Nowiny
Wrażenia z Irlandii, czyli jak było na COBH MARITIME FESTIVAL
Minął już tydzień od kiedy wróciliśmy ze Szmaragdowej Wyspy, a jednak nie potrafimy przestać o niej myśleć. Co ta Irlandia ma w sobie, że nie sposób się od niej uwolnić, kiedy już raz się jej doświadczyło? Cóż takiego mają w sobie Irlandczycy, że człowiek czuje się wśród
...Minął już tydzień od kiedy wróciliśmy ze Szmaragdowej Wyspy, a jednak nie potrafimy przestać o niej myśleć. Co ta Irlandia ma w sobie, że nie sposób się od niej uwolnić, kiedy już raz się jej doświadczyło? Cóż takiego mają w sobie Irlandczycy, że człowiek czuje się wśród nich tak, jakby znał ich od zawsze i od zawsze ich lubił? Nie mam pojęcia. Odwiedziłem ten magiczny kraj już kilka razy i w dalszym ciągu nie znam odpowiedzi na takie i im podobne pytania, ale jedno wiem z pewnością: wrócę tam przy pierwszej sposobności, a założę się o pensję, że pod taką deklaracją podpiszą się wszystkie Banany.
W piątek, 10 czerwca, wstaliśmy z łóżek nieśpiesznie, bo samolot noszący na ogonku śliczne logo
celtyckiej harfy miał się wzbić w powietrze z wrocławskiego lotniska dopiero wczesnym popołudniem. Wyściskawszy żony oraz dzieci, wsiedliśmy wspólnie w auto i pognaliśmy świeżo ukończoną autostradą do Wrocławia, gdzie, skonsumowawszy szybkie spaghetti u przyjaciół, udaliśmy się tam, gdzie nasza podniebna wyprawa miała się zacząć. Ociec, oczywiście, jak to Ociec: marudził przeokropnie ("Nie idźcie na kawę, bo spóźnicie się na odprawę! Przecież zostało tylko półtorej godziny! Jesteście nieodpowiedzialni!..."), ale przestał, kiedy już na spokojnie zajął miejsce w samolocie RyanAir, którym za bardzo sensowną cenę zafrunęliśmy w ciągu niespełna dwóch godzin do Stansted pod Londynem, gdzie czekała nas przesiadka.Pogoda w Anglii - zgodnie z wszelkimi stereotypami - angielska; szaro, buro i pada. Nic jednak nie było w stanie nam popsuć humorów, więc uraczyliśmy się
fastfoodem w lotniskowej knajpeczce; czekaliśmy cierpliwie na następny samolot i - dyskretnie - uczyliśmy się nowej piosenki. Czas mijał szybko, więc zanim się obejrzeliśmy znów zapinaliśmy pasy przed startem, a wrótce potem - oddychaliśmy już powietrzem Irlandii.Na lotnisku czekała na nas urocza Suzanne McDermott, współorganizatorka Festiwalu. Uściskawszy nas, zapakowała Banany do samochodu i powiozła z Corku do położonego nieopodal Cobh, czyli dawnego Queenstown - portowego miasta o historycznym dla Irlandii znaczeniu: to stamtąd odpływali do Ameryki irlandzcy emigranci, to tam swą bazę miała linia White Star Line, która była armatorem sławnego Titanica, i stamtąd właśnie "niezatapialny" gigant wyszedł w swój dziewiczy rejs. Po drodze raczyła nas opowieściami o miejscach, które mijaliśmy, ale mimo swady i żarliwości uczuć... i tak nie udało jej się stłumić nękającego nas niepokoju, który wiązał się z faktem, że prowadziła auto z dużą prędkością jadąc po zdecydowanie złej stronie jezdni. Samochód też zresztą miała wybrakowany jakiś, bo kierownica jakby po złej stronie, ale nie wypadało nam niczego komentować, boć to przecież gospodyni.
Dwadzieścia minut później wjechaliśmy do Cobh: prześliczne, wielobarwne małe miasteczko o urokliwych uliczkach i kolorowych fasadach przywitało nas przedwieczorną mgłą, choć natychmiast rezydenci i gospodarze Sirius Arts Centre, organizatorzy Festiwalu i wykonawcy mgłę tę rozwiali ciepłem i uśmiechami. Od pierwszej minuty czuliśmy się chciani, oczekiwani, lubiani i ... swoi, tym bardziej, że natychmiast po rozpakowaniu się w pokojach gościnnych położonego tuż nad wodą pałacyku, budynku dawnego jacht klubu (w którym oprócz samego Centrum Sztuk Pięknych mieści się także galeria malarstwa, kameralna salka wykładowo-koncertowa oraz punkt informacji turystycznej) poszliśmy na koncert walijskiej grupy Baggyrinkle. I natychmiast potwierdziło sie nasze wrażenie, że jesteśmy właściwymi ludźmi na właściwym miejscu: koncert, bardzo klasyczny, bardzo ładny i wzruszający, spowodował, że opadły nerwy i rozpłynął się gdzieś stres wynikły z podróży. Znowu byliśmy myślami na morzu - i znów wraz z całą pełną salą śpiewaliśmy pieśni, których magnetyzm wykracza daleko poza bariery języka, rasy, czy narodowości. Przed nami siedział Johnny Collins, z którym się natychmiast wyściskaliśmy - i zx którym zaraz po koncercie pognaliśmy do pubu "Mauretania", gdzie czekał na nas nasz stary dobry przyjaciel, czarny, choć blond, nieśpieszny, lecz mocny, nie lubiący podróżować, bo niepasteryzowany - Guinness!Dopiero tam poznaliśmy czarodziei odpowiedzialnych za nasżą irlandzką przygodę, organizatorów Festiwalu Pieśni Morza w Cobh. Postacią centralną była - i jest nadal - Peggy Sue Amison, człowiek absolutnie przeuroczy, świetnie zorganizowany i mądry. Peggy, która wykazuje niesłychaną zdolność do ujmowania człowieka za serce. Peggy wzięła nas pod skrzydła: jej spontaniczne ciepło spowodowało, że prawei nie odstępowaliśmy jej przez cały wieczór i do końca pobytu w Cobh, czyli przez cały kolejny dzień - pomagaliśmy jej w "technikaliach" organizacji. Bardzo to było miłe, bo dzięki temu poznaliśmy cudownych ludzi: Denis McGrath, Jim Wilson, Richard O'Rourke, Conor i Jessy Anthony oraz nieoceniona Suzanne McDermott byli wspaniali: cały personel Sirius Arts Centre to ludzie, których należy spotkać; polubi się ich natychmiast.
Tutaj należałoby przybliżyć Szanownemu Czytelnikowi samą ideę Festiwalu. Otóż The Cobh Maritime Song Festival powstał po to, aby morska muzyka i morskie opowieści, które przez stulecia stanowiły o niepowtarzalnym charakterze miasta Cobh i portu Cork nie odeszły w zapomnienie i trwały w nim dalej, powodując, że magia miejsca nie znika, a tożsamość jego mieszkańców nie odrywa się od korzeni. Tegoroczna edycja festiwalu jest już trzecią z rzędu imprezą w dorocznym cyklu; wcześniej impreza ta odbywała się nieregularnie. W tym roku The Cobh Maritime Song Festival poświęcony był pamięci Cyrila Tawney'a, wielkiego marynisty, który odszedł w tym roku na wieczną wachtę, a który był jednym z organizatorów i głównych pomysłodowaców imprezy.
The Cobh Maritime Song Festival organizowany jest w połowie czerwca i trwa przez cały weekend. Gromadzi najlepszych wykonawców z całego świata: to oni pieśnią i opowieścią ożywiają historię łącząc przeszłość i teraźniejszość, demonstrując jak pieśń historii towarzyszy, jak wraz z jej biegiem przemierza świat i jak ewoluuje. Organizatorzy włączają w festiwal dzieci zapraszając je do udziału w imprezach towarzyszących, takich jak warsztaty i pokazy, dzięki czemu gwarantująca ciągłość kultury świadomość drogiej dla każdego Irlandczyka tradycji trwa. Festiwal w założeniach jest kameralny, dzięki czemu zapewniając najwyższą jakość wykonawczą można utrzymać domową atmosferę i szczególny nastrój wspólnotowości, która jest dla Organizatorów celem podstawowym. Każdy w Cobh jest w organizację w jakimś stopniu zaangażowany: mieszkańcy miasta uważają go za "swój festiwal" i uczestniczą w nim z radością.
Co roku zapraszany jest do Cobh żaglowiec. Do tej pory zaszczyciło miasto kilka jednostek, wśród których znalazł się także Lord Nelson, na którego pokładzie odbyło się kilka wydarzeń artystycznych ubiegłorocznej edycji Festiwalu. Podobne imprezy towarzyszące planowane są także na przyszłość. Być może znajdą się wśród nich także polskie jachty i żaglowce, które w imieniu Organizatorów niniejszym serdecznie zapraszamy.
Czas jednak wrócić do relacji:
Po całonocnych debatach nad Guinessem i Żubróweczką, o której szczęśliwie nie zapomniał nasz Nieoceniony Ociec poszliśmy wreszcie spać, a około południa dna następnego obudziło nas jaskrawe słońce i tupanie mrówek. Dokonawszy ablucji, poszliśmy na krótki spacer i zrobiliśmy sobie piękną wycieczkę statkiem po porcie Cobh. Szybciutki posiłek a'la "Supersize Me" w pubie tuż koło katedry i w okolicach "DEck of Cards" - "Talii Kart" (stromej uliczki przy której stoją pięćdziesiąt dwa wąskie kolorowe domki połączone kolejno ścianami, a ich dachy tak są skonstruowane, że ma się wrażenie, że rzeczywiście patrzy się na talię kart) dostarczył nam energetycznego podkładu pod pierwszy koncert, który zaśpiewaliśmy na starej, cyzelowanej scenie zlokalizowanej tuż nad samym morzem w Parku Kennedy'ego, czyli na popularnej Promenadzie.Koncert był przyjemny i satysfakcjonujący, publiczność kapitalna. Mimo, że taki obyczaj w Irlandii w zasadzie
nie istnieje, przyłączali się do piosenek motywowani przez nieutrudzonego Maćka, który odrdzewił swój angielski kapitalnie i czuł się na scenie jak rybka w wodzie. Zeszliśmy ze sceny po godzinie, zadowoleni i ucieszeni - i pognaliśmy do (ehm...) pubu, sprawdzić, czy Guinness popołudniowy smakuje tak, jak nocny. Stwierdzamy nauczeni empirycznym doświadczeniem: Guinness jest znakomity rano, wieczorem i w południe.Weseli jak skowroneczki, zaczepiani na ulicach przez nieznajomych, którym koncert na promenadzie ewidentnie bardzo się spodobał, pomknęliśmy następnie z Peggy Sue do Heritage Center, starego, pięknego dworca kolejowego, w którym urządzono ośrodek kultury, restaurację i sklepik dla turystów, gdzie pomogliśmy Jimowi i Dennisowi zbudować scenę, postawić krzesła i zamontować światła, a wykonawszy wreszcie kilka prac fizycznych wróciliśmy do Sirius Arts Centre, żeby się nieco odświeżyć i rozśpiewać i tak już rozśpiewane gardełka.
I wtedy zaczęła się najprawdziwsza frajda: warunki akustyczne rewelacyjne, pełna sala i doskonałe nastroje spowodowały, że daliśmy jeden z najbardziej satysfakcjonujących koncertów w tym sezonie. Śpiewało się po prostu genialnie, a przy okazji trafiła nam się świetna lekcja różnic
kulturowych. Przy pierwszej piosence próbowaliśmy wciągnąć publiczność do zabawy, ale kiedykolwiek ktoś na sali zaczynał rytmicznie klaskać, inni piorunowali go wzrokiem. Ten, speszony, przestawał klaskać, a my, nieco zdeprymowani, patrzyliśmy po sobie nie wiedząc co robimy źle. Wszystko się wyjaśniło kiedy skończyliśmy piosenkę, bo dopiero wówczas nastąpiła istna burza braw i okrzyków: Irlandczycy, którzy przychodzą na koncerty folkowe i szantowe to ludzie nieco starsi, niż polscy fani szant. Najmłodsi mieli około trzydziestki; najstarsi - około stulecia. Ponieważ pieśni morza są dla Irlandczyków elemetem zbiorowego doświadczenia historycznego i dlatego czymś bardzo osobistym, traktują je z takim samym szacunkiem, jak Polacy traktują narodową poezję romantyczną - i z tego być może powodu przede wszystkim przychodzą SŁUCHAĆ. Nie lubią, kiedy ktokolwiek im w tym przeszkadza, choć chętnie śpiewają do wtóru. Za to wyraz swoim odczuciom dają natychmiast po finalnym akordzie - i energią reakcji po prostu roztapiają stojącego przed nimi wykonawcę. Doświadczenie cudowne; zeszliśmy dopiero po dwóch bisach, co było o tyle niezwykłe, że czasu przestrzegano pilnie: my otwieraliśmy koncert, ale po nas miały wystąpić takie gwiazdy, jak Dan Milner i Bob Conroy, kapitalny amerykański duet, The Press Gang, świetni szantymeni klasycznu i w końcu wielki Liam Clancy, który z tego samego dworca wyruszył w świat, by stać się sławą, o której sam Bob Dylan napisał, że jest najlepszym pieśniarzem, jakiego dane mu było słuchać. Mimo to, nasi gospodarze nie pozwolili nam odpocząć zbyt szybko. Byliśmy zaszczyceni i uradowani.Po przerwie nastąpił cudowny wieczór refleksji: najpierw - piękny, nostalgiczny koncert Amerykanów, potem żywiołowy Press Gang, który zaśpiewał cały zestaw naszych ulubionych klasycznych szant, a w końcu - Liam Clancy. Wtedy zrobiło się
czarodziejsko. Pieśni o cierpieniu i mocy, pieśni o miłości, lojalności, wspólnocie i rodzinie - wszystkie przepełniała nadzieja: ta sama, która dała Irlandczykom siłę, by przetrwać wieki ucisku i nie zatracić własnej tożsamości, ta sama, która spowodowała, że ani głód, ani nędza nie potrafiły osłabić ducha Eire, nadzieja, która przepełnia wszystko, co irlandzkie. To było niezwykłe, elektryzujące wydarzenie: po dwóch piosenkach Liam otworzył tom własnych wspomnień i uraczył wszystkich wzruszającym fragmentem o tym, jak wyruszał z Cobh do Ameryki po niepewną przyszłość. Zaludnił wyobraźnię słuchaczy postaciami, które dawno już odeszły, przypomniał łzy i niepewność, pokazał desperację biednych, nędznych ludzi, którzy często na zawsze musieli pożegnać się z najbliższymi, którzy nie mając środków do życia ruszali budować współczesną Ameryką. Starsi, z pogodnym smutkiem, nieobecnym wzrokiem szukali wspomnień; w oczach młodszych pojawiały się łzy. Nikt nie westchnął, nie wstał, nie wyszedł. Przykuci do krzeseł, wszyscy chłonęli słowa, jakie padały ze sceny. A potem - Liam zaprosił na scenę nas wszystkich. I to było najdłuższe, najpiękniejsze i najprawdziwsze all hands w jakim kiedykolwiek dotąd przyszło nam uczestniczyć. Ten niezwykły wieczór zakończył się dopiero rano. Zbiorowe śpiewanie w pubie, a potem w Sirius Arts Center musiało się niestety skończyć, bo nasz samolot odlatywał bardzo wcześnie rano, lecz zanim to nastąpiło - nauczyliśmy naszych gospodarzy i współwykonawców podstaw języka polskiego (...szczegóły u Maćka i Konika!) Z ciężkim sercem żegnaliśmy się z Irlandią i Irlandczykami; były łzy, były uśmiechy i pośpieszne wymiany adresów, padły obietnice częstych wzajemnych wizyt i e-mailowej korespondencji. Mamy nadzieję, że wszystkie się sprawdzą, bo najcudowaniej na świecie byłoby tam wrócić i sprowadzić naszych przyjaciół do Polski. Oby szybko!
Sponsorzy Festiwalu: East Cork Area Development, Cork County Council, Port of Cork, Roaring Donkey Pub, Ryan's Bar, Crossriver Ferries, Glaxo Smith Kline, Heineken Ireland, The Waters Edge Hotel, Bella Vista Hotel, Harleys B&B, The Commodore Hotel, AIB Bank, Westbourne House, Amberliegh House, Marlogue Inn oraz Trade Winds.
PROGRAM FESTIWALU
CZWARTEK, 09.06.2005
1. Wieczorna sesja w Peg's Pub: Baggyrinkle, lokalni muzycy i Pat Sheridan z zespołu the Press Gang
PIĄTEK, 10.06.2995
1. Wernisaż wystawy malarstwa marynistycznego Of Ships and Lights pędzla Kennetha Kinga (Donnegal)
2. Wieczorny koncert akustyczny w Sirius Arts Centre
- Johnny Collins & Jim Mageean (Wielka Brytania),
- Jimmy Crowley (Irlandia),
- Baggyrinkle (Walia),
SOBOTA 11.06.2995
1. Warsztat: Jak opowiadać bajki dla dzieci? Pat Speight, artystka-rezydentka Hrabstwa Cork (Irlandia)
2. Muzyka na Promenadzie
- Baggyrinkle (Walia)
- Jimmy Crowley z uczniam szóstej klasy szkoły Świętego Józefoa (Scoil Iosaef Naofa - St Joseph's School) - przedstawienie na podstawie szkolnych warsztatów prowadzonych przez artystów z Sirius Arts Centre z Jimmy Crowley'em, w ramach których uczono dzieci znaczenia pieśni morza dla lokalnej społeczności, jej kultury i historii
- Banana Boat
- Johnny Collins i Jimmy Mageean
3. Popołudniowy wykład poświęcony pieśni morza w Sirius Arts Centre wygłoszony przez Toma Munnelly'ego (Hrabstwo Clare, Irlandia)
4. Wieczorny koncert w Heritage Centre
- Banana Boat
- Dan Milner i Bob Conroy (USA)
- The Press Gang (Irlandia)
- Liam Clancy (Irlandia)
NIEDZIELA 13.06.2995
1. Otwarta sesja muzyczna w Roaring Donkey Pub - wykonawcy festiwalowi wraz z lokalnymi artystami z Cobh
2. Szanty przy Kabestanie (Capstan Shanty singing) na Promenadzie - wykonawcy festiwalowi wraz z lokalnymi artystami z Cobh
3. Ilustrowany muzyką wykład z Danem Milnerem i Bobem Conroyem: Pieśni morza w dawnym Nowym Jorku
4. Nocny koncert akustyczny w Sirius Arts Centre
- Dan Milner i Bob Conroy
- Johnny Collins
- Baggyrinkle
- All hands
5. Nocna sesja w Ryan's Pub
6. W stronę przyszłości... pożegnanie
KONTAKT Z ORANIZATOREM:
Peggy Sue Amison
Arts Administrator
Sirius Arts Centre
The Old Yacht Club,
Cobh, Co. Cork
Irlandia
tel: +353 21 4813790
fax: +353 21 4813790
Strona Centrum: http://www.iol.ie/~cobharts
Program Centrum: http://www.iol.ie/~cobharts/prog2005.html
Program tegorocznej edycji Festiwalu: http://www.iol.ie/~cobharts/marfest05.htm
Autorzy zdjęć - Sirius Arts Centre, Peggy Sue Amison, Tomasz Czarny (BB)
Informację wprowadził(a): Paweł "Synchro" Jędrzejko - godz. 2:54, 22 czerwiec 2005, wyświetlono: 180 razy
| tiffany |
wysłano: 23:36,22 czerwiec 2005
mmmm tym to fajnie..
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| ewa:-)... |
wysłano: 12:18,25 czerwiec 2005
a mnie cały czas dręczy bo jakoś tak nie doszukałam sie jeszcze gdzie i kiedy się w Polsce gra najbardziej klasycznie...bo jeżdżę...szukam...a tu wszędzie to samo....
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| Michał"Mroza"Mrozik |
wysłano: 12:54,25 czerwiec 2005
Najbardziej klasycznie to chyba w Łodzi na Kybryku.
|
| Odpowiedz na ten komentarz |
| ewa:-)... |
wysłano: 15:53,25 czerwiec 2005
...a Łódź tak nie po drodze w tym roku była...byle za rok nie wypadła znów w ten sam weekend co Zęza:)
|
| Odpowiedz na ten komentarz |