Szantymaniak poleca:

Jesteś tutaj

Nowiny

Ozaistowe Szantowanie :-)

JERZY OZAIST

Jurek O.

 

 

Znak Zodiaku: KOZIOROŻEC
Imieniny: 23 kwietnia
Urodziny: 24 ...JERZY OZAIST

Jurek O.

 

 

Znak Zodiaku: KOZIOROŻEC
Imieniny: 23 kwietnia
Urodziny: 24 grudnia
Staż w zespole: Od 1985 r. był głównym szantymenem zespołu "CZTERY REFY". Po kilkuletniej przerwie w aktywnej działalności koncertowej jest nim znowu. Zaszczytne obowiązki "frontmena" dzieli obecnie razem z Maćkiem Łuczakiem.
Stopień żeglarski: doświadczony j.st.m. z dużym stażem morskim. Chętnie opowiada, a nawet pisze o swych licznych morskich przygodach. Na żaglowcach lubi przebywać na najwyższych rejach. Na śródlądziu satysfakcję daje mu nawet stary rambler, szczególnie na Mamrach lub Święcajtach.

Urodzony i "wstępnie uformowany" w Krakowie. Szukając szczęścia, zatrzymał się (i nieco zasiedział) w Łodzi, a obecnie solidnie zakotwiczył w Węgorzewie i raczej nie zamierza przenosić się jeszcze dalej na Północ. Pieśniami morskimi interesował się jeszcze w latach siedemdziesiątych ub. stulecia. Jest jednym z trzech w Polsce (obok Jurka R. i Zbyszka Z.) do tej pory aktywnych na scenie uczestników I Akademickiej Giełdy Piosenki Żeglarskiej w 1977 r. (pierwszego, z prawdziwego zdarzenia, festiwalu piosenki żeglarskiej). Jego charakterystyczny (jak sam twierdzi - "kozi") głos, wpłynął w dużym stopniu na brzmienie zespołu. Na scenie ulubionym instrumentem Jurka jest cynowy kufel, używany na zmianę z bodhránem lub suszarką.

(Informacja zaczerpnięta ze strony zespołu Cztery Refy)

 

Na grupie dyskusyjnej pl.rec.zeglarstwo.szanty niedawno pojawił się wątek "Bezwstydna autoprezentacja" z linkiem do wywiadu który z Jerzym Ozaistem przeprowadził Mirosław Poświatowski. Jak twierdzi Jurek zadano mu tylko jedno pytanie, a ten jak się nie rozgada... ;-) z reszta sami posłuchajcie. Uwaga plik mp3 jest duży i ma ponad 6 megabajtów wielkości - jeśli masz modem... to ściągaj po godzinie 18.00 bo troche to portwa. Pobierz plik... bo warto posłuchać szantowej opowieści przeplatanej śpiewem Czterech Refów.   

 

(bezposredni link http://www1.atlas.intarnet.pl/mp3/czteryrefy.mp3 - kliknij prawym i "zapisz docelowy jako")

 

Ssssciskam

YenJCo

Informację wprowadził(a): Maciej "YenJCo" Jędrzejko - godz. 10:11, 18 czerwiec 2005, wyświetlono: 172 razy

ojerzy

wysłano: 16:49,18 czerwiec 2005

Maćku! No, coś Ty... Fakt, że pytałeś o link, ale myslałem że gdzieś do spisu korespondentów... Rzuciłem się do kalendarza, czy ja przegapiłem jakieś swoje święto albo rocznicę?? No coś Ty... Nooo, dooobra! Z tego wzruszenia, wypchnę wreszcie tę zaległą recenzję Shannona z R20. Tylko ortografię poprawię... Pozdrawiam J.O.
Odpowiedz na ten komentarz
YenJCo

wysłano: 20:0,18 czerwiec 2005

ojerzy napisał: Maćku! No, coś Ty... Fakt, że pytałeś o link, ale myslałem że gdzieś do spisu korespondentów... Rzuciłem się do kalendarza, czy ja przegapiłem jakieś swoje święto albo rocznicę?? No coś Ty... hahaha :-) Pytałem wyraźnie o zgodę na umieszczenie w Szantymaniaku wywiadu z Tobą i uzyskałem błogosławieństwo - mam to na piśmie hehehe :) a w ogóle to dla Ciebie wszystko :-) Kilka słów komentarza do Jurkowego wywiadu Jurku przesłuchałem kilkukrotnie tego co mówiłeś w wywiadzie. Wydawało mi się, że choć nie zgadzam sie z Tobą to wiem o co ci chodzi... Jednak naprawdę zrozumialem co powiedziałeś dopiero po powrocie z Irlandii :-) i okazało się, że bardziej się z Tobą zgadzam niż nie zgadzam. Własnie w Irlandii na własnej skórze przeżylismy niesamowite, wzruszające spotkanie z prawdziwą tradycją i tym co Ty nazwałeś stylowością wykonania... A cappella, bez mikrofonów, bez wydumanych aranżacji... twarde męskie, czasem lekko fałszujące, harde-twarde głosiska starych Szantymenów, których moc i potęga zapiera dech w piersiach... Spotkanie prawdziwymi przesiąkniętymi oceaniczną solą Szantymenami, bardzo zmieniło moją perspektywę i zacząłem rozumieć Wasze (Twoje i Jurka przede wszystkim) zarzuty w stosunku do "współczesnych interpretatorów". Poznałem ludzi, którzy śpiewają prawdziwe shanties dokładnie tak samo, jak 25 lat temu, kiedy po raz pierwszy wyjechaliście w tamte okolice i zakochaliście się w Maritime folk and Sea-Shanties. Kultura wyspiarzy to kilkaset lat tradycji i to sprawiło, że przez ostatnie 25 lat niemal nic tam nie zmieniło w myśleniu o sposobie wykonywania szant. Podczas gdy u nas szanty wyewoluowały odbiegając daleeeko od tradycyjnego stylu i feelingu. Zgodzisz się chyba, że w Polsce tradycji śpiewania takich pieśni nigdy nie było - to wy (Refy, Dzwony, Tonamy, Ro20) zasialiście ziarna, z których wyrosły tysiące wspaniałych drzew. Siejąc do końca chyba nie przewidywaliście, że z jednych ziaren wyrosną wielkie i twarde dęby, które staną się pomnikami przyrody, z innych buki z innych sosny i świerki, a z jeszcze innych delikatne brzózki i modrzewie :-) z jeszcze z innych rachityczne krzaki i perz którego pełno wszędzie :-))) Nie wiem czy się zgodzisz, ale na naszej ziemi - pozbawionej przecież szantowej tradycji - muzyka, którą w nas zasialiście najwyraźniej musiała ewoluować po to, by "po swojemu" wbić się jak dużą kotwicą i ustanowić polską kulturę marynistyczną. Twierdzisz, że muzyka, ktora wy animowaliscie w Polsce wyewoluowała w kierunku, który nie jest dobry... nie wiem czy można mówić co jest dobre a co złe w muzyce... tylko głupota i zło jest złe :-) Szanuję jednak, że Tobie ten kierunek nie za bardzo się podoba... Ja uważam, że jest tu w Polsce miejsce dla każdego kto tylko chce śpiewać szanty, kultywowac tradycje, tworzyć nowe, sięgac po śmiałe aranżacje, używać zakazanych przez Rogatego (cmok :*))))) instrumentów. Przecież piękno tkwi własnie w różnorodności. Publiczność sama odsieje ziarna od plew. Ale drzewa, które wyrosły z tych ziaren - należy uszanować. Mamy tak wiele festiwali że możemy je profilować i zapraszać te zespoły których styl nam odpowiada. Tak dokładnie dzieje się na Kubryku i bardzo dobrze! Możemy też celowo mieszać style tak, by każdy słuchacz (szczególnie w miejscowosciach gdzie Publicznośc nie miała wcześniej większej styczności z szantami - jak Łaziska, Tychy, Kielce czy wiele innych) znalazł coś dla siebie. Możemy przecież organizować koncerty tylko a cappella (jak niedawno w Kliprze) lub tylko Irish folk - tylko od nas i publiczności zależy co się będzie w Polsce działo. Jestem przekonany, że nie musisz się martwić, że tradycyjny sposób wykonywania szant w Polsce zaginie - po prostu musi minąc czas, nasza szantowa subkultura jest naprawdę jeszcze bardzo młoda... Dzisiejsi 25-latkowie to ludzie, którzy dopiero zaczynają być dorośli :-) nie dziw się, że mają miliardy swoich pomysłów albo, że przeżywają bunt wobec "starego" :-) z czasem ... kiedy sami będą starzy - myślę, że powrócą do korzeni nie sądzisz? :-) Według mnie style muszą się kotłowac tak by w końcu w gęstwinie folkowo-szantowo-zeglarsko-popowej każdy - i publiczność i wykonawcy mógł znaleźc cos dla siebie. My nie rozrywamy upieczonego tortu na kawałki - my dopiero dosypujemy mąki, po to by w końcu za paręnaście lat upiec porządne ciasto, które będzie smakowało każdemu :-) Na jednym kawałku będzie więcej lukru, po drugiej bakalie, po trzeciej wiórki kokosowe... Niech każdy wybierze sobie to co mu najbardziej smakuje. Jeśli tort będzie naprawde dobrze pokrojony to w środku zostanie zawsze takie małe kółeczko :-) to będzie Tradycja, którą Wy Pionierzy zapłodniliście polskie umysły :-))) Z doświadczenia wiem, że wielu będzie się bić właśnie o to kółeczko, bo własnie ono dla wielu jest najsmakowitszym kąskiem :-) To przecież od zespołów zależy jak będziemy pokazywac szanty ludziom. czy będziemy "robić swoje" odnosząc się z szacunkiem do tradycji. Od szantymenów zależy czy i jak pasjonująco będą opowiadać o morskim ceremoniale, o ludziach, o rejsach, o żeglarskiej przyjaźni, lojalności, braterstwie... o tym, że tu nie ma miejsca dla złych, głupich i prymitywnych chamów. Ja w to wierze :-) Szantymeni swoją wzorową postawą i profesjonalnym zachowaniem na scenie i poza nią - mają szansę kształtować umysły - od nas zalezy czy szanty będą kojarzone (jak to sie obecnie dzieje :( z nawalonym 20-latkiem w utytłanych spodniach z rozstrojoną gitarą, drącym się w niebogłosy, raniącym uszy słuchaczy i kaleczącym cudowne "Hiszpańskie Dziewczyny" generując nienawiść do PMRów... Czy też może... wypije dwa zimne piwka, zasiądzie przy gitarze zacznie snuć prawdziwą żeglarską opowieść zaznaczając że Hiszpańskie Dziewczyny to polski tytuł angielskiego Spanish Laydies... do którego kiedyś Mendygrał i Wasilewski napisali polski tekst, a zaśpiewały go legendarne Ryczace Dwudziestki... A potem taki ktoś zaśpiewa i zagra Hiszpańskie Dziewczyny, Marco Polo czy Gdzie ta Keja ale bez bezmyślnego "ryjodarcia" tylko z przejęciem i z pełnym zaangażowaniem, żeby ludziom nienawidzacym PMR'ów opadły szczęki i znów pokochali to w dobrym wykonaniu wyciska łzy prawdziwego wzruszenia z oczu i pachnie prawdziwym morzem. Czy to bedziemy przekazywać idee żeglarskiej przyjaźni śpiewając w sposób tradycjny czy będziemy uskuteczniać "współczesne interpretacje", to już chyba mniej ważne ? Prawda? :-) Każdy "robi swoje" i dzięki temu nikt się nie nudzi, a słucha nas co raz więcej ludzi i to młodych ludzi, którzy są gdzieś na początku swojej drogi i swoich życiowych wyborów. Warto zwrócic uwagę, że szant w Irlandii słuchają niemal wyłącznie ludzie starsi... średnia wieku na oko = 50 lat. Zaszokowało nas to gdy bylismy tam kilka dni temu na południu Irlandii w Cobh. Johny Collins (http://www.szantymaniak.pl/index.php?notka=104) z którym miałem przyjemośc przegadać pół nocy powiedział, że ubolewa nad tym, iż młodzi zupełnie nie interesują się u nich szantami i podkreslił że wnieślismy naszym koncertem trochę świeżości, która może znów przyciągnąć młodych do szant. Wydaje mi się, że gdyby nie potęga tradycji w tych krajach szanty już dawno by tam wymarły o ile własnie nie wymierają... Tymbardziej co my Polscy Szantymeni, którzy wyrośli przypadkiem na wyspiarskich tradycjach - w tej sytuacji mamy powiedzieć? Gdzie jest dobra droga? Na szczęście w Irlandii ludzie chcą wracać do tradycyjnej muzyki szantowej, być może dlatego, że ich dziadkowie pamietają swoich żeglujących przodków... Nasi dziadkowie nie mają szans tego pamietać... W Polsce fenomen polega własnie na tym, że nie mamy tradycji (bo z całym szacunkiem dla naszych wielkich pionierów trudno nazywać tradycją króciutkie w skali społeczeństwa 25 lat istnienia szant w Polsce) - a jednak koncerty szantowe w Polsce skupiają tysiące ludzi na koncertach. Irlandczycy otwierali oczy ze zdumienia gdy się dowiadywali ze w Krakowie na jeden koncert przychodzi 4500 ludzi a w Gizycku około 7000 i to... w większosci ludzi młodych. To, że nasi dziadkowie nie znali osobiscie Molly Malone, Paddego Doyla, Starego Stormiego czy Paddego Westa nie żeglowali from Gallway to Dublin Town sprawia, że to co Ty uważasz za niestylowe w Polsce stało się bardzo ważnym stylem :-) zwanym przez niektórych "Silesian Sound" ;-) a wszystko przez te cholerne Dwudziestki, Tonamy, Mechaniki, Perły, North Cape'y, Segarsy i Banany. Klangi i Klipry nie są z Silezji ale też są winne temu co się stało z szantami w Polsce :-) Nie chcę się rozpisywac na temat zespołów instrumentalnych, które wprowadzając elektryczne gitary, basy czy perkusję narobiły sporo zamieszania jak Smugglersi, EKTy, ODNy czy Zejmany - a bez nich przecież też nie byłoby Polskich Szant :-). Mnie osobiście to co sie stało w Polsce z SZANTAMI bardzo sie podoba :-) Celowo uogólniam mówiac "Szantami" mając na myśli nazwę całego gatunku - czyli dokładnie tak jak to Jurku w wywiadzie powiedziałeś - ja należę do tej opcji, która proponuje terminem SZANTY nazywać całokształt muzyki marynistycznej wykonywanej w Polsce od klasycznej do rock-folkowo-szantowo-popowej, odróżniając jednakże temin SZANTY od terminu SZANTA KLASYCZNA - którą należy stosować wyłącznie w odniesieniu do tradycyjnych pieśni morza wykonywanych w sposób "stylowy", a cappella lub co najwyżej z towarzyszeniem koncertiny czy bodhranu. Nie wyobrażam sobie jednak, żeby którykolwiek z zespołów w Polsce - nazywających siebie "szantowymi" (młodych czy starych) nie miał świadomości z czego wyrósł i gdzie są korzenie tej muzyki. Myslę, że większość z dłużej istniejących na rynku zespołów - umiałoby "stylowo" wykonać każdą z szant - to widać na pozascenicznych spotkaniach wykonawców. Naturalne jest, że każdy zespół chce się odróżniać od innych - w muzyce można odróżniać się własnym stylem, autorskimi utworami, ciekawymi nietuzinkowymi aranżacjami. Nie odważyłbym się zaśpiewać na oficjalnym koncercie Halułeja Pereł, czy ogólenie znanego Trimartelota lansowanego obecnie przez Ro20 itd itd, a przecież umiałbym... czy to źle? po co się powielać? Jurku obaj wiemy, że Szant na żaglowcach już przecież nie zaśpiewamy... więc co nam pozostaje? Ile zespołów może być takich samych? Cztery Refy będą zawsze tylko jedne, a ja nigdy nie bedę Markiem Szurawskim :-) i każdy kto bedzie chciał spiewać podobnie - nawet przeszukując zakurzone irlandzie śpiewniki - będzie tylko lepszą lub gorszą... kopią - czy to jest właściwy kierunek? Naprawdę krytycznie moim zdaniem należy ocenic wyłącznie cwaniackie coverbandy, które układają cały swój repertuar kopiując bez wysiłku największe przeboje uznanych zespołów grając za 1/10 stawki odbierają szanse na to, żeby właściwy zespół mógł się pokazać tam gdzie ludzie chcą słuchać jego przebojów. Ale i to nie jest do końca takie proste bo z drugiej zaś strony Pubów (które pełnią bardzo ważną rolę, bo podtrzymują lokalnie kulturę szantową) nie stać na to, żeby codziennie zapraszać znane zespoły. To logiczne, że muszą mieć kogoś kto zagra od poniedziałku do piatku, a nie tylko w sobotę... popyt powoduje podaż... Poza tym jak ludzie mają poznać twórczość znanych zespołów i śpiewać razem z nimi, jeśli nie nauczą się tych utworów przy ogniskach czy na koncertach coverbandów :-) Jeden koncert w roku znanego zespołu (jak to zwylke bywa) nie wystarczy żeby ludzie śpiewali jego piosenki - chyba, że kupią płytę, ale nawet wówczas muszą gdzieś ćwiczyć gardła :))) . Dzieki coverbandom nowi ludzie poznają ważne utwory. Mam przyjaciół, którzy są wielbicielami Szant i kupują oryginalne płyty znanych wykonawców, a zaczeli słuchac szant, bo gdzieś chyba w hipermarkecie natknęli się na coverowy koncert Piotra Kostki Godeckiego znanego i lubianego w Warszawie szantowego (i nie tylko szantowego) barda :). To dzięki niemu własnie weszli do szantowego świata. Martwi mnie i wkurza natomiast taki styl coverbandów, który generuje takie sytuacje jaka kiedyś mnie spotkała w jednej z nadbałtyckich Tawern,gdy ktoś mnie zapytał: - Jak Wam się podoba najnowszy numer zespołu XXX - Jaki ? - No nie wiesz? to megahit ! "Na Mazury" ["Sie masz witam Cię..."] - Pewnie że znam ale to nie jest megahit zespołu XXX!? To jest megahit Spinakerów! - No coś Ty! Chyba Ci się coś pomyliło! W naszym mieście wszyscy wiedzą, że "Na Mazury" to kawałek i to megahit zespołu XXX!!! Z całym szacunkiem dla zespołu XXX* i ich fanów zespół XXX na swoich koncertach powinien powiedzieć, że "Na Mazury" to piosenka wylansowana wiele lat temu przez Spinakery, a autorem słów i melodii jest Lucjusz Kowalczyk... Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie YenJCo *XXX - to konkretny oczywiscie zespół i konkretna sytuacja ale nie chodzi tu o to zeby atakować konkretny zespół, bo to tylko pierwszy z brzegu przykład, który przyszedł mi do głowy. Każdy z zespołów mógłby podać ich znacznie więcej. Chodzi tylko o to, żeby każdy grając cudze utwory - szczególnie w tawernach (bo na festiwalach nie bardzo jest czas na to żeby się rozgadywać) potrafił ze sceny powiedzieć kto jest ich autorem, bo to oznaka szacunku i świadomości naszej szantowej kultury, która choć dopiero 25 letnia, ale jednak staje się jakąś tradycją i jakimś naszym "polskim korzeniem" o którym nie wolno nam zapomnieć. Ssssciskam Macieyco **PMRy = Pieśni Masowego Rażenia
Odpowiedz na ten komentarz
ojerzy

wysłano: 23:55,18 czerwiec 2005

Ty to masz gadane (tj. pisane raczej)! Chciales pobic jakis rekord? Nie odpowiem Ci teraz, i pewnie jeszcze przez czas jakis. Zreszta nawet nie przebrnalem przez calosc. Po kilku godzinach ze sluchawka przy uchu, i w sieci, nie mam juz dzis glowy i sily. Jutro rano sprobuje zredagowac wiadomosc, ktora mnie wytlumaczy. Ale ciesze sie, ze tam byliscie!
Odpowiedz na ten komentarz
YenJCo

wysłano: 9:46,19 czerwiec 2005

To jednen z moich ulubionych tematów, a dyskusja trwa od kilku lat, więc czytam, słucham, nabieram doświadczeń i wyrabiam sobie zdanie. Kiedy ktos podejmuje temat odruchowo się właczam :-) Nie musisz się z niczego tłumaczyć, ja przecież właściwie z Tobą nie polemizuję, bo masz ogromnie duzo racji. Ciężko z tym dyskutować :-) Raczej przedstawiam mój punkt widzenia. W gruncie rzeczy myślę, że różnimy się tym, że Ty pokochałes szanty takie jakie usłyszałeś 25 lat temu. Ja poznałem szanty 10 lat później - były to już zupełnie inne szanty. Zaczynałem od Ro20, Tonamów, Mechaników, Packetów, Smugglersów potem dopiero pojawił się dla mnie Stan Hugil, Bristol Shantymen, Cztery Refy. Nic dziwnego, że jestem trochę inaczej ukształtowany. Pamiętam miałem wtedy ech... 14 lat, zrobiłem żeglarza i popłynąłem na pierwszy w życiu rejs morski - wówczas zasłuchiwałem sie na magnetofonie "Grundig" (hehe taki czarny z czerwonym guzikiem nagrywania na górze i przewijaniem "na trzymanie" ) - zasłuchiwałem się w pirackich "kopiach z kopii" które ktos nagrał "z sali" na krakowskich Shanties... Nie miałem pojęcia kto spiewa, a nawet nie bardzo rozumiałem słowa, bo ledwo było słychac.. ale słyszałem, że spiewają o morzu, o żaglach, o pracy i twardej marynarskiej przygodzie, a do tego jeszcze piosenki spiewane na głosy brzmiały tak że ... eeeh! Nawet nie smiałem wówczas marzyć o tym że kiedyś stanę na deskach przed mikrofonem :-) Własnie dlatego, że żeglowałem identyfikowalem się z tą muzyką i rozumiałem jej sens po swojemu. Ileś lat temu jako dzieciak byłem cholernie dumny, że zobaczyłem ósemkowy sztorm z westu, że nie załamałem się i dzielnie walczyłem z chorobą morską... a rzygałem jak kot... przez bite 4 tygodnie mojego pierwszego rejsu ;-) odpoczywałem tylko w portach haha. Żeby mi pomóc kapitan i oficerowie spiewali ze mną szanty i gonili mnie na szmacie po pokładzie zebym nie myslał o chorobie morskiej tylko o tym jaką niezwykła przygodę przezywam... :-))) w mokrej koi przebierając sie z rzeczy mokrych w wilgotne :) o suchych nie mozna byo marzyć :) W tekstach szant i piosenek zeglarskich które znałem widziałem BlueNose prujacego fale , wyobrażałem sobie wsciekłośc marynarzy kiedy w sztormie tonął MarcoPolo wiozący złoto w ładowniach... W wyobraźni byłem w Botany Bay i patrzyłem na ociekajacych potem i krwią więźniów zesłanych do Australii. Piłem razem z fajną ferajną w tawernie pod pijaną zgrają i płaciłem nozem bo brako mi kasy... a co nie miałem kasy ale JA STAWIAM! Nie raz dali mi w nos... W końcu przezywalem jak łapacze werbuja na statek moich pijanych kamratów... a potem bosman leje ich kotem po plecach... a w pokład wsiąkała, krew, pot i łzy... Czerwieniłem sie na myśl o Panienkach z Saint Pierre i Saint Jones... marzyłem o Barmance z Vancouver... a zimą... marzyłem o Gdyńskim Porcie żeby znów zaswieciło nad nim słońce i żeby za rufa zniknał Hel... Potem przezyłem kolejne rejsy już nie w wyobraźni ale na serio, miedzy innimi na Bieszczadach, gdzie pompowałem zęzy do upadłego... mimo że pompa ciągnęła tylko w jedną strone bo membrana była pęknieta hehehe :) Dopiero na kolejnych rejsach pozbyłem sie torsji na dobre :-) Wiedziałem, że to jest to co kocham :-) Wyrażam to po swojemu razem z przyjaciółmi z Bananów. Nie zatraciłem nigdy szacunku do tradycji, nie zapomniałem o niej. Teraz zastanawiam się spotykając kolege z rejsu - skąd on się tu wziął... nawet worka nie ma z soba... A teraz kiedy zaczałem tzw dorosłe życie... szlag mnie trafia że... popłyneli koledzy w rejs i fale ich kołysza gdzies... Patrze na moją żonę, która leży wtulona w posciel... cos cichutko mruczy przez sen... to wszystko było? mineło? zostało tylko wspomnienie???? Spiewam mojemu małemu... więc spij synku mój pod kołderką marzeń.. niech ci się sni syty wiatów żagiel... Jurku czy powrócą na morze stare smukłe żaglowce...? Ssssciskam YenJCo
Odpowiedz na ten komentarz
ojerzy

wysłano: 22:10,19 czerwiec 2005

Starannie dopiero teraz... Ale - jak widzisz - staram się! Nie jestem dziś w bojowym nastroju. Ładnie to napisaleś! A już fragment o torcie, podobal mi sie nad wyraz! Z jedną taką coverbandą mam tu na Mazurach doczynienia na codzien. Wlasny, charczacy sprzet, "wszystko" (noo - Czerwonego Pasa nie slyszalem) jak leci, bez komentarza i bez wstydu... Codziennie w innym miejscu Mazur. Mówią, że w sezonie mają żniwa... Faktycznie - rżną jak leci! A poza tym - kochajmy się! Czasu mało... Jurek O.
Odpowiedz na ten komentarz
Copyright © 2004-2010 SZANTYMANIAK.PL. Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Technologia: strony internetowe INVINI