Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Wspomnienie o Johnnym Collinsie

Felietony

Dopiero w tym roku pojawiła się możliwość kolejnego spotkania i posłuchania Johnny'ego Collinsa w Sopocie. W serii imprez towarzyszących IV Akademickiej Giełdzie Piosenki Żeglarskiej "Szanty 2009" 2 lipca b.r. odbył się koncert na scenie posadowionej przy samym molo w Sopocie. Na ten

...

Dopiero w tym roku pojawiła się możliwość kolejnego spotkania i posłuchania Johnny'ego Collinsa w Sopocie. W serii imprez towarzyszących IV Akademickiej Giełdzie Piosenki Żeglarskiej "Szanty 2009" 2 lipca b.r. odbył się koncert na scenie posadowionej przy samym molo w Sopocie. Na ten koncert specjalnie "urwałam się" ze swojej budowy i urlopu, ale wiadomość o koncercie trzech szantymenów zdziałała swoje. W piękny, słoneczny dzień, pośród masy urlopowiczów, turystów znalazłam się na widowni, podobnie jak wielu znajomych poznanych na Forum Szantymaniaka.

 

Scena usytuowana frontem w kierunku morza, aby głosy mogły "wypłynąć" na szerokie wody. Miałam jakieś takie nastawienie, że koniecznie muszę być na tym koncercie, bo ci prawdziwi Szantymeni już nie są coraz młodsi i trzeba jak najwięcej zapamiętać, zatrzymać. Nie wiedziałam wtedy jak prorocze były to myśli...

 

Tym razem na scenie pojawili się we trójkę: Johnny Collins, Pat Sheridan i Jim Mageean. Każdy z nich inny, choć śpiewali razem i tworzyli niesamowite trio, to każdy pozostał sobą. Jim Mageean chętnie opowiadający o następnym utworze czy morskich doświadczeniach dla zobrazowania o czym będą śpiewać, nadający tonację. Pat Sheridan bardzo pogodny, zachęcający mimiką i gestami publiczność do wspólnego śpiewania, z bardzo wyrazistą mową ciała, podtupujący sobie i chętny do tańca. Między nimi Johnny Collins, spokojny, skupiony, z głosem, o którym napisałam w pierwszej części wspomnień (www.szanty24.pl). Wtedy zauważyłam, że nie był tak silny. Być może była to także różnica w moim odbiorze koncertu plenerowego w porównaniu z występem w sali koncertowej.

 

Gdy zobaczyłam Go w Sopocie, z jednej strony się ucieszyłam, z drugiej - dostrzegłam w nim zmianę. W porównaniu do tego co pamiętałam z Kielc, wyglądał gorzej, zmęczony, nieco wycofany, dawał więcej pola kolegom, choć głosu nie żałował. Zmartwiłam się tym, przez myśl przeszło mi tylko "dobrze, że tu jestem, przecież nie są coraz młodsi...". Podczas ich koncertu i kilku wejść na scenę starałam się chłonąć ile się dało z ich wykonawczego kunsztu. Towarzyszyła mi także satysfakcjonująca świadomość, że to właśnie jest takie miejsce, gdzie w bezpośredniej bliskości morza jest najlepiej słuchać tej muzyki. Poza zgromadzonymi tam specjalnie z powodu tych występów fanami szant, chętnie zatrzymywali się spacerowicze i kuracjusze, których nie brakowało w tych dniach (przecież od 2 do 5 lipca 2009 roku odbywała się w Gdyni wielka impreza - zlot żaglowców The Tall Ships' Races 2009, no i w końcu sam środek sezonu).

 

W przerwie szantymeni odpoczywali przy stoliku w kawiarni na powietrzu. Postanowiłam zebrać ich autografy do swojego Moleskina. Wcześniej zaczepiłam Pata Sheridana i on chętnie się podpisał, ale zależało mi na autografie Johnny'ego... Kolega przedstawiając mnie zażartował sobie i powiedział Johnny'emu, że boję się rozmawiać po angielsku. Wtedy z uśmiechem powiedziałam jak miło mi go ponownie spotkać tutaj w Sopocie, a on z uśmiechem odpowiedział kilka słów zapisując karteczkę w moim notesie piórem - zdziwiony, że używam pióra. Bardzo chętnie dopisał się także Jim Mageean. Podziękowałam i odeszłam zadowolona oglądać dalszą część koncertu.

 

Pozostałam do wieczora. Koncert, spotkanie szantowych przyjaciół i wykonawców był bardzo udany. Wtedy z zagranicznymi gośćmi wystąpiło wielu innych wykonawców, że wymienię tylko Krzysztofa Malinowskiego, który przybył aż zza oceanu, zespoły: Brasy, które zaprezentowały się wspólnie z Patem Sheridanem, promując swoją nową płytę "Rolling Home", Betty Blue i wielu innych.

 

Wróciłam na swoją działkę budować dom, nie przeczuwałam tego co się stanie. W tym czasie byłam odcięta "od cywilizacji" i o nagłej śmierci Collinsa dowiedziałam się, gdy zadzwoniłam do Władka Całki. Nie mogłam uwierzyć w tragiczne wieści.

 

Pozostał mi autograf i życzenia, które nakreślił dla mnie w notesie. Szkoda tylko, że "very best wishes" nie zadziałało dla niego samego, choć pewnie dzieje mu się dobrze gdzieś tam...

 

Do końca robił to, co było dla niego najważniejsze i najbardziej słuszne, co kochał.

 

Violetta Daniela Pastwa

Gdańsk sierpień 2009,

 

_____

Foto: Barbara "Mrufa" Ciechanowska zdjęcie "Trzech Szantymenów"

Informację wprowadził(a): Daniela Pastwa - godz. 9:35, 5 listopad 2009, wyświetlono: 3873 razy

Daniela

wysłano: 11:0,5 listopad 2009

Dodam tylko, że zdjęcie z koncertu w Sopocie jest autorstwa Barbary Ciechanowskiej "Mrufy". Basiu - dziękuję!
Odpowiedz na ten komentarz
mrufa

wysłano: 11:16,5 listopad 2009

Daniela, dzięki za sprostowanie. A co do zdjęcia, to nie ma sprawy i polecam się na przyszłość ;-)
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI