Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Nowiny

Kawa z nadzieją

Na koncert Kamila Badziocha trafiłem zupełnie przypadkiem, zostałem zaczarowany i trafiłem wprost do Krainy Łagodności... :-)

Fot. Tomasz GolińskiKamil Badzioch

 

Pijąc kawę nad Motławą rozmyślałem nad światem, który zostawiłem daleko za sobą dla zawodowych spraw. Przestałem żeglować. Skupiłem się na muzykowaniu, a szanty to był to mój jedyny łącznik z Morzem. To był wielki błąd. Dziś już wiem, że nie umiem odpoczywać bez Morza. Ostatnie lata to było udawanie, że odpoczywam. Zastępowałem swoje prawdziwe potrzeby jakimiś półproduktami.

Rejs na Zawiszy zaczął się od tego, że uniosłem się 25 cm nad pokład i leciutki jak piórko trwałem w takim uniesieniu przez kolejne 12 dni. W główkach portu Gdynia zostały lądowe sprawy, tak ciężkie do niesienia. W kolejnych dniach wypompowałem ze swoich zęz cały cuchnący szlam, jaki we mnie siedział od kilku lat. Do Sztokholmu wpłynąłem tak radosny i uśmiechnięty, że nic nie było w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Poczułem się głęboko szczęśliwy, nareszcie.

Po powrocie z rejsu na Zawiszy nie mogłem pozbyć uczucia, że to był za krótki rejs, a ja nie nasyciłem się jeszcze swoim krótkim "Romansem z Morzem". Postanowiłem spędzić jeszcze jeden dzień w Trójmieście. Wpadłem w dłonie jednej z najbardziej pogodnych, pozytywnych, zwariowanych i pełnych energii życiowej osób jakie dane mi było spotkać - Trójmiejskiej Lwicy Contrastowej - Agaty Ptak.

- No to co robimy? - zapytałem
- Jedziemy do Gdańska - będzie grał Kamil Badzioch - znasz go ?
- Słyszałem nazwisko, wiem że gra, ale człowieka ani jego dzwięków - nie znam
- Kilkanaście lat temu Kamil założył zespół Hambawenah
- O! nie wiedziałem. Jedziemy.

Po kilkudziesięciu minutach jazdy trójmiejskimi ulicami, spacerowaliśmy już wzdłuż Motławy. Nagle dobiegły nas ciepłe dżwięki porębuniowej piosenki "DZIEWCZYNY Z SAINT JONES I Z SAINT PIERRE".

- Czy to Kamil ?
- Oj to nie Kamil
- Skąd wiesz?
- Bo wymawia "R", a Kamil ma takie piękne francuskie "RRR"
- To któż to ?
- To "Jasiu od Dzieci", świetny facet, grywa regularnie koncerty dla dzieci w Contraście, dzieciaki go uwielbiają.

Rzeczywiście, ciepły elektryzujący, niski głos, nienachalnie wbijał się w moją świadomość. Ludzie schodzili się z wolna, przyciągani spokojnymi dźwiekami Jankowej gitary.

- Może wpadniemy ? zapytałem
- Do koncertu Kamila mamy jeszcze 20 min, ok

Janek zagrał kilka utworów tylko dla nas, my wgapieni w niego sprzedawaliśmy mu najszczersze uśmiechy w podziękowaniu za dawno zapomniane nuty.

- Musimy iść
- Szkoda. Trzymaj się Janku! Miło Cię było posłuchać.

Szukamy Czarnej Perły. O jest! to ten statek. I Kamil chyba już jest. Przygotowuje się do koncertu. Klimatyczne miejsce, trochę psuje atmosferę foliowa osłona przeciwdeszczowa no ale cóż - chroni od deszczu, a właśnie się rozpadało. W kąciku obok sceny mały głośnik, stojak na mikrofon i gitara. W wejściu wita nas niepozorny facet ze smutnymi oczami, które rozświetlają się nagle na nasz widok.

Zamawiam bezalkoholowe piwo, bo kiedy jadę to nie piję, oraz wielką, mocną, stawiającą na nogi kawę - taką "kawę z nadzieją" . Siadamy w pierwszej ławie, metr od artysty.

Do teraz jestem zauroczony koncertem, Kamila Badziocha. Słyszałem już o nim od jakiegoś czasu ale poza nazwiskiem niewiele mógłbym na jego temat powiedzieć. Zamknięte oczy, uduchowione zapowiedzi kolejnych piosenek filuterne francuskie RRR. Przenikliwa tęsknota za miłością wypełniła Czarną Perłę i umysły słuchaczy. Gwiżdżący barman, sympatycznie współpracujący z artystą zapadł mi w pamięć, ja zaś zapadłem się w melancholię. Otrząsnąłem się z niezwykłego letargu dopiero w czasie przerwy. Tawerna wypełniała się z wolna kolejnymi słuchaczami, a ja z właściwym sobie wdziękiem zamówiłem dietetyczne frytki i kolejne bezalkoholowe zimne piwo oraz jeszcze jedną "kawę z nadzieją".

W pierwszej części koncertu Kamil zaserwował mieszankę morskich ballad. Pomyślałem, że rewelacyjnie wpasowałby się w każdy Koncert Poezji Morskiej.

W drugim secie dołączyła do nas Marzena.

Poprosiłem Kamila o kilka utworów, które przyszły mi do głowy - Kamil znał je wszystkie i śpiewał tak jakby znał mnie od lat i wiedział czego mi trzeba :-) . Przy piosence Andrzeja Sikorowskiego "Gdy mnie kochać przestaniesz to powiedz" - poczułem jak Kamilowi łamie się głos, a wszystkim słuchaczom jakoś dziwnie spociły się oczy.

Fot. Tomasz GolińskiKamil Badzioch

 

W drugiej części koncertu Kamil poczęstował nas utworami Grupy Pod Budą, Starego Dobrego Małżeństwa, Wolnej Grupy Bukowiny, Okudżawy, Wysockiego i wielu innych w tym również zaproponował swoje - bardzo udane - interpretacje niektórych utworów z płyty Waldka Mieczkowskiego, oraz wiele utworów ze słynnej "Krainy Łagodności". Kocham wszystkie te utwory więc dałem się ponieść emocjom. Darłem się w niebogłosy, próbując znaleźć z Kamilem drugi głos. Nie oponował, ba nawet wydawał się być kontent z takiej współpracy. A może po prostu był miły ? ;-) Tak czy owak pozwoliłem sobie kontynuować moje piania. Kamil poczęstował mnie wówczas tak wielkim uśmiechem, że do końca wieczoru nie pojawił się już w nim smutek. I choć nostalgia czaiła się ciągle gdzieś przy barze, uśmiech ten trwał już do końca deszczowego wieczoru.

Przytuliłem Ptaszynę i Marzenę i wgapiony w Kamila i podgrzewałem swoje wspomnienia z Bieszczadzkich eskapad, spotkań w chatkach studenckich na Pietraszonce czy Skalance, w których niegdyś uważano mnie za stałego bywalca. Wspomnienia z rejsów morskich, które niegdyś były sensem mojego życia. Niegdyś... dlaczego niegdyś do cholery! Czy już naprawdę został tylko dom i ogródek i tak aż do śmierci?

...

Ogromnie miło było słyszeć nazwiska autorów kolejnych utworów, o których Kamil zawsze potrafił powiedzieć coś interesującego, co ubarwiało czasem nieco zbyt uduchowioną konferansjerkę. Brakło mi w tym koncercie lepszego trochę nagłośnienia i bardziej godnej Kamila sceny - wyeksponowania artysty tak jak zasługuje na to jego talent i przekaz. Zaskoczył mnie efekt chorusu, który Kamil zastosował w niektórych utworach - w moim przekonaniu - trochę niepotrzebnie. Przy tak interesującym głosie, który nabiera szczególnej barwy jego właściciel się uśmiecha - nie potrzeba go ubierać w żadne sztuczne sukienki :-) ale to tylko moje odczucie. Być może innym ten efekt się spodoba.

Atmosfera wieczoru, którą stworzył Kamil była trudna do opisania. Nie zapomnę tego niezwykłego, koncertu, który zmienił się o 180st wraz z nastrojem Kamila. Ze smutnego i melancholijnego w niezwykle ciepły i pogodny i radosny. Zamyśliłem się nad tym i doszedłem do wniosku, że chyba czasem każdy musi podzielić się swoim chlebem z psem Majstra Biedy - nikogo to nie omija. Potem jednak powinno się zaprosić przyjaciół do swojego wymarzonego bukowego domu - a wówczas słonce nad gdyńskim portem obudzi się samo :-)

Wkrótce po koncercie - postanowiliśmy wypić za tych co na morzu i przypieczętować naszą świeżą znajomość w Gdyńskim Contraście, do którego zjechalismy dobrze po 1 w nocy. Nie mogąc się nagadać w końcu wyszliśmy z tawerny grubo po 3 w nocy jako ostatni klienci, ku taktownie skrywanej radości barmanów, którzy w końcu mogli położyć się spać.

Informację wprowadził(a): Maciej "YenJCo" Jędrzejko - godz. 2:49, 15 wrzesień 2010, wyświetlono: 435 razy

Jeszcze nie skomentowano tego artykułu.
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI