Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Z Pisza do Nowego Duninowa - śródlądzie bez tajemnic

Reportaże z wypraw żeglarskich

  

...Jest czwartek, 4 września, nieco przed południem, 67. kilometr Narwi, licząc od ujścia Pisy w Nowogrodzie. Leje jak z cebra, ubrani w pełne sztormiaki dzielimy się

...
  

...Jest czwartek, 4 września, nieco przed południem, 67. kilometr Narwi, licząc od ujścia Pisy w Nowogrodzie. Leje jak z cebra, ubrani w pełne sztormiaki dzielimy się obowiązkami. Ja (Xawer) steruję, Adam (Miszczu) robi za echosondę sprawdzając głębokość pagajem i wypatruje przez lornetkę bojek i tyczek, rozróżniając strony szlaku żeglownego, Artur (Boru) sterczy na dziobie ,klasyfikuje przeszkody podwodne, szukając spiętrzeń na powierzchni wody. Wiejący wiatr powoduje szkwały, które kamuflują podwodne niespodzianki. Od czasu do czasu słychać: "...Xawer, ster lewo, ale szybko...". W końcu robi się tak płytko, że Boru nie nadąża z krzykiem i wymachuje rękami, raz w lewo, znów w prawo. Mnie pozostaje tylko obserwacja jego sylwetki i energiczne interwencje rumplem. Nagle Boru melduje: "Spiętrzenia na całej szerokości koryta rzeki!", co nie oznacza nic innego jak kupę kamieni tuż pod taflą wody. Wypatruję jakiegoś przesmyku między spiętrzeniami, nie znajduję, myślę sobie: "I tak musimy przez to przebrnąć". Silnik na najniższych obrotach, po chwili wrzucam bieg wsteczny, jednak nawet on jest bezradny w obliczu wartkiego prądu Narwi. Nasłuchujemy... szorujemy i nagle... łuuup, aż czajnik podskoczył na kuchence... Udało się, przeszliśmy pas kamieni, nasz dzielny  "Fart" po raz kolejny udowodnił, że jest w stanie dowieźć nas do celu, mimo tak niskiego stanu wód...


Żeglowanie po Wielkich Jeziorach Mazurskich nie jest niczym szczególnym, spotyka się tam rzesze kolegów z braci żeglarskiej, którzy przemierzają szlak z północy na południe i z powrotem. My także mieliśmy okazję pożeglować szlakiem Mamr, Kisajna, Niegocina, Jagodna, Mikołajskiego i Śniardw Makiem 707 "Fart" - naszą harcerską jednostką ze Szkutni Żeglarskiej w Pabianicach. Po dwóch tygodniach czarteru w drugiej połowie sierpnia, pożegnaliśmy starych znajomych z "Gejszy", "Mojego Wicusia", "Mojej Mańci" oraz "Peggy" i zdecydowaliśmy się na nietypowy skok - z Piszu nad Zalew Włocławski, szlakiem Pisy, Narwi, Zalewu Zegrzyńskiego i Wisły. Zaoszczędziło to kosztów transportu jachtu, a także dostarczyło nam niesamowitych wrażeń. Wiedzieliśmy, że będzie ciężko, ale taka okazja mogła się już nie powtórzyć. W Piszu wyokrętowaliśmy ostatnie dwie koleżanki - Anię i Agnieszkę oraz zakupiliśmy niezbędny prowiant, paliwo i potrzebne mapy.

Poniedziałek,1. września. Z położonym masztem, w trójkę, wpływamy na rzekę Pisę. Przed nami 80 kilometrów do ujścia rzeki do Narwi. Bez miecza mamy 45 cm zanurzenia, to sporo. Mijamy Pisz, wokół nas rozpościerają się lasy Puszczy Piskiej, łąki, gdzieniegdzie pastwiska, żadnych zabudowań, wsi i osad. Żegluga tą rzeką to istny tor rajdowy, trzeba stale uważać na zakrętach, by nie zaryć topem położonego masztu w skarpę lub nie złowić jakiejś gałęzi. Nasz 5-konny Tohatsu bezproblemowo pokonuje coraz to nowe zakole. Trzymamy się zewnętrznych brzegów, pod stromymi brzegami, gdzie jest głębiej, omijając wewnętrzne przykosy. Najbardziej niebezpiecznie jest podczas wyjścia z zakola, kiedy rufę bardzo zarzuca, wtedy trzeba się troszkę pogimnastykować z silnikiem. Przez 4 godziny robimy 22 kilometry, parę minut przed 20.00 znajdujemy przytulne, choć dzikie miejsce na cumowanie, gdzie spędzamy noc.

BILANS: godzin: 4, kilometrów: 22, mielizn: 0


Nazajutrz wstajemy wcześnie, bo o 6:30, tego dnia chcemy mieć dobry przebieg. Pada cały czas. Pisa poszerza się nieznacznie, mijamy kilka drewnianych mostów, coraz więcej elementów krajobrazu świadczących o cywilizacji, z nudów ryczymy na krowy, które pasą się w pobliżu. Boru podaje cieplutką kawę z mlekiem, która ogrzewa także nasze dłonie. Silnik nie zawodzi, czasem trzeba popłynąć tylko z prądem i zatankować. Po południu dwie mielizny, na szczęście piaszczyste, Miszczu wchodzi do wody, pomagamy pagajami i silnikiem. Wokół mnóstwo powalonych drzew - żniwo zeszłorocznego huraganu, obserwujemy dziką przyrodę, jastrzębie, czaple i bobry. Kilka kilometrów przed ujściem w Nowogrodzie, Pisa niebezpiecznie się zwęża, co owocuje silniejszym prądem. Prujemy niewyobrażalnie szybko, silnik cała wstecz, nie pomaga. Nagle stajemy w poprzek rzeki, obraca nas, Adam znowu w wodzie, wciąż pada. W końcu udaje się, lecz nie cieszymy się zbyt długo. Narew wita nas kolejną mielizną, tym razem piaszczystą. Obserwujemy dno, już za chwilę zrobi się głębiej. Prąd jest tak silny, że mamy trudności z dobiciem do nabrzeża w Nowogrodzie. Miszczu o mało co nie zgubił kotwicy, w rezultacie udaje się wybrnąć z kłopotów. Uzupełniamy kanistry, pozdrawiamy harcerzy z Oriona i Omegi i ruszamy w dalszą drogę. Problemy z odejściem, chłopaki rwą kotwicę, a ta ani drgnie. Mieli razem chyba 6 KM, a mnie się pomyliły biegi. Ubaw był po pachy. Most w Nowogrodzie za nami, zapada zmierzch, szukamy miejsca na nocleg. Nagle stoimy... na kamieniach, chwila zwątpienia, ale nie dajemy za wygraną. Nie mija 20 minut, a stoimy już przycumowani do wschodniego brzegu Narwi, gramy w kości i sączymy piwko.

BILANS: godzin: 11, kilometrów: 60, mielizn: 4


Środa, 3. września. Wyruszamy dopiero po 9:00, bo poranne mgły uniemożliwiają obserwację przeszkód podwodnych. Na dzień dobry, zaraz po odejściu od nabrzeża, walimy w kamulce. Wreszcie jest słonecznie, suszymy ubrania po wczorajszej ulewie i napełnieni nadzieją brniemy do przodu. Na najniższych obrotach, bo co chwila mielizny. Narew urzeka nas swoją powierzchnią i linią brzegową, dookoła zieleń, na niebie pojawiły się cumulusy. Odcinek do Ostrołęki to droga przez mękę, co chwila stoimy mimo bacznej obserwacji szlaku i podwodnych przeszkód. Każdy skupiony na swojej roli, chłopaki zmieniają się na dziobie. Mijamy znów harcerzy, chyba tylko oni są tacy szaleni, że porywają się na spływ po suszach. Ich DZ-ta stoi na środku rzeki z urwanym fałem miecza. Mijamy elektrociepłownię, w Ostrołęce uzupełniamy zapasy. Od tej pory grzejemy równo, nawet do 10 km/h. Za nami jeden z najgorszych odcinków Narwi. Pozdrawiamy nabrzeżnych wędkarzy, mijamy dwóch paralotniarzy. Na postój obieramy zewnętrzny brzeg zakola. I znów partyjka w tysiąca i piwko.

BILANS: godzin: 9, kilometrów: 47, mielizn: 7


Czwartek. Odbijamy o 07:20, pogoda w kratkę, lecz z przewagą deszczu. Narew łaskawsza, chociaż bardziej kamienista. Znów dzielimy się obowiązkami, tym razem Boru, zamiast funkcji obserwatora przeszkód podwodnych, zostaje kukiem i bosmanem, robi nam wykwintne kanapeczki i naprawia achterluk, a nawet czyta nam o nazistach. Odcinek za Ostrołęką okazał się zdradliwy, nadal jest płytko. Rano obieramy sobie cel: dziś musimy zacumować w Pułtusku! Udaje się, tuż przed zmrokiem wpływamy do maleńkiego baseniku portowego, gdzie oprócz nas stoją jeszcze jakieś imitacje weneckich gondoli. Uzupełniamy paliwo, wodę i jedzenie.

BILANS: godzin: 11, kilometrów: 70, mielizn: 6


Wczesnym rankiem odpalamy katarynę, mijamy most w Pułtusku i płyniemy do upragnionego Zalewu Zegrzyńskiego, gdzie w końcu będzie można postawić żagle. Jedziemy równo 10 km/h na półobrotach. Narew coraz bardziej uregulowana. Oczom naszym ukazuje się most w Serocku, tuż za nim stawiamy maszt, a potem ukochane żagle. Tohatsu odpoczywa. Żeglujemy wodami Zalewu w umiarkowanym fordewindzie, po lewej mijamy dopływ Bugu. Pozdrawiamy okolicznych żeglarzy.Cumujemy na chwilę w Zegrzu, kotwica po nieudanej próbie w końcu złapała, Miszczu wyławia oponę... .Przed nami 17 km Kanału Żerańskiego. Gonią nas burzowe chmury, które w rezultacie osiągają naszą prędkość. Płyniemy w strugach deszczu. W pewnym momencie zakwit glonów jest tak duży, że uniemożliwia pracę silnika. Pomagamy pagajami, co 200 metrów trzeba czyścić śrubę. Szlak prawie nieżeglowny, widać, że nikt tędy dawno nie płynął. Wokół pełno śmieci, butelek, a nawet czyjeś buty. Mozolnie posuwamy się do przodu. Po trzech godzinach ukazuje się nam Pałac Kultury i okoliczne warszawskie drapacze chmur. Jeszcze tylko śluza w Żeraniu i wreszcie Wisła. Policja ostrzega: "Poziom na Wiśle: 76 cm, czytajcie wodę chłopaki..." Autentycznie w ogromnej śluzie spadamy kilka metrów w dół, przed nami królowa polskich rzek. Żegnamy stolicę i udajemy się w stronę Płocka. Zaraz po wyjściu na Wisłę kamienie, które zakamuflował kilwater przepływającej barki, trzeba było jednak posłuchać meldunku Artura. Jesteśmy oburzeni stanem czystości, a właściwie nieczystości Wisły. Na 10 kilometrach naliczyliśmy 20 podpasek, pomidory, papiery toaletowe i plamy oleju. Zwalniamy Artura z obserwacji dna, bo nic nie widać. Za echosondę służy pagaj. Jeszcze tego samego dnia zaliczamy trzy mielizny. Adam schodzi do wody, szuka głębszych miejsc, woda po kostki, a on nie widzi swoich stóp; dobrze że mu nie odpadły. Stoimy w poprzek rzeki, nad nami krąży jakiś sportowy samolot. Nocujemy na skarpie.

BILANS: godzin: 11, kilometrów: 62, mielizn: 3


Sobota, 6. września. Odejście ciężkie, bo przeszkadza prąd. Chłopaki mocują się z cumami. Ja zostaję na pokładzie z silnikiem i kotwicą. Nagle nie mogą utrzymać, puszczają cumy. W ostatnim momencie udaje mi się wyluzować linę kotwiczną i dobić do brzegu. Wskoczyli, odchodzimy. Upał doskwiera, brak wiatru jest w tym wypadku naszym sprzymierzeńcem, gdyż można spokojnie "czytać" wodę. Wisła nadal brudna, zza zakola wyłania się most - to Nowy Dwór Mazowiecki. Z daleka dostrzegamy ruiny neorenesansowego spichlerza. Przenosimy się w czasie i spotykamy obładowane zbożem łodzie wiosłowo-żaglowe płynące do Gdańska. Mijają kolejne godziny, podziwiamy widoczne z daleka dwie wieże salezjańskiego klasztoru w Czerwińsku. Pokonujemy następne 10 kilometrów, oglądamy się za siebie i wciąż je widać. Przed nami Wyszogród z najdłuższym przed 1997 rokiem mostem drewnianym w Europie. Wystawało raptem 20 metrów z brzegu. Cumujemy, uzupełniamy zapasy i znów w drogę. Przepływamy pod kolejnym nowoczesnym mostem, mijamy ujście Bzury. Na noc upatrujemy sobie malowniczą piaszczysto-lesistą wyspę. Wieczorem standardowo partyjka w pokera i piwko.

BILANS: godzin: 11, kilometrów: 69, mielizn: 6


Niedziela przywitała nas słońcem i w miarę żeglowną rzeką, chociaż były miejsca gdzie boje oznaczające strony szlaku sterczały dosłownie na lądzie. W miarę jak zbliżaliśmy się do Płocka, mogliśmy pozwolić sobie na szybszą żeglugę. Most w Płocku zrobił na nas wrażenie, między ostatnimi przęsłami był tak wysoki prześwit, że można było spokojnie przepłynąć na żaglach. My jednak maszt postawiliśmy dopiero za mostem na wodach Zalewu Włocławskiego. Znów powiało z rufy i na motylka pożeglowaliśmy na północny  zachód. Wiała typowa "czwóreczka".

O15:00 osiągamy Ośrodek Żeglarski Pabianickiego Klubu Sportów Wodnych w Nowym Duninowie. Rozpoznajemy znajome łajby, jeszcze tylko kotwica, cuma i klar na łodzi. Udało się, choć czasami bywało ryzykownie. 

BILANS: godzin: 7, kilometrów: 35, mielizn: 0 


Po sześciu dniach żeglugi w różnych warunkach, po różnych wodach, lecz wciąż w tych samych nastrojach pokonaliśmy 365 km wartkiej i krętej Pisy, szerszej, lecz płytszej Narwi i nieludzko zanieczyszczonej Wisły, wchodząc i schodząc z 26 mielizn, rysując kadłub o niezliczoną ilość kamieni, spalając 50 litrów benzyny. Ten  krótki przebieg śródlądowy nauczył nas pokory względem żywiołu, odpowiedzialności, a także pozwolił przeżyć niezapomnianą przygodę, która na długo pozostanie w naszych żeglarskich wspomnieniach.


--

Autor: Ksawery Kuligowski, sternik jachtowy, były członek Harcerskiej Szkutni Żeglarskiej w Pabianicach, obecnie mieszkający w Gdańsku.

Informację wprowadził(a): Joanna "Makenzen" Morawska - godz. 11:37, 22 sierpień 2009, wyświetlono: 297 razy

Hatonn

wysłano: 18:15,22 sierpień 2009

się pisze :) Ex-Piszanin
Odpowiedz na ten komentarz
Trzeci

wysłano: 12:11,3 wrzesień 2009

Dawno nie spływałem z Mazur, ale przy tej relacji droga stoi przed oczami jak żywa. Bardzo dziękuję
Odpowiedz na ten komentarz
Musica

wysłano: 19:52,7 październik 2009

To prawda - relacja jest wspaniała. Ma tempo i rewelacyjnie opisuje przebieg akcji. Ma się wrażenie, jakby człowiek sam w tym uczestniczył. Cudna wyprawa, świetny opis, wspaniali ludzie :) Gratulacje dla uczestników wyprawy i relacjonujących!! Dziękuję i pozdrawiam Musica
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI