. Ale będą zaskoczeni:-) Bardzo się cieszymy, że mogliśmy wziąć udział w festiwalu i w after party. Mieliśmy nadzieję na trochę inną formułę tego after party, bo chcieliśmy sobie trochę pogaworzyć z dawno niewidzianymi znajomymi, a tu nie sposób się było ruszyć od stolika:-) Nie ma tego złego jednak, co by na dobre nie wyszło. Wrażenie zrobiły klasyczne szanty w wykonaniach North Wind i Czterech Refów. Siła chłopa, wściekłość i gniew w głosach, decybel jak trzeba!!! O mało co nie dostałem choroby morskiej:-)))) Z przyjemnością przyjedziemy w przyszłym roku:-)

Jerzy ROGACKI: Jestem pod wrażeniem znakomitej organizacji imprezy. Gratulacje dla Maćka O. i całego teamu. Nie zauważyłem spraw "nie do załatwienia". Organizatorzy odpowiedzialni za "swoje działki" pojawiali się wtedy, kiedy było to potrzebne, zawsze kompetentni i z uśmiechem rozwiązujący bieżące problemy. Zdaję sobie sprawę, że opanowanie układu z takim gigantem jak "Zamek", który rządzi się pewnie swoimi prawami, nie było proste. Uważam, że organizatorzy innych festiwali, w tym niektórych bardzo znanych, mogliby sie wiele nauczyć. Oby w przyszłości się to nie zmieniło. Myślę, że medialnie też było nieźle. Frekwencja rewelacyjna: ok. 200 osób na koncercie dla dzieci i pełna sala wieczorem (plus jeszcze teatr w niedzielę!) - to duży sukces. Publiczność doskonała, znakomicie reagująca, wręcz spragniona tej imprezy. Było czuć, że rzadko w Poznaniu się coś takiego dzieje i że są duże szanse, żeby działo się jeszcze więcej. Dobrze, że nie postawiono wyłącznie na młodzież. Akustyka sali z założenia rewelacyjna, a inżynierowie dźwięku wiedzieli, o co chodzi i jak rzadko gdzie potrafili z tego skorzystać. Myślę, że nikt nie narzekał na akustyków, no może oprócz kilku starszych ludzi, którzy mówili, że jest za głośno.

 Konkurs na pewno nie był najmocniejszą stroną imprezy, ale spełnił swoja rolę i przeprowadzony był sprawnie. Trudno było oceniać i porównywać nieporównywalne podmioty, w sumie wyszedł jakiś, mam nadzieję, rozsądny kompromis. Imprezy towarzyszące, after party itp. - jak najbardziej udane i jak najbardziej wskazane. Coraz rzadziej spotyka sie imprezy, gdzie kultywowana jest integracyjna rola festiwalu. Ideałem byłoby, żeby wszyscy (lub prawie wszyscy) mogli przyjechać dzień wcześniej i zostać do końca. Wiadomo jednak, że na to ani organizatorzy, ani większość wykonawców nie może sobie pozwolić. Doboru wykonawców nie wypada mi oceniać z wiadomych względów, mogę tylko jednak powtórzyć to, co mówię od lat, że jakość ze strony sceny (układ programu, wykonawcy, nagłośnienie... itp.) kształtuje jakość publiki i może powoli, ale skutecznie powodować także pozytywne zmiany ilościowe. Oby Poznań był jak najdłużej "na fali". Ma szansę pozostać jedną z najlepiej zorganizowanych imprez. Tak trzymać!!!

 

Oglądaj także: fotorelacja Tomka Golińskiego

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Tomasz GOLIŃSKI (z wyj. fot. 3 - archiwum Pubu ZAK)

 

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 2:11, 18 luty 2008, wyświetlono: 1486 razy

Czarownica

wysłano: 7:12,18 luty 2008

Michale, litości. Od 4 lat Shanties nie odbywa się w Koronie. Najpierw koncerty, które były w Koronie zostały przeniesione do TS Wisła, a juz rok temu wszystkie koncerty odbywały się wyłącznie w Rotundzie.
Odpowiedz na ten komentarz
Mila - Lewiatan

wysłano: 7:59,18 luty 2008

Michale, co do organizacji samej imprezy, to jeden kamyczek do ogródka, choć nieduży - daleko było do akademika na Winogradach, ale przynajmniej dłuższy spacerek z tawerny na Rynku trochę nas "doprowadził do względnego porządku" hihihi ;))) Wszystko inne było niemalże perfekcyjne - byliśmy bardzo miło zaskoczeni. Jeśli chodzi o występ Refów, to powtórzę jeszcze raz - koncert w tawernie to chyba najprawdziwszy, najlepszy występ SZANTOWY, jaki było mi dane kiedykolwiek oglądać i słuchać na żywo... Wrócimy do Was w tym roku! Pozzz...
Odpowiedz na ten komentarz
mn

wysłano: 8:46,18 luty 2008

Heh... oczywista oczywistość, już poprawiam :) Oczywiście myślałem o "Rotundzie"... Nie wiem, skąd ten błąd. Dzięki za zwrócenie uwagi!
Odpowiedz na ten komentarz
Wiktor__

wysłano: 9:20,18 luty 2008

o ile dobrze pamiętam zespól Drake to wcześniej Sir Francis Drake.
Odpowiedz na ten komentarz
mn

wysłano: 9:27,18 luty 2008

...ostatni raz coś wrzucam o tak nieludzkiej porze ;) Tym razem skojarzenie z płytą...
Odpowiedz na ten komentarz
śliwka

wysłano: 14:16,19 luty 2008

Michałku wreszccie spłodziłeś relację;))) nie jestem pewna czy skłoniło Cię poczucie obowiązku, czy też wpisy na forum. Tym nie mniej doczekaliśmy się tekstu, którego czepiać się ni jak nie będę wypełniona radością z jego istnienia.
Odpowiedz na ten komentarz
Bryzgal

wysłano: 11:9,26 luty 2008

"(...)wreszcie zupełnie niespodziewany rozpad Mohadicka, sztandarowej kapeli szantowego Poznania..." Michałku niestety zabrakło w Twojej wypowiedzi na temat Mohadick-a kilku wyjaśnień. Wieści niosą ,że Mohadick pływa nadal po poznańskich oceanach. Warto by spytać członków zespołu lub odwiedzić oficjalną stronę zespołu www.mohadick.pl zanim wszem i wobec uśmiercisz kapele. pozdrawiam
Odpowiedz na ten komentarz
M. Nowak

wysłano: 11:51,26 luty 2008

Masz rację - sformułowanie jest niejednoznaczne i może wprowadzać w błąd. Poprawiłem je już. Miałem na myśli coś innego: Mohadick taki, jaki był - rozpadł się. Odejście 3 członków, chwilowe zawieszenie działalności koncertowej... ale oczywiście "rozpad" sugeruje definitywne zakończenie działalności, co nie ma miejsca. Wprawdzie zespół przez ostatnie 4 miesiące nie pokazywał się, ale po ogłoszeniu nazwisk nowego wokalisty (Maciej Szulc) i skrzypaczki (Karolina Knast) liczę na powrót do "fali", na jakiej zespół znajdował się cały ubiegły rok.
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI