Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Artykuły

Zabrzmiała pieśń, żeglarska pieśń (XXIV "Kubryk" w Łodzi, 17 maja 2008 r.)

Relacje

Niewątpliwie sobota 17 maja należała do najbardziej szantowych dni w tym roku. W Margoninie wystartowała zupełnie nowa plenerowa impreza - "Piknik Szanty". W Poznaniu miejscowi fani bawili się na otwierającym sezon żeglarski koncercie nad Jeziorem Kierskim. Natomiast w Łodzi już po raz

...

Niewątpliwie sobota 17 maja należała do najbardziej szantowych dni w tym roku. W Margoninie wystartowała zupełnie nowa plenerowa impreza - "Piknik Szanty". W Poznaniu miejscowi fani bawili się na otwierającym sezon żeglarski koncercie nad Jeziorem Kierskim. Natomiast w Łodzi już po raz 24. odbył się jeden z najciekawszych i najbardziej klimatycznych festiwali szantowych w Polsce - "Kubryk".

Ostatnie edycje dowodzonej przez Jerzego Rogackiego imprezy wprawdzie nie zaskakiwały rozmachem, ale nie brakowało na nich wydarzeń bardzo ważnych. Występy Sąsiadów (z "Johnny I Hardly Knew Ya" jeszcze przed pamiętnym "Shanties"), Pchnąć w Tę Łódź Jeża, North Cape (jeden z bardzo niewielu w ostatnich latach) na pewno wielu zapadły w pamięć, a przecież pokazywali się tu także niejednokrotnie Perły i Łotry, Banana Boat, Bukanierzy, gwiazdy zagraniczne (Ian Woods, Graham Metcalfe), nie wspominając o gospodarzach - Czterech Refach. Dla fanów tego ostatniego zespołu "Kubryk" to prawdziwe święto.

 

Tylko jeden dzień, mój brachu...

 

W tym roku niestety festiwal został okrojony do jednego dnia. Problemów finansowych nie ubywa, sponsorów nie przybywa, a władze miasta z łódką w herbie tradycyjnie wykazują się niezrozumiałą obojętnością. Tym niemniej impreza trwa - a przecież życie pokazuje, że upaść może nawet wielki, popularny i "odwieczny" festiwal szantowy ("Tratwa", "Złota Szekla" czy "Zęza" to tylko niektóre przykłady). Co najważniejsze jednak, "Kubryk" może zmieniać się pod względem ilościowym, ale jakościowo pozostaje na niezmiennie bardzo wysokim poziomie.

Trzeba przyznać, że osiem godzin żeglarskiej muzyki to naprawdę solidna dawka. Podano ją widzom w trzech porcjach - recitalu zespołów konkursowych (z uwagi na zaledwie dwa zgłoszenia "właściwy" konkurs w zasadzie się nie odbył), koncertu ballad żeglarskich i muzyki folk oraz koncertu szanty i pieśni morskiej. Można więc powiedzieć, że napięcie rosło w miarę upływu czasu.

Zespoły oJ taM i Pod Wiatr od jakiegoś czasu należą do grona faworytów przeglądów konkursowych. Bardziej utytułowana jest grupa z Ostrowca Świętokrzyskiego, ale i częstochowski duet ma już na swoim koncie pierwszy naprawdę duży sukces, jakim było I miejsce w konkursie ostatnich "Szantek". Wszystkie swoje walory potwierdzili na scenie Łódzkiego Domu Kultury. Zespół Pod Wiatr, wyraźnie nawiązujący do brzmienia Mechaników Shanty, pokazał m.in. przebojowe "Pod deckiem i na decku" czy "South Australię". OJ taM poza znanymi już utworami zaskoczyli dość awangardowym "Galernikiem", z niemal melorecytowanym wstępem.

Betty Blue rok temu na "Kubryku" pokazali się po raz ostatni w konkursie (oczywiście go wygrywając), nic więc dziwnego, że zostali zaproszeni do udziału w koncercie ballad. Tego typu muzyka, często liryczna, czasem frywolna i żartobliwa, od zawsze była obecna w polskim ruchu szantowym. W dodatku wrocławskie trio w Łodzi pokazało światu swoją płytę demo. Nagrany i wydany "domowym sposobem" (choć bardzo starannie) krążek "Z błękitem w tle" zawiera 6 utworów "studyjnych" i 1 nagranie "live", ogółem ponad 30 minut muzyki.

Kochankowie Rudej Marii to nietypowa grupa. Szantowy weteran Andrzej Kadłubicki, gitarzysta Maciej Kostecki oraz cała masa dziewcząt: skrzypaczki Izabela Taraszkiewicz i Maria Kozłów oraz wokalistki Luiza Polańska i Joanna Krupska stanowią wyjątkowo barwny (także dosłownie) konglomerat. To zupełnie inny zespół niż za czasów charyzmatycznej Wandy Staroniewicz. A w repertuarze sporo znanych rzeczy: "Ballada o żeglarzu" Wacława Masłyka, "Pieśń powrotu", "Mona"...

 

Wioseł ruch, wody szum...

 

Kubrykowy koncert szanty i pieśni morskiej zawsze był gratką dla koneserów, zwolenników brzmień tradycyjnych i surowych, idących "pod prąd" oczekiwaniom masowej widowni. Dlatego też powrót na scenę "Kubryku" (po 18 latach!) zespołu Tonam & Synowie już przed festiwalem był szeroko komentowany. Nie wydawało mi się możliwe, by na tej scenie mogli zaprezentować to, co podczas wielu swoich ostatnich występów, skręcających mocno w stronę estradowego show w rytmach muzyki popularnej.

I faktycznie: dawno nie dane było mi słyszeć w ich wykonaniu takiej ilości starych, tradycyjnych utworów. - Taki mieliśmy przykaz - przyznał po koncercie Marcin Murat. - Tonam & Synowie byli proszeni grzecznie, acz stanowczo, o śpiewanie na "Kubryku" starych pieśni - potwierdził Jerzy Rogacki.

Powiem wprost: właśnie dlatego był to chyba najlepszy koncert "Tonamów", jaki widziałem od momentu ich reaktywacji. Kapitalnie reagowała publiczność, zupełnie sama śpiewając refren "Lodów Grenlandii" (Michał "Atari" Czernek nie szczędził pochwał). Nie inaczej było przy "Brzegu Nowej Szkocji", "Liverpoolu", "La Rochelle"... Kompletnym zaskoczeniem był "Trud i znój". Fantastyczna pieśń z albumu "The Lion" ze sceny zabrzmiała po raz pierwszy od kilkunastu lat! Rozrywkowa była dopiero sama końcówka, gdzie pojawiły się dyskotekowe "Przechyły" i (na bis) "Parostatek". Czy zespół pójdzie za ciosem i "odkurzy" kolejne utwory ze swego dawnego repertuaru? Czas pokaże.

Na "Kubryk" przyjeżdża się głównie po to, by posłuchać szant. W prawdziwym tego słowa znaczeniu. Sami gospodarze mają w tym temacie wiele do powiedzenia, ale pojawiły się w tym roku także nowe twarze.

Brasy, bo o nich mowa, to niedawni debiutanci. Bywają już zapraszani na festiwale ("Port Pieśni Pracy", "Szanta na Sukces"), ale nie unikają konkursów - przy dzisiejszej sytuacji na "rynku" i kulcie "znanych marek" jest to dla nowych zespołów często jedyna sposobność, by pokazać się szerszej publiczności.

"Czerń i biel" oraz "Hard Times" w krótkim czasie stały się sztandarowymi utworami bytomskiego zespołu. Poza tym w Łodzi zabrzmiała w wykonaniu Brasów głównie szantowa klasyka, niekoniecznie bardzo popularna: "Emmelina Gal", "Szanta oliwska", polska wersja "Blood Red Roses", a także premierowy utwór "Wszystko jedno". - Andrzej Perepeczko napisał ten tekst w 1974 roku podczas zlotu żaglowców "Operation Sail'74" - wyjaśnił nam Ireneusz Herisz. - Utwór ten nie miał tytułu, więc nazwaliśmy go "Wszystko jedno" od słów refrenu: "Gdy wieje wiatr, cholerny świat, to nam jest wszystko jedno".

Atutem Brasów są wokale - w zasadzie każdy z piątki chłopaków może śpiewać głosem prowadzącym. Brakuje jeszcze (głównie "młodym") może troszkę zgrania i luzu, ale już teraz zespół nie schodzi poniżej pewnego poziomu. A momentami (np. "Emma, Emma") jest porywający.

Bukanierzy grają ostatnio rzadko, a szkoda. Ciekawe utwory autorskie (i rewelacyjny cover "W drodze na Horn") oraz nieczęsto spotykane instrumentarium (bębenek Mikołaja Firleta, flet poprzeczny Kariny Duczyńskiej, do tego doświadczony w barwach m.in. Open Folk gitarzysta Mirek Kozak, Jacek Loroch na mandolinie, wreszcie Staszek Konopiński na concertinie) to ich mocne punkty.

A co pokazali tym razem gospodarze? W zasadzie nic nowego, ale Cztery Refy zagrały jednak kilka rzeczy dawno niesłyszanych czy też granych rzadziej. "Kanonier McCarthy", "Wspomnijmy Plimsolla" czy "Sweet Lovely Nancy" nie należą do typowych koncertowych hitów. Wśród sympatyków zespołu wydaje się jednak odczuwać nastrój oczekiwania - ostatni samodzielny album grupy ukazał się 6 lat temu...

Flash Creep póki co "konsumują owoce sukcesu", jakim bez wątpienia okazał się ich debiutancki album. Stąd konsekwentnie lansują swoje autorskie utwory, a także nową "Moją planetę Ziemia".

Tegoroczny "Kubryk" miał być przede wszystkim festiwalem North Wind. Tylko oni poza (tradycyjnie) gospodarzami mieli do dyspozycji dwa "wejścia". Niestety, kilka dni wcześniej w wypadku samochodowym ucierpiał Jacek Apanasewicz. Ostatecznie nic poważnego mu się nie stało, ale jego przyjazd do Łodzi był niemożliwy. Stąd Piotr Lasko, który po raz drugi gościnnie wystąpił z zespołem, musiał również w pewnym sensie go zastąpić.

Nie był to występ perfekcyjny, przecież pierwszy w takim zestawieniu... Denerwował się Jerzy Ozaist (- To jest na żywo - rzucił Piotr Lasko, gdy Jurek pomylił tekst "Marynarza z Terre-Neuve"), były "zawahania wokalne"... a jednak należał do najciekawszych na tegorocznym "Kubryku".

W części folkowej rewelacyjna była porcja muzyki bretońskiej. Szczególnie gdy z przeraźliwie głośnymi dudami bretońskimi (po bretońsku - biniou) włączył się do gry Piotr Lasko. Jeśli chodzi o nowości, to sam się powoli w nich gubię - praktycznie każdy koncert North Wind przynosi jedną lub dwie premiery. W Łodzi były to kolejne utwory The King Stones z tekstami Damiana Leszczyńskiego, jak choćby znany z kasety "Le Liya" "Wspaniały statek". Usłyszeliśmy również "Oh di Ho" i "prawie nową" (drugie wykonanie) "Żonę prezydenta". - Obydwa te utwory także są z repertuaru The King Stones - wyjaśnił Piotr Lasko. - Mimo że nie były zarejestrowane, to jednak zdarzyło się, że były wykonywane publicznie. Dzisiaj jednak nie potrafię powiedzieć gdzie i kiedy, ale z całą pewnością były.

 

...i weźmiesz jutro wór dukatów

 

Nagroda publiczności to jedna z ciekawszych tradycji "Kubryku". Otóż pod koniec festiwalu prowadzący Andrzej Śmigielski przechadza się po widowni i zbiera "co łaska" do kapelusza, a zebrana suma jest przekazywana zespołowi, którego nazwa pojawi się na największej liczbie kuponów wrzuconych do stojącej w kuluarach urny.

Zaszczyt ten w tym roku spotkał grupę Tonam & Synowie. Tym cenniejszy, że zebrano rekordową w ostatnich latach sumę 458 złotych i 3 groszy (oraz drobniejsze kwoty w walutach obcych). Niewiele brakowało, a nagroda "Tonamom" by przepadła, jako że zespół zniknął. Dopiero po paru minutach pojawił się "Marcinek" i odebrał ją w imieniu grupy. Kolejne miejsca zajęli Cztery Refy i North Wind (ex aequo) oraz Flash Creep i Brasy.

W tym roku niestety nie było pokoncertowych imprez towarzyszących. Łódzkie "Gniazdo Piratów" nie zdążyło z ponownym otwarciem. - Po prostu nie było lokalu, który mógłby spełniać warunki tawerny festiwalowej - stwierdził Jerzy Rogacki.

Mimo tego braku, mimo mniejszych rozmiarów tegorocznej edycji nadal zaliczam "Kubryk" do moich ulubionych festiwali. Dlaczego? Bo jest jedną z niewielu prawdziwie szantowych imprez, bo przychodzi tu może niezbyt liczna (ok. 200 osób, w tym duża liczba przyjezdnych), ale za to znakomita publiczność, bo nagłośnienie jest bliskie ideału (Tomek Podwysocki znów pracował na "swoim" sprzęcie!), bo wreszcie jest tu jakoś tak... sympatycznie. Bez komercji, masówki i przypadkowości na scenie oraz widowni, które są przypadłościami bardzo wielu imprez ze słowem "szanty" w nazwie.

- Największy wpływ na program "Kubryku" miały finanse, a raczej ich brak. Stąd też konieczność kolejnych kompromisowych rozwiązań - podsumował Jerzy Rogacki. - Spotkałem się już z opinią, że chyba jestem jedyną osobą, której zależy na tym, żeby "Kubryk" się odbył. Mam nadzieję, że to nieprawda.

Z pewnością nieprawda... Osobiście nie wyobrażam sobie polskiej sceny szantowej bez łódzkiego festiwalu. W przyszłym roku jubileusz 25-lecia "Kubryku". Mam nadzieję, że za rok będziemy mówić już tylko o muzyce, a nie problemach organizacyjnych...

 

Tekst: Michał NOWAK

Foto: Tomasz GOLIŃSKI

 

Oglądaj także: fotorelacja Tomka Golińskiego

Informację wprowadził(a): Michał Nowak - godz. 0:30, 29 maj 2008, wyświetlono: 1404 razy

Dziadek Władek

wysłano: 8:51,29 maj 2008

Czekałem na artykuł o „Kubryku”. Wreszcie się pojawił – dziękuję. Ciekawie redaktor – czy też reporter go zakończył. Dlaczego właśnie tak? „Dlaczego? Bo jest jedną z niewielu prawdziwie szantowych imprez, bo przychodzi tu może niezbyt liczna (ok. 200 osób, w tym duża liczba przyjezdnych), ale za to znakomita publiczność, bo nagłośnienie jest bliskie ideału (Tomek Podwysocki znów pracował na "swoim" sprzęcie!), bo wreszcie jest tu jakoś tak... sympatycznie. Bez komercji, masówki i przypadkowości na scenie oraz widowni, które są przypadłościami bardzo wielu imprez ze słowem "szanty" w nazwie.” Nie wiem, kogo zalicza do „znakomitej” publiczności – i jakie są kryteria jego oceny. Nie znam się na nagłośnieniu – o tym najlepiej zapewne potrafią się wypowiedzieć akustycy i zespoły. Na scenie – prawda – nie powinno być „przypadkowości”, ale widownia? No cóż, bez „przypadkowych” słuchaczy zapewne coraz mniej by było ludzi – i te pieśni wody i wiatru a także ciężkiej pracy czy kubryku zamykały by się w coraz bardziej ciasnym światku. Tak sobie myślę – ilu ludzi ze sceny trafiło do zespołów właśnie – przypadkiem? Nie mając „zielonego” pojęcia o „szantach” i ich śpiewaniu? Może wcześniej byli ich zupełnie „przypadkowymi” słuchaczami i „przypadkiem” ich te pieśni i ta atmosfera – zauroczyły? Może kiedyś „przypadkiem” znaleźli się na wodzie – i postanowili żeglować?
Odpowiedz na ten komentarz
M. Nowak

wysłano: 9:4,29 maj 2008

Przypadkowy słuchacz - delikwent przychodzący na imprezę nie po to, by słuchać muzyki, ale by hałasować, przeszkadzać innym, pić dużo alkoholu itp. Słuchacz trafiający na szanty przypadkiem, ale słuchający i chłonący przekaz ze sceny, słucha świadomie - nie jest więc "przypadkowy".
Odpowiedz na ten komentarz
stłukla

wysłano: 12:15,29 maj 2008

Michale popraw błąd - w 1974 nie dało się płynąc na Darze Młodzieży do Australii
Odpowiedz na ten komentarz
M. Nowak

wysłano: 15:39,29 maj 2008

Dzięki Darku za zwrócenie uwagi :) W 1974 r. oczywiście "Daru Młodzieży" nie było nawet w planach... Musiało chodzić o "Dar Pomorza". Pisanie w nocy to zły pomysł. Już poprawiłem, a nawet uzupełniłem ten fragment.
Odpowiedz na ten komentarz
Marek Wikliński

wysłano: 23:41,3 czerwiec 2008

Taka historyjka z festiwalu w Cobh (niestety nie u nas...). Do hotelowego pubu przychodzi halaśliwa grupka śpiewająca szanty i nie pozwala spokojnie dopić piwa urlopowiczom. Jeden z nich na chwilę wychodzi (może odprowadzić małżonkę?) po czym: zostaje do końca wieczoru i słuuucha! W następnych dniach już nie odstępuje festiwalowej ekipy i twardo siedzi na koncertach. Widzę go nawet na warsztatach szantowych organizowanych w ramach festiwalu. Ewidentnie zarażony i od tej pory - jak sądzę- ''szantopozytywny''! No i co z tą przypadkowością? Był ''przypadkowy''? TAK. Ale ''nawrócił się''? TAK. Ktoś z nas ma monopol na rację? NIE. Panowie - plissss: poniechajcie już tych animozji bo to tylko wrogom na uciechę jest. Z jednakowym szacunkiem pozdrawiam Marek
Odpowiedz na ten komentarz
M. Nowak

wysłano: 8:31,4 czerwiec 2008

Oczywiście takowy słuchacz nie podpada pod wyrażoną poniżej definicję "słuchacza przypadkowego", więc nie widzę związku z moim tekstem ;)
Odpowiedz na ten komentarz
Dziadek Władek

wysłano: 10:52,29 czerwiec 2008

Coś trzeba czytać – więc czas na „przegląd” staroci:-) Świetna historyjka Wikliny – przeczytałem z uśmiechem.. „W następnych dniach już nie odstępuje festiwalowej ekipy i twardo siedzi na koncertach. Widzę go nawet na warsztatach szantowych organizowanych w ramach festiwalu. Ewidentnie zarażony i od tej pory - jak sądzę- ''szantopozytywny''! No i co z tą przypadkowością?” No właśnie.. Nasze życie w większości składa się z „przypadków” – nie jesteśmy zaprogramowanymi maszynami. Ktoś kogoś spotyka „przypadkiem”, popatrzy w oczy i jest z nim wiele, wiele lat. Ktoś przypadkiem zostanie potrącony przez samochód – i na wózku inwalidzkim maluje wspaniałe obrazy lub pisze wiersze. Przypadkiem zamiast na fortepianie (bo tak chciała mama) zaczyna grać na gitarze:-) Ktoś wstępując na urlopie na piwo czy na colę przypadkiem natknie się na grupkę – śpiewającą „szanty”; zupełnie przypadkiem obejrzy film o morzu czy żaglach – i zostanie żeglarzem:-) zamiast lotnikiem. Nie lekceważmy „przypadków”:-):-)
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI